Europa Środkowa - rynek dojrzały i wschodzący

Janusz Lewandowski
opublikowano: 26-03-2007, 00:00

Jak długo można wschodzić, żeby dojrzeć? Europa Środkowo-Wschodnia znajduje się od 17 lat w cywilizacyjnym pościgu. Od samego początku nasza część Europy nie pasowała do definicji tzw. rynków wschodzących, czyli takich, które opuszczają Trzeci Świat i zmierzają w stronę zamożniejszej części globalnej społeczności. Obóz postkomunistyczny nie mieści się w podziale na kraje rozwinięte i rozwijające się. Stanowimy trzecią kategorię: krajów źle rozwiniętych. Lepiej to brzmi po angielsku — misdeveloped countries. Borykamy się ze spuścizną ciężkiej industrializacji sowieckiego typu, która obrodziła fabrykami produkującymi pod dyktando planistów, a nie konsumentów. Dlatego nasze zadanie ustrojowe nazywamy „transformacją”, a nie „rozwojem”. Z wyjątkiem rynków finansowych i kapitałowych, gdzie współczesny kapitalizm uciekł nam najdalej i trzeba było zaczynać od zera.

Miarą dojrzewania Europy Środkowo-Wschodniej było przyswajanie sobie standardów wspólnego, europejskiego rynku, a ostatecznym świadectwem dojrzałości — członkostwo w Unii Europejskiej. Skoro poszerzyliśmy obszar Unii prawie o jedną trzecią, a dodaliśmy zaledwie 5 proc. PKB, to znaczy, że w maju 2004 r. spotkały się nierówne potencjały zachodniej i postkomunistycznej Europy. Istniejąca luka rozwojowa nie musi oznaczać przegranej na wspólnym rynku. Odwrotnie, dynamika polskiego eksportu wskazuje na konkurencyjną przewagę tańszych produktów, usług i kooperantów.

Formalnie i instytucjonalnie EuropaŚrodkowo-Wschodnia jest pełnoprawnym uczestnikiem klubu najbardziej rozwiniętych krajów świata, jakim jest Unia Europejska. Faktycznie dystans pozostał, jeśli poziom cywilizacyjny mierzyć zagęszczeniem sieci telekomunikacyjnej, jakością infrastruktury transportowej, dostępnością opieki zdrowotnej, poziomem wykształcenia i tym podobnymi wskaźnikami. Z drugiej strony, w wielu dziedzinach dystans został nadrobiony. Nie ma chyba lepszego przykładu niż rynek kapitałowy, skoro warszawska giełda, odrodzona w roku 1991, konkuruje z Wiedniem o miano finansowego centrum regionu.

Instytucjonalnie dojrzali „wschodzimy” ciągle w wymiarze stopy życiowej i siły nabywczej społeczeństwa. To jest nowe doświadczenie zjednoczonej Europy, bowiem nigdy wcześniej nie było takich kontrastów we wspólnym, europejskim domu. Wcześniejszych „biednych” — Irlandię, Hiszpanię, Portugalię, Grecję — nie dzieliła taka przepaść, jak Polskę, Słowację, państwa bałtyckie, Bułgarię i Rumunię. Dysproporcje w poziomie bogactwa lepiej i ostrzej oddaje skala oszczędności niż średnia płaca czy PKB na głowę. W punkcie wyjścia średnie oszczędności mieszkańców nowych krajów członkowskich były 20-krotnie niższe niż mieszkańców starej Europy! Rodzi się dopiero klasa średnia, a wraz z nią tzw. disposable income, czyli ta część budżetu rodzinnego, która pozostaje po zaspokojeniu podstawowych potrzeb. To z kolei ma wpływ na profil konsumpcji i charakter rynku krajowego. Jest to proces, który nabrał przyspieszenia wraz z członkostwem w Unii i falą emigracji zarobkowej. Musi być jednak liczony na pokolenia.

Jeszcze jedną lukę dziedziczą spóźnieni uczestnicy globalizacji z byłego RWPG — brak własnych korporacji międzynarodowych. Nasi giganci z epoki węgla i stali niezbyt nadają się na „multinationals” XXI wieku. Wyjątki próbujące zagranicznej ekspansji, jak polski Orlen, czeski CEZ czy chorwacka Pliva, raczkują w tej roli i mizernie wyglądają na tle globalnej pozycji Shella, Siemensa czy Philipsa.

Zatem Europa Środkowa dokonała imponującego cywilizacyjnego skoku i ma przed sobą obiecującą przyszłość, ale rachunki z przeszłości nie zostały jeszcze spłacone.

Janusz Lewandowski

europoseł Platformy Obywatelskiej

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Janusz Lewandowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu