Europa z siodełka Rafała Orawskiego

WYSŁUCHAŁA DANUTA HERNIK
24-11-2016, 22:00

WEEKEND W...: Na początku były wyprawy „asfaltowe”, np. do Włoch, Chorwacji, Francji. Z czasem pojawiła się potrzeba jazdy w trudniejszych warunkach. Poza utwardzonymi drogami, w bardziej egzotycznych krajach.

Takim sposobem podróżowania zainteresowałem się dopiero jako trzydziestoparolatek. Byłem na wyspie Rodos, gdzie przyglądałem się motocyklistom, i spodobał mi się ich styl, swego rodzaju niezależność. Zrobiłem prawo jazdy na motor i zacząłem jeździć. Z początku niezbyt intensywnie; małe dzieci, praca — trudno było wykroić dość czasu... Teraz jeżdżę już regularnie. W kraju można wyskoczyć na pętlę bieszczadzką, a na codzienną przejażdżkę (170 km) na Salmopol — przełęcz ze Szczyrku do Wisły — mam z Katowic blisko.

Wzmocnienie:
Zobacz więcej

Wzmocnienie:

Pozyskanie zagranicznego inwestora to dla BPSC szansa wypłynięcia na szerokie wody.- Forterro wzmocni naszą firmę i produkty – mówi Rafał Orawski, prezes 7 levels. fot. ARC

To jest przygoda. Prawdziwie terenowe warunki w Europie na tyle blisko, żeby nie jechać przez wiele dni, gwarantuje np. Albania. To zresztą ostatnio chętnie wybierane miejsce przez motocyklistów, którzy lubią jeździć poza trasami. Można tam rzeczywiście jechać po wszystkim — szutrach, błocie, piasku, przeprawami. Najchętniej wyruszam w małej grupie — dwie, trzy osoby. Nie lubię komercyjnych wyjazdów, w których uczestniczy nawet kilkanaście pojazdów, a trasy i noclegi są zaplanowane. Wyprawa do Albanii właśnie miała mieć charakter przygody — bez dopinania wszystkiego na ostatni guzik. Udaliśmy się z kolegą na spotkanie z wyzwaniami doliny Theth. Mam motocykl turystyczny (enduro), czyli taki, którym mogłem podjąć się tego wyzwania. Ale nie miałem doświadczenia w wyprawach off road. Ledwie trochę treningu. Kolega był bardziej doświadczony i lepiej przygotowany. Nasze motory były dość duże, zwłaszcza mój BMW 1200 GS, z bagażami, więc trzeba się było sporo napracować. Lepiej radziły sobie mniejsze, lżejsze maszyny, łatwiej nimi manewrować na kamieniach i nierównościach... Ale, chociaż nie obyło się bez przewrotek, wróciliśmy zadowoleni. W Albanii są nieuczęszczane tereny, ciekawe dzikie, kamieniste podjazdy, przeprawy, drogi na półkach skalnych i przełęcze. To arcyciekawe i wymagające miejsca. [O warunkach jazdy motorowej w Górach Przeklętych i Dolinie Theth pisaliśmy w numerze grudniowym 2015 r. — red.].

Bałkany pełne uroku. Serbia, Czarnogóra — sam dojazd już był ogromną frajdą. Drogi poza sezonem są tam mało uczęszczane, sporo zakrętów, przyzwoity asfalt, więc można się było wyjeździć. Czarnogóra to kraj na osobną wyprawę. Zielona. Pełna niespodzianek, pięknych, tajemniczych zakątków, parków narodowych — z Durmitorem i jego kanionami i jaskiniami czy Biogradską Górą z polodowcowymi jeziorami i rozległymi lasami. Kraj uroczych miast i miasteczek pełnych zabytków, takich jak Kotor, Bar czy Budva. Malowniczych monastyrów. Do tego piękne piaszczyste plaże i wpadające w morze skalne klify. I oczywiście bajeczne graniczne Jezioro Szkoderskie. Szosy przyzwoite, olśniewające górskie widoki. Jechaliśmy raczej bocznymi drogami, żeby trochę więcej przeżyć. Ludzi spotykaliśmyniewielu, a napotkani byli bardzo otwarci. Zawsze znalazł się ktoś, kto mówił po angielsku. Podobnie jak w Albanii, kraju ludzi zaskakująco życzliwych, przyjaznych i pomocnych. Od granicy Czarnogóry z Albanią kończy się asfalt i zaczyna szuter. Czyli nawierzchnia, której oczekiwaliśmy. No i kultowa droga SH20 — w połowie wyasfaltowana... Polecam pole namiotowe nad Jeziorem Szkoderskim na granicy. Spotykają się tam ci, którzy przejechali trasę, zawrócili lub dopiero zmierzą się z trudami górskich szlaków w Albanii. Stamtąd wyruszyliśmy na południe tego kraju — do Sarandy i dalej do Grecji, by potem wrócić do Tirany. Grecka granica okazała się mniej przyjazna niż albańska. Bardzo dokładne, długotrwałe oglądanie dokumentów. Nie wystarczyła zielona karta, jak na innych przejściach, musieliśmy pokazywać dokumenty motorów. Nawet zastanawialiśmy się, czy nie zrezygnować i pojechać inną drogą. Dalej było już jednak OK. Północna Grecja jest praktycznie pusta. Niewielu turystów, mało pojazdów.

Dolomity jesienią. Włoskie góry kojarzą się z nartami, ale to również mekka motocyklistów. Byliśmy tam w październiku, a więc w okresie małego ruchu turystycznego. Pogoda słoneczna, chociaż poranki rześkie — około 2-3 stopni. W Dolomitach — skalnych, pozbawionych roślinności — jeśli ktoś preferuje asfalt, jeździ się z ogromną przyjemnością. Jedna serpentyna za drugą, tzw. winkle, przełęcze, m.in. Pordoi, Giau, Fedaia, Falzarego. Widoki olśniewające. Szlaki motocyklowe w okolicach Cortiny d’Ampezzo liczą około trzystu kilometrów. W sumie można zaliczyć pętlę długą na ponad dwa tysiące kilometrów. Jeśli ktoś chce, może się na chwilę przesiąść do kolejki linowej, by znaleźć się na wysokości, z której rozpościera się panorama szczytów. W sezonie w Dolomitach motocyklistów są tysiące.

Perła Austrii. W Austrii czeka na mnie najbardziej znana tamtejsza trasa: przełęcz Grossglockner w Karyntii. Szczyt o tej samej nazwie jest najwyższy w tym kraju, góruje nad lodowcem, do którego prowadzi droga samochodowa dostępna do końca października. Grossglockner Hochalpenstrasse to niemal 50 kilometrów serpentyn. Po drodze tarasy widokowe. Wokół niedostępne ośnieżone szczyty. Ostre, często ginące w chmurach. Trasa widokowa, dziś pełna motocyklistów, powstała przed wojną i jest jedną z największych atrakcji turystycznych Austrii. Wjazd dla motocykla kosztuje ponad dwadzieścia euro. Symbolem trasy jest świstak, który nie tylko tam żyje, ale również pojawia się czasem koło parkingów. Druga austriacka przełęcz to Hahntennjoch w Tyrolu. Nie jest to najłatwiejsza trasa — kręta i stroma, o maksymalnej wysokości 1894 m n.p.m. Najeżona niespodziankami w rodzaju zwałów kamieni i błota w czasie deszczu, a po nim ubytkami nawierzchni.

Lazurowe Wybrzeże i reszta. Wzięliśmy samochód i motor na przyczepce. To był wyjazd rodzinny, nie nastawiałem się na trudne trasy. Mniej więcej od Cannes do Montpellier, Saint Tropez. Trzeba się odsunąć od linii wybrzeża jakieś 10 kilometrów w głąb kraju, bo można utknąć w korku. Niezbyt wysokie wzniesienia, ale wystarczająco, żeby mieć przyjemność z jazdy i podziwiać widoki. Jeśli chodzi o trasy alpejskie dla motocyklistów, to Francja też ma wiele do zaoferowania. Na przykład Grand Canyon du Verdon. Kilkaset kilometrów krętych dróg, przewężeń, mijanek… Po drodze widoki na doliny. Skalne półki i wąwozy (np. Queyras, gdzie jedzie się dnem kanionu obok strumienia, po obu stronach zamkniętego przez pionowe skały, a później skalną półką ponad nim). Kilkanaście przełęczy, w tym najwyższa europejska — Col de L’Iseran. W sferze planów pozostaje jeszcze Col d’Izoard — jedna z wyższych przejezdnych przełęczy alpejskich we francuskich Alpach Kotyjskich. To miejsce ulubione również przez rowerzystów. Na trasie spotyka się ich jadących całymi grupami. Każda odbywa swój własny Tour de France. Górskie wyzwanie to także Col de la Bonette — najwyższa droga asfaltowa w Alpach. Powyżej 2000 tys. m n.p.m. niektóre szczyty widać poniżej drogi. Pokonywanie winkli na tej wysokości, bez barierek, to prawdziwa jazda na adrenalinie.

Adriatycka magia. W Chorwacji najpopularniejsza jest tzw. Magistrala Adriatycka. Niezwykle malownicza droga wzdłuż wybrzeża między Rijeką a Dubrownikiem. Cały czas można podziwiać zatoczki i wysepki. Ale wbrew pozorom nie jest to łatwa trasa. 600 kilometrów zakrętów, spory ruch i atrakcje krajobrazowe odwracające uwagę. Ten rejon ma dla turystów tyle atrakcji, że nie da się go przejechać bez przerw na zwiedzanie i skoki poza szosę. Jest bajeczny Park Narodowy Jezior Plitwickich, są miasta i porty,w których trzeba się zatrzymać. Warto też skoczyć na którąś z tysiąca wysp. Jazda przez ten kraj wygląda zupełnie inaczej niż np. przez przełęcze Alp czy bezdroża Albanii. W przyszłym roku planuję wyjazd do Gruzji i Armenii. Ale z pewnością Bałkany jeszcze będę odwiedzał. Tyle jest jeszcze dróg do przejechania. Myślę też o Pirenejach i Maroku.

Filozofia motoru. Jeżdżę od 2007 r. i przywiązałem się do motorów turystycznych marki BMW. Uczę się również jazdy na torze, wykorzystując drugi motocykl. Samodzielne doskonalenie umiejętności zabiera zbyt wiele czasu, korzystam więc z propozycji California Superbike School, która uczy motocyklistów (w Polsce na torze w Poznaniu) na czterech poziomach zaawansowania. Przeszedłem wszystkie i mogę potwierdzić, że warto. Nie tylko ze względu na doskonalenie umiejętności jazdy, ale też świadomość specyfiki jazdy motorowej, niebezpieczeństw, możliwości. Poznanie złotych reguł pozwala jeździć bezpieczniej, nawet kiedy porusza się szybciej. Ducha podróżowania motocyklem można streścić krótko: on the road — jazda ciągła. Samotna, nawet jeśli w grupie. Nie rozmawia się w drodze, nie trzeba się dobrze znać. Myśli snują się w głowie — taka forma medytacji. Wzmaganej przez wyjątkowe doznania: zapachy, temperaturę, dźwięki, światło, kolory. Brak ograniczeń, dostępność różnych miejsc — można wjechać do lasu, na plażę, na półkę skalną, ominąć korek. Dreszcz emocji, adrenalina, bo motor jest mniej bezpieczny niż pudło samochodu, można wpaść w poślizg, przewrócić się itd. Dowartościowanie. Skupienie na jeździe, kiedy rośnie szybkość. Zmęczenie? Owszem. Jedna pozycja — czasem wyciąga się nogi do tyłu, przenosi ciężar na siodełku. Wstaje. Czasem się moknie, marznie. Bez przerwy można jechać tyle, ile starczy paliwa w baku. Oznacza to około 300 kilometrów ciągłej jazdy, około tysiąca dziennie. Zmęczenie jest wpisane w jazdę na motorze. Podobnie jak specjalne podejście do pakowania bagażu — jedna torba na trzy tygodnie. &

 

Rafał Orawski

Prezes BPSC. Absolwent Akademii Ekonomicznej (teraz Uniwersytet Ekonomiczny) w Katowicach, uzyskał również tytuł Executive MBA na Uniwersytecie Warszawskim. Od kilkunastu lat pracuje w BPSC, początkowo jako główny księgowy, później dyrektor finansowy. Przez siedem lat pełnił obowiązki wiceprezesa ds. finansowych.

Albania. Droga do Theth pełna jest dziur, niebezpiecznych osuwisk, stromych podjazdów i zjazdów. Polecana tylko doświadczonym motocyklistom.

Karyntia. Grossglockner Hochalpenstrasse to niemal 50 km serpentyn. Po drodze mija się tarasy widokowie, a wokół ostre ośnieżone szczyty.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: WYSŁUCHAŁA DANUTA HERNIK

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu