Fabryki snów na państwowym

Magdalena Wierzchowska
opublikowano: 10-01-2011, 00:00

Państwowe studia filmowe są 2,5 razy mniej efektywne od prywatnych. Prywatni filmowcy podważają sens ich uprzywilejowania.

W byłych krajach

komunistycznych nie ma już

państwowych wytwórni filmowych

Państwowe studia filmowe są 2,5 razy mniej efektywne od prywatnych. Prywatni filmowcy podważają sens ich uprzywilejowania.

"Ja w ogóle nie lubię chodzić do kina, a szczególnie na filmy polskie. W filmie polskim to jest nuda, nic się nie dzieje. Dialogi niedobre, bardzo niedobre są. (…) Aż mi się chce wyjść z kina, proszę pana, i wychodzę. I kto za to płaci? Pan płaci, pani płaci, my płacimy. Społeczeństwo" — mówił w kultowym "Rejsie" Zdzisław Maklakiewicz.

Czy to samo można powiedzieć o państwowych studiach i wytwórniach filmowych? Miały zniknąć do końca ubiegłego roku, a rząd chce dać im jeszcze kroplówkę na kolejne dwa lata. Potem część zlikwiduje, sprywatyzuje, a część ma zachować w innej formule działalności. "PB" opisał tę sprawę pod koniec ubiegłego roku.

250 tys. zł na głowę

Teraz "PB" sprawdził efektywność państwowych studiów i wytwórni filmowych. Z danych udostępnionych przez ministerstwo kultury wynika, że jeden zatrudniony wypracowuje 260 tys. zł przychodu (patrz ramka). Porównaliśmy te dane ze Studiem A, którego właścicielem jest spółka giełdowa, udostępniająca wyniki finansowe. W Studiu A jeden zatrudniony wypracował w kryzysowym 2009 r. 695 tys. zł przychodu, a więc 2,5 razy więcej niż w firmach państwowych.

— Rok 2009 był okresem wyjątkowo niskich przychodów spółki. Powodem tej sytuacji był kryzys gospodarczy przejawiający się niższym poziomem zamówień ze strony nadawców. W 2010 r. Studio A uzyska znaczny wzrost przychodów, co z pewnością przełoży się na dodatni wynik finansowy — mówi Anna Skowrońska, prezes Studia A.

Oczywiście to porównanie jest tylko próbą przybliżenia rentowności firm państwowych i prywatnych, bo trudno postawić znak równości między jednym prywatnym studiem a 11 państwowymi podmiotami, wśród których są giganty, takie jak wytwórnia filmowa w Warszawie, i maluchy — takie jak Studio Filmowe Tor. Chodzi o zasadę.

Po co te archiwalia

Jednym z większych problemów są archiwalia, którymi zarządzają studia i wytwórnie filmowe. Niektóre z nich, takie jak Tor czy Perspektywa, żyją głównie przeszłością i większość ich zarobku to sprzedaż praw do archiwalnych filmów. Po co więc multiplikować studia, z ich dyrektorami, sekretarkami, skoro to samo może robić jedna instytucja, na przykład Filmoteka Narodowa czy Polski Instytut Sztuki Filmowej (PISF)?

— Mamy swój oczywisty interes w tym, by sprzedawać prawa do naszych filmów gdzie tylko się da, ponieważ tym sposobem, poprzez obecność tych filmów w świadomości widzów, budujemy markę studia i — co oczywiste —zapewniamy wpływy zarówno nam — połowę z nich bierze PISF, jak i — dzięki tantiemom — autorom tych filmów lub ich spadkobiercom. Obawiam się, że gdy filmy te znajdą się w wielkiej masie filmów ze wszystkich sprywatyzowanych przedsiębiorstw w Polsce, nie będą już tak dobrze wykorzystywane — mówi Andrzej Orzechowski, dyrektor Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej, producenta m.in. "Reksia" czy "Bolka i Lolka".

