Fabrykant piękna

Jarosław Sobkowiak
22-02-2006, 00:00

Firma zrodziła się z pasji do majsterkowania, miłości do materiałów naturalnych i piękna. Choć nazywa się „fabryka”, to jej siedziba bardziej przypomina galerię.

Michał Stęclik, właściciel Fabryki Rzeczy Ładnych Neo-Spiro z Częstochowy, nazywa sam siebie „kupcem i fabrykantem”. Te archaiczne już określenia doskonale oddają atmosferę, którą wyczuwa się w przedsiębiorstwie produkującym upominki i artykuły dekoracyjne. Na każdym kroku można natknąć się na rozmaite starocie. Maszyny do pisania z lat dwudziestych XX wieku, radia lampowe, narzędzia rzemieślnicze czy syfony do wody mineralnej. Ostatnio Stęclik kolekcjonuje też dawne tablice BHP. Wszystko to obok galerii produktów fabryki.

— Mamy prawie 300 własnych wyrobów w pełnej gamie kolorystycznej. Osobiście najbardziej dumny jestem z zegara w skrzynce z przyprawami, kolekcji cynamonowej i oczywiście pojemnika na wino w kształcie łodzi, który w 2001 roku zdobył złoty medal na Poznańskich Targach Reklamy — opowiada Michał Stęclik.

Poszukiwanie celu

Choć ma tytuł inżyniera górnictwa i geologii, to już na III roku krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej wiedział, że nie zostanie górnikiem. Na IV roku studiów ożenił się, a z pieniędzy otrzymanych w weselnym prezencie zakupił wraz z żoną Grażyną działkę. Założył na niej warsztat stolarski produkujący listwy — to była bodaj jedyna dziedzina nieobwarowana koniecznością posiadania dokumentów cechowych. Jednocześnie, przez trzy lata, pracował jako nauczyciel zawodu w szkole kształcącej ślusarzy-mechaników.

— Równolegle sam, a później w spółce prowadziłem kilka przedsięwzięć. Sprowadzałem z Niemiec, tuż po ich zjednoczeniu, pochopnie złomowane, a często prawie nowe silniki, pompy, kosiarki. Po renowacji sprzedawaliśmy je. W tym samym czasie pojawił się pomysł na import paraleków, odżywek i ziół — wylicza szef Neo-Spiro.

Przyznaje, że „oba tematy zamknęły się jednym pociągnięciem ministerialnego pióra”. Na urządzenia zaczęły być wymagane atesty, a to — przy jednostkowych egzemplarzach — byłoby zbyt drogie. Natomiast na leki i odżywki nałożono konieczność rejestracji w krajowych spisach leków.

Nowe tchnienie

Zamknięcie obu „tematów” i rozstanie się z dotychczasowymi wspólnikami rozpoczęło nowy okres.

— Z parafarmaceutykami związane były zioła. Z nimi zapachy, a co za tym idzie, upominki i artykuły dekoracyjne. W 1996 roku wraz z żoną założyliśmy własną spółkę Neo-Spiro, czyli z łaciny: nowy duch, nowy oddech. Żeby jednak przed nazwą nie lokować jakiegoś standardowego PPUH, zastanawialiśmy się nad indywidualną nazwą. Stąd wziął się pomysł na Fabrykę Rzeczy Ładnych.

Zrezygnował z prowadzenia warsztatu i rozbudował firmę, która rozpoczęła produkcję wyrobów z drewna, szkła, kamienia, gipsu i metalu. Nierzadko ich „prototypy” powstają w dawnym warsztacie, który Michał Stęclik pozostawił przy swoim domu.

— To do dziś moja duma. Prawdziwy raj dla majsterkowicza. Mogę tam zrobić prawie wszystko do domu, a nawet dorobić dzieciom części do roweru — dowodzi szef Neo-Spiro.

Przełom wieków to czas prosperity i wejścia na rynki dużych sieci.

— Dziś chyba łatwiej jest wymienić te markety, w których nas nie ma niż odwrotnie. Osobiście mam bardzo dobre doświadczenia ze współpracy z nimi. Gorzej było z wejściem do Unii Europejskiej. Większość moich wyrobów objęta była 3-procentowym podatkiem VAT, jako wyroby rękodzielnicze. Po wejściu do wspólnoty VAT wzrósł do 22 proc. Stanąłem przed ryzykiem utraty części klientów. Podjąłem więc decyzję, że tę 19-procentową różnicę wezmę na siebie i nie zmienię cen — mówi Michał Stęclik.

Pasja kreacji

Fabryka ma odbiorców we Francji, Danii, Niemczech, Rosji, Słowacji.

— Projektujemy sami, obserwujemy pojawiające się mody. Przed kilkoma dniami wróciliśmy z targów we Frankfurcie. Zatrważający jest ogrom towarów z Dalekiego Wschodu. Ja jednak nie poddaję się i konsekwentnie twierdzę, że możemy podjąć walkę z tą potęgą gospodarczą. Uważam, że dostępność produktów zamawianych zgodnie z potrzebami, nawet w małych partiach, jest szansą dla europejskich producentów. Kieruję się zasadą, że jeśli produkt ma czemuś służyć, musi być ergonomiczny, subtelny i ładny — dowodzi Stęclik.

Właśnie w końcowej fazie projektowania jest teatrzyk lalkowy dla francuskiego odbiorcy. Dzieci otrzymają mini scenę, a wraz z nią zestaw kukiełek: królów, Jasiów, Małgoś, zwierząt, smoków, rycerzy i czarnoksiężników. Wszystko to będą mogły same indywidualnie udekorować, no i oczywiście wystawiać własne przedstawienia.

Jak przyznaje, jego pasją jest właśnie projektowanie przedmiotów dekoracyjnych. Ich pierwszym cenzorem zostaje zwykle żona Grażyna.

— Chciałbym tworzyć ciągle coś nowego, ale to wdrażanie nowości może stać się niebezpieczne dla firmy, więc konieczny jest umiar — podkreśla Michał Stęclik.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jarosław Sobkowiak

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Fabrykant piękna