Elektrownia Lotosu wpadła w poślizg

Paweł Janas
opublikowano: 07-01-2011, 00:00

Inwestorzy twierdzą, że potrzebują więcej czasu na analizę kosztów uprawnień do emisji dwutlenku.

Już na starcie projekt będzie miał pół roku opóźnienia

Inwestorzy twierdzą, że potrzebują więcej czasu na analizę kosztów uprawnień do emisji dwutlenku.

Jeszcze pół roku temu Lotos zapewniał, że na początku 2011 r. zostanie zatwierdzony projekt technologiczny elektrowni o mocy do 250 MW, którą grupa ma kosztem około 2 mld zł zbudować z Energą Invest w Gdańsku. W ślad za projektem miał powstać biznesplan i ruszyć realizacja projektu. Nic z tego. Zamiast projektu technologicznego jest nowy harmonogram, przesuwający go na drugą połowę roku 2011. Studium wykonalności pojawi się zdaniem Lotosu dopiero w 2012 r., a według Energi — być może pod koniec 2011 r. Skąd opóźnienie?

— Chcemy dokładniej zapoznać się z kosztami uprawnień do emisji CO2 — tłumaczy Zbigniew Paszkowicz, dyrektor ds. rozbudowy rafinerii Grupy Lotos.

A w tej kwestii najbliższe miesiące raczej nie przyniosą żadnych przełomowych rozwiązań, co przyznaje Marcin Szpak, prezes spółki Energa Invest.

Wiele do wyjaśnienia

Kolejna rafa to niejasna przyszłość tzw. certyfikatów, czyli systemu wsparcia dla producentów energii ze źródeł odnawialnych i kogeneracji.

— Obecne rozwiązania prawne obowiązują do 2012 r. Nasza wspólna z Energą elektrownia ruszyłaby w latach 2015-16, więc chcemy potwierdzić, na jakie wsparcie projekt może wtedy liczyć i czy całe przedsięwzięcie będzie opłacalne — podkreśla Zbigniew Paszkowicz.

— Wiele zależy od rozwiązań przyjętych przez polski rząd. Obecnie w Ministerstwie Gospodarki trwają prace nad nowym projektem systemu wsparcia — mówi Marcin Szpak.

W gąszczu technologii

Lotos i Energa nadal nie wybrały nawet technologii, w jakiej ma pracować elektrownia. Do jej budowy pomorska spółkę skłoniła głównie potrzeba zagospodarowania pozostałości po przerobie ropy naftowej. Dziś wykorzystuje je do produkcji asfaltów, ale prognozy Lotosu podpowiadają, że za kilka lat hossa na ich rynku się skończy.

— Pierwszy wariant zakłada bezpośrednie spalanie pozostałości. Ten model jest najprostszy i najtańszy w realizacji, ale także mniej efektywny w porównaniu z drugim rozwiązaniem, które zakłada, że pozostałości będą najpierw zgazowane, a energia elektryczna powstanie dopiero z gazu syntezowego — wyjaśnia Zbigniew Paszkowicz.

Lotos miał też alternatywny projekt budowy elektrowni gazowej do spółki z PGNiG i Energą, ale go zawiesił. Elektrownia gazowa miała podstawową wadę: zapewniała niezbędną firmie energię i parę wodną, ale nie rozwiązywała problemu pozostałości po rafinacji. Ostatnio Lotos wpadł jednak na nowy pomysł: mógłby wybudować instalację przerabiającą je na... koks. I wtedy elektrownia gazowa miałaby sens, a przy okazji spółka uniknęłaby problemów z emisją CO2.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Paweł Janas

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu