Element niepokoju

Marcin Zawiśliński
26-09-2008, 00:00

Słodki świat reżysera. Stołeczek z nazwiskiem i dyrygowanie ekipą. A potem statuetka na jakiejś estradzie. Komiks dla mas… Bo za kulisami najpierw trwa twarda walka o koło zamachowe: wielkie pieniądze.

"Puls Biznesu": Z czego żyje znany reżyser, kiedy filmów nie kręci?

Agnieszka Holland: Bywa, że przy ich realizacji zarabia tyle, że wystarczy na kilka lat. Ale, niestety, z tym jest coraz gorzej. Długo zarabiałam więcej, niż wydawałam. Kiedy zdecydowałam się na mniej dochodowe projekty — np. serial "Ekipa", wtedy szukałam dodatkowych źródeł zarobku. Były to wykłady, płatne wystąpienia, warsztaty, artykuły.

Pieniądze… Krążą też stale w negocjacjach — w trójkącie reżyser, producent i dystrybutorzy...

Wszędzie jest podobnie. Rozmowy sprowadzają się do odpowiedzi na trzy pytania: dla kogo to jest, kto mógłby w tym zagrać i jak to sfinansować. Nadal na Starym Kontynencie da się znaleźć więcej literacko lepiej wykształconych producentów, ale ich sposób pracy upodabnia się do amerykańskiego. Tyle że w Stanach producenci nadal — potencjalnie — mają dostęp do dużo większych pieniędzy, w Europie zaś — do większej rozmaitości dotacji.

Od czego jeszcze zależy, czy dany film będzie realizowany? Poza jakością scenariusza, rzecz jasna.

Jakością scenariusza… Teraz dużo istotniejszy jest tzw. package, czyli obsada, która czasami pochłania nawet połowę budżetu. Na pewnym poziomie — mowa o projektach powyżej 5 mln dol. — nie da się zrealizować filmu bez gwiazdy. A tych jest — relatywnie — niewiele. Kiedyś obliczyłam, że codziennie aktor z listy A otrzymuje 5-10 ofert. Dlatego o jego decyzji, w który tytuł się zaangażuje, często decyduje znajomość z reżyserem lub producentem. To zniechęca, bo w ten sposób wiele ciekawych filmów w ogóle nie dochodzi do skutku.

Walczymy też z producentami i dystrybutorami o potencjalny wzrost kosztów produkcji. To dotyczy kręcenia filmów także w krajach, które do niedawna uchodziły za niedrogie, czyli Rumunii, Bułgarii i Węgier. Toczy się boje o liczbę dni zdjęciowych, o pieniądze na scenografię, statystów... Kiedyś w Polsce walka o bardzo oszczędne zużycie taśmy już z definicji zmuszała nas do wysiłku intelektualnego. Większość dzisiejszych filmów amerykańskich nie ma autora. Mógłby je zrobić prawie każdy, tak są do siebie podobne. Podobny kierunek obrała i Europa.

Sławy są nadal niezależne czy stały się konformistami, zmuszonymi do ustępstw we własnym dziele?

Cieszę się, że pracowałam z producentami, którzy mieli rozsądne pomysły lub sugestie scenariuszowe. Ale, wchodząc w tego typu system, człowiek zaczyna się — nawet podświadomie — do niego dopasowywać. Trudno być Andriejem Tarkowskim, pracując z amerykańskimi producentami… A teraz nawet i z europejskimi. Tylko nielicznym, takim jak Mike Leigh, udaje się zachować pełną niezależność. Inni, wśród nich i ja, muszą iść na jakieś kompromisy. Z różnych powodów, także emigracyjnych, nie udało mi się stworzyć grupy producenckiej, walczącej o moje projekty i moją niezależność… Fakt, w Europie reżyser ciągle ma jeszcze prawo do tzw. final cut. Ale w dzisiejszym świecie, w którym liczy się tylko box office i oglądalność, pojedynczy filmowiec nie przeżyje.

Może lepiej być reżyserem i producentem jednocześnie?

To nie takie proste, bo najsilniejszą presję wywierają wielcy dystrybutorzy — jak Sony, Warner Bros. czy Columbia. Producent jest zazwyczaj producentem wykonawczym. Nawet jeśli sam finansuje film — co już rzadkie, bo zazwyczaj robią to dystrybutorzy — to i tak jego głównym celem pozostaje rozpowszechnienie filmu. A za to — znów — odpowiadają dystrybutorzy, wykładający pieniądze na marketing, dystrybucję i reklamę. A te mogą być równe środkom przeznaczonym na produkcję, a czasami je nawet przewyższają. Tak naprawdę filmowcy i producenci tkwią w sidłach marketingu. Producenci są natomiast gwarantem utrzymania budżetu.

Jak się pani odnajduje we współczesnym świecie filmu?

Gdybym dzisiaj miała się decydować na zawód reżysera, tobym go nie wybrała. Tyle że jest już za późno…

Uczennica Formana

Prezydent Polskiej Akademii Filmowej. Dwukrotnie nominowana do Oscara ("Gorzkie żniwa", "Europa, Europa").

Ukończyła szkołę filmową FAMU w Pradze. Fachu reżyserskiego uczyła się u Miloša Formana i Ivana Passera. Po powrocie do Polski, w latach 70., współpracowała z Krzysztofem Zanussim i Andrzejem Wajdą. Reprezentowała nowy nurt w polskiej kinematografii — tzw. kino moralnego niepokoju. U Agnieszki Holland grali tak znakomici aktorzy, jak: Bogusław Linda ("Kobieta samotna"), Leonardo DiCaprio ("Całkowite zaćmienie"), Ed Harris ("Trzeci cud"). Jej największym sukcesem kasowym okazał się jednak "Tajemniczy ogród". Obecnie razem z córką Katarzyną Adamik — także reżyserką — realizuje film "Prawdziwa historia Janosika i Uhorczika".

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Zawiśliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Element niepokoju