Gdy spadł popyt na cewki do malucha i polskie telewizory, Biazet zaczął walczyć. Dziś jego ekspresy kupuje cała Europa.
36 lat temu w Białymstoku ruszyło przedsiębiorstwo, którego zadaniem było dostarczanie elementów indukcyjnych do raczkującej właśnie produkcji telewizorów. Firmie szło na tyle dobrze, że w latach 80. rozpoczęła się tu produkcja cewki zapłonowej do fiata 126p. Na dodatek w 1988 r. Biazet zaczął produkować telewizory. Zwiększała się produkcja i zatrudnienie, rynek stawał przed nimi otworem — i przyszło załamanie.
— Po zmianie ustroju polskim rynkiem zawładnęły telewizory z Tajwanu, Korei czy Japonii. Polskim odbiornikom trudno było z nimi konkurować, zwłaszcza pod względem ceny. Polska branża elektroniczna nie była gotowa na otwartą konkurencję i przegrywała już na starcie — opowiada prezes Marek Siergiej.
Ratunkiem wynajem
Dla Biazetu przyszły ciężkie dni. Spółka postanowiła zaprzestać produkcji telewizorów. Zostały samochodowe cewki, ale to było za mało, aby się utrzymać. Tym bardziej że Biazet miał ogromną infrastrukturę — aż 57 tys. mkw. powierzchni pod dachem.
— Zżerały nas opłaty związane z użytkowaniem tej powierzchni. Ale tak naprawdę część tych budynków nie była nam potrzebna. Rozpoczęliśmy wynajem i dzięki przychodom z najmu Biazet utrzymywał się na powierzchni — przyznaje prezes Siergiej.
Jednak to była wegetacja. Wreszcie skarb państwa, ówczesny właściciel zakładu, znalazł pieniądze na analizę ekonomiczną. Cel? Przyciągnąć inwestorów, którzy chcieliby rozpocząć tu nową produkcję.
Kadra tylko czekała na znak
Na owoce nie trzeba było długo czekać. Akurat holenderski Philips szukał nowej lokalizacji i rozpatrywał kilkanaście propozycji w naszej części Europy, w tym kilka w Polsce. Białystok nie dał konkurencji najmniejszych szans.
— Na pewno znaczenie miała tania siła robocza oraz lokalizacja blisko centrum kraju, jak też blisko rynków wschodnich. Nie brakowało nam doświadczenia w masowych realizacjach, była też kadra, która tylko czekała na pomyślny znak — opowiada Marek Siergiej.
Mariaż z Philipsem rozpoczął się od montowania czajników elektrycznych. Potem zostało to scedowane na inną firmę, a Biazet wziął się za bardziej skomplikowane produkty, jak ekspresy do kawy i odkurzacze. W 2002 r. z przedsiębiorstwa wreszcie zostało zdjęte ciągnące się od lat bankowe postępowanie ugodowe.
— To była ostatnia pozostałość z ciężkich czasów. Wreszcie mogliśmy wziąć pełny oddech. Po spłacie długów firma stała się wiarygodna kredytowo — dodaje prezes Marek Siergiej.
Są zagrożenia
Biazet wytwarzał zarówno odkurzacze — Universe, Mobilo, jak i przepływowe ekspresy do kawy, m.in. Essence, Gaia czy Basic. Jednak produktem, który przebojem wszedł na europejski rynek, jest ciśnieniowy ekspres do kawy Senseo montowany dla Philipsa.
— Ten sprzęt wymagał od nas solidnych inwestycji. Philips zwrócił uwagę, że zajmowane przez nas pomieszczenia nie obejmą planowanej produkcji. Dużo to kosztowało, ale zwróciło się z nawiązką — mówi prezes Siergiej.
Niby wszystko gra, ale prezes widzi pewne zagrożenia.
— Niestety, po wejściu do Unii Europejskiej nasz kraj przestaje być już atrakcyjny, jeśli chodzi o niskie koszty pracy. W Rumunii czy Bułgarii mają inne poziomy podatków i wynagrodzeń. Jednak czy mogą wygrać tym, co najważniejsze, czyli jakością? — pyta prezes Siergiej.
Bez czasu na sen
Aby utrzymać swoją pozycję na rynku, Biazet planuje poszerzyć zakres usług.
— Klient musi mieć jeszcze łatwiejszy dostęp zarówno do wyrobu, jak i części. Dlatego rozwiniemy logistykę, na pewno też udoskonalimy technologie. Ważne, że już udało nam się obniżyć cenę montażu przez poprawienie jego efektywności. Można powiedzieć, że ta branża żyć będzie zawsze, bo czajnik czy odkurzacz ciągle są potrzebne i używane w domach. Ale nie znaczy to, że możemy spokojnie spać. Bo konkurencja też nie śpi — podkreśla prezes Marek Siergiej.