— W byłych krajach komunistycznych nie ma już państwowych studiów filmowych. Państwowe studia są mało operatywne, nie podejmują działalności na szerszą skalę. Często się zdarza, że zagraniczni organizatorzy imprez filmowych zwracają się do nas z prośbą o udostępnienie filmu, a my przesyłamy tę wiadomość do studiów. Dla zagranicy Filmoteka Narodowa to naturalny partner — mówi Tadeusz Kowalski, jej dyrektor.

 

Sól w oku

Prywatni filmowcy skarżą się na nierówne prawa. Bo niby dlaczego tylko wybrana grupa firm ma korzystać z takich przywilejów?

— Państwowe studia filmowe to instytucje, w których hula duch socjalizmu. Mamy dotujące kinematografię PISF i regionalne fundusze filmowe, po co jeszcze tworzyć uprzywilejowaną grupę firm i producentów filmowych zarządzających państwowym majątkiem? Może stwórzmy państwowe hot-dogi, bo prywatne oferują za małą kiełbaskę i niedobrą bułkę — ironizuje Grzegorz Hajdarowicz, właściciel Gremi Film Production, producenta "City Island", filmu z Andym Garcią.

Często w firmach państwowych decyzje zapadają na podstawie nie do końca komercyjnych zasad. Pierwszy z brzegu przykład złego gospodarowania pieniędzmi? "Wytwórnia [we Wrocławiu — przyp. red.] od lat nie była w dobrej kondycji finansowej, bo — pomijając oczywiste dla filmowców warunki zewnętrzne — jeszcze w latach 80. uziemiła ją niepotrzebna, na lata obciążająca i niezwykle kosztowna inwestycja w sprzęt dźwiękowy, przestarzały zresztą i dzisiaj będący właściwie obiektem muzealnym" — czytamy w "Magazynie Filmowym Stowarzyszenia Filmowców Polskich".

Z drugiej strony, państwowe firmy konkurują o dotacje do filmów na takich samych zasadach jak firmy prywatne.

— Z mojego punktu widzenia państwowe wytwórnie filmowe nie przeszkadzają. Koegzystują z branżą komercyjną. O wsparcie komisji filmowej konkurują na równi z prywatnymi firmami — mówi Rafał Orlicki, zastępca dyrektora Krakowskiego Biura Festiwalowego, odpowiedzialny za Krakowską Komisję Filmową.

Resort chroni studia

Bardziej pogłębioną analizę finansów państwowych instytucji filmowych uniemożliwiło "PB" ministerstwo kultury, które nasza redakcja przez ponad miesiąc prosiła o udostępnienie danych finansowych tych podmiotów. Nie udało się, mimo że te dane powinny być od ręki dostępne jako informacja publiczna. Wszystkie studia, z którymi rozmawialiśmy, twierdzą, że państwo do nich nie dokłada. Ale jakie kwoty uzyskują z obrotu prawami do filmów, a jakie — bezpośrednio angażują w produkcję filmową — tego już nikt nie chciał nam powiedzieć.

— Wszystkie jedenaście obecnie funkcjonujących zespołów (…) uzyskuje bilans dodatni i nie potrzebuje dotacji — mówi Bogdan Zdrojewski.

Pan minister zapomniał o dwóch z nich. "Spośród państwowych instytucji filmowych prowadzących działalność operatywną w 2009 r. tylko dwa zakończyły swoją działalność stratą spowodowaną tzw. produkcją w toku (w przypadku produkcji filmowej rok kalendarzowy nie pokrywa się z rokiem produkcyjnym)" — napisało ministerstwo kultury w oświadczeniu dla "PB".

Nie wylać dziecka...

Studia i wytwórnie mają zostać skomercjalizowane i sprywatyzowane lub przekształcone w instytucje kultury. Przy przekształceniach całego sektora trzeba uważać, by nie wylać dziecka z kąpielą — czyli zachować wkład tych instytucji w kinematografię. Przykład? Zakusy deweloperów na bardzo atrakcyjne grunty Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych w Warszawie. Na razie na tym terenie nikt nie będzie budował domów mieszkalnych, ale za dwa lata — kto wie, co się zdarzy? Studio Filmowe z Bielska-Białej, które już rozpoczęło proces komercjalizacji, obawia się ewentualnej dalszej prywatyzacji.

