Fajka pokoju przy obiedzie

Kama Veymont
13-02-2006, 00:00

Służbowy lunch jest ważną okazją biznesową, w której aspekty towarzysko-kulinarne przecinają się z interesami stricte zawodowymi.

Wspólne zjedzenie posiłku przypomina trochę wypalenie fajki pokoju, a często jest jedynym sposobem, aby zwabić na spotkanie cennego, acz niezwykle zajętego klienta. Liczy się przede wszystkim stworzenie przychylnej i pozbawionej przymusu atmosfery, w której łatwiej się poznać, negocjować czy zawierać sojusze biznesowe.

Lunch trzeba tak zaplanować, aby dać naszemu