Elekcja pomaga giełdom Ameryki

Andrzej Stec
opublikowano: 14-01-2008, 00:00

Wybory prezydenckie pompują z reguły tamtejsze indeksy o 8 proc.

Kampania wyborcza za oceanem wystartowała. 4 listopada Amerykanie wybiorą nowego prezydenta. Na starcie przewagę zyskali Demokraci z Hilary Clinton i Barackiem Obamą na czele. Choć do mety droga daleka, przyśpieszyć muszą Republikanie. To partia obecnego prezydenta George’a Busha, który dysponuje potężną władzą. Walka idzie o każdy głos, w tym inwestorów giełdowych. Za oceanem na giełdzie inwestuje co drugie gospodarstwo domowe. Amerykanie nie mogą więc poczuć się w roku wyborczym ubożsi, bo partii Busha trudniej będzie o głosy inwestorów.

Amerykanie słyną z wyszukiwania reguł, które pomagają odnieść sukces na giełdzie. Jest więc cykl gospodarczy, który zakłada, że po siedmiu tłustych latach nadchodzą chude. Występuje też cykl olimpijski. Według niego, światowa gospodarka zwalnia po igrzyskach. Ostatnio za oceanem najgłośniej o cyklu prezydenckim — ponoć najpewniejszym ze wszystkich. Dowodzi on, że pierwsza połowa prezydentury w USA zbiega się w czasie z najsłabszym okresem na amerykańskich giełdach. Druga połowa jest już z reguły zdecydowanie lepsza. Trzeba zauważyć, że to tylko statystyka, a historyczne wyniki nie dają gwarancji, że powtórzą się w tym roku.

Cykl prezydencki rozpala już zmysły amerykańskich finansistów. „Dam milion dolarów każdemu, kto zagwarantuje, że w tym roku sprawdzi się cykl prezydencki” — pisze na swojej stronie internetowej makler z Wall Street. Niektórzy analitycy w blogach przyznają się, że zamienili fundusze powiernicze — te zarabiające na spadkach zastąpili zwykłymi funduszami akcyjnymi. Optymiści są przekonani, że giełda nowojorska podtrzyma w tym roku dobrą tradycję i mimo najgorszego początku roku od wielkiego kryzysu w latach 30. przyniesie inwestorom sowite zyski.

Specjaliści z amerykańskiej firmy inwestycyjnej Van Kampen Investments wyliczyli, że w ostatnim roku kadencji prezydenta szeroki indeks amerykański S&P 500 rośnie zwykle o 8,4 proc. To dane ze 118 lat, czyli od 1888 r. do końca 2005 r. Najlepszy na inwestycje jest trzeci rok prezydentury. Wówczas akcje drożeją zwykle o 11,2 proc. Po zakończeniu wyścigu o fotel prezydenta USA lepiej postawić na bezpieczniejsze obligacje. Indeksy giełdowe z reguły zapadają wtedy w dziwną niemoc. W pierwszym roku po wyborach rosną przeważnie o 2,9 proc., w drugim — o 3,3 proc.

Amerykańscy analitycy idą jeszcze dalej. Posługując się statystykami, dają odpowiedź, kiedy najlepiej wejść do gry w roku wyborów prezydenckich. I tak — najlepszymi miesiącami są: czerwiec, lipiec, a zwłaszcza sierpień. Na te miesiące przypada z reguły aż połowa zysków z całego roku. Historia uczy też, by unikać akcji w kwietniu i maju.

Nie można zapominać, że od czasu do czasu zdarzają się odchylenia od normy. Badawcza firma Ned Davis Research przebadała zachowanie Dow Jonesa od 1900 roku. Wyszło, że w roku wyborczym indeksy rosły średnio o 7,6 proc. aż w ponad 70 proc. przypadków. W roku przedwyborczym prawdopodobieństwo zarobku jest jeszcze większe — ponad 80 proc.

Tyle statystyka. W ubiegłym roku Dow Jones, zgodnie z regułą, rósł — o 9,4 proc. Co przyniesie ten rok? Dla inwestorów na całym świecie zaczął się on od dramatycznych spadków. Coraz częściej słychać, że gospodarce USA grozi recesja — rośnie bezrobocie, pogarsza się koniunktura w przemyśle, wciąż nie widać końca kryzysu na rynku hipotecznym. W ostatnich dniach inwestorów zaskoczył odważny raport Merrill Lyncha. Jego analitycy stwierdzili, że w USA recesja już się zaczęła. Wcześniej przed takim ryzykiem przestrzegał Alan Greenspan, wieloletni szef Fed.

Nie brakuje jednak ekonomistów, którzy wietrzą podstęp w rozgłaszaniu kasandrycznych wieści. „Lepiej teraz trąbić o kryzysie, aby później miło rozczarować wyborców”— argumentują autorzy teorii spiskowych. Przypominają, że w trzecim kwartale ubiegłego roku gospodarka w USA rosła przecież w astronomicznym tempie 4,9 proc. Lada moment ukażą się też dane z czwartego kwartału. Dzięki rozpasanym konsumentom nie powinien on być dużo gorszy. „Być może gospodarka spowolni, ale o recesji nie ma mowy” — przekonują optymiści.

Możliwy jest też trzeci wariant. Gospodarka w USA rzeczywiście zahamuje, ale giełda da zarobić. Jak to możliwe? Potrzeba niewidzialnej ręki Fed. Mógłby on wpompować na rynek finansowy kolejne miliardy dolarów. Niekoniecznie poprzez obniżkę stóp procentowych. To poprawiłoby płynność w systemie finansowym i wcześniej czy później pozytywnie przełożyło się na giełdę. Możliwe, że podobne efekty przyniesie też ratunkowy plan fiskalny prezydenta Busha.

I w końcu do poprawy nastrojów na Wall Street może przyczynić się słabnący dolar. Wabi on inwestorów zagranicznych, zwłaszcza szybko bogacących się ostatnio Chińczyków czy Hindusów, dla których akcje w USA stają się tańsze. Pytanie tylko, czy taka minihossa ma szansę utrzymać się dłużej? Ale to już zadanie dla nowego prezydenta.

8,4

proc. Tyle z reguły rósł w roku wyborów prezydenckich w USA indeks S&P 500. Od 1888 r. sprawdziło się to w 73 proc. przypadków.

11,2

proc. To średni wzrost S&P 500 w roku poprzedzającym wybory prezydenckie w USA. Wzrosty są w czterech na pięć przypadków.

10

proc. Tyle można było średnio zarobić w ostatnich 19 cyklach prezydenckich w USA, kupując akcje w roku wyborczym w czerwcu, lipcu i sierpniu.

Andrzej Stec

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Andrzej Stec

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

USA , S&P