— Sprywatyzowano Kraty. Film, czeską wytwórnię, która stworzyła "Krecika", "Żwirka i Muchomorka". W jej miejsce powstały małe firmy realizujące filmy, ale ich produkcja nie ma już większego znaczenia i w żaden sposób nie nawiązuje do potencjału zlikwidowanej firmy. Obawiam się, że w Polsce może stać się to samo. Szkoda, by upadła marka Studia Filmów Rysunkowych, które wypuściło "Bolka i Lolka" oraz "Reksia". Produkcja filmów dla dzieci to nie tylko biznes. Kraj, który ma ambicje coś znaczyć, ma obowiązek dbania o swoją kulturę, a jej wytworów nie wolno mierzyć tylko w kategorii zysku i straty — mówi Andrzej Orzechowski.

— Polski film jest bardzo dobrą i mocną polską marką. Zasługuje na to, by w przypadku przekształcania o tym pamiętać i przy każdym kolejnym kroku przede wszystkim mieć na względzie dobro widza — mówi Bogdan Zdrojewski.

WFDiF TRZEBA ODCHUDZIĆ

Największa i najciekawsza spośród państwowych instytucji filmowych jest Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, producent takich filmów, jak "Różyczka" czy "Galerianki". Jak na polskie warunki, to gigantyczna "fabryka snów". Jest właścicielem gruntów i budynków w centrum Warszawy o wartości księgowej 37 mln zł. Minister kultury stawia wytwórni ambitne zadanie — ma być Centrum Kopernika filmu polskiego.

— Chełmską trzeba odchudzić, by była bardziej elastyczna, bardziej sprawna i mobilna, by majątek był dużo skromniejszy i bardziej efektywny. Powinna być jak ul, gdzie młodzi ludzie biegną, uczą się. Ul, który przyciąga dobre idee i trendy — mówi Bogdan Zdrojewski.

"Rozważamy różne opcje przekształcenia własnościowego, bierzemy pod uwagę możliwości, jakie daje ustawa o partnerstwie publiczno-prywatnym" — napisała Agnieszka Będkowska z WFDiF w oświadczeniu dla "PB".

Okiem eksperta

Studia utrudniają digitalizację

Tadeusz Kowalski

dyrektor Filmoteki Narodowej

Studia są zawieszone w sytuacji tymczasowej, co powoduje, że mają krótki horyzont funkcjonowania. Czeka nas ogromny proces digitalizacji całych zasobów kinematografii, który będzie kosztował setki milionów złotych w perspektywie wielu lat. Sporo spraw wymaga uzgodnień, a studia nie wykazują chęci współpracy.

Cyfryzacja będzie bardzo drogą inwestycją, wymagającą na przykład odrębnej infrastruktury informatycznej. Jeśli studia przetrwają w obecnej formie, będzie trzeba tworzyć takich systemów wiele, co znacząco zwiększy koszty. Obniżyć je może jedynie wprowadzenie ekonomii skali, czyli scentralizowanie całego procesu, tak jak to się dzieje w innych krajach. Znakomitym przykładem jest Holandia. Teraz różni gracze cyfryzują archiwa na własną rękę, nie trzymają standardów technologicznych, nie tworzą kopii dla Filmoteki Narodowej, czyli dla potrzeb narodowego zasobu archiwalnego. Digitalizacja do szafy, czyli przechowywanie poza systemem informatycznym, nie ma sensu. Z całą sprawą trzeba się spieszyć, bo stan archiwów z każdym rokiem będzie coraz gorszy, a studia nie są i raczej nie będą technologicznie przygotowane do cyfryzacji dawnych filmów.

Studio A

5,6

mln zł przychodów

8

etatów

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Magdalena Wierzchowska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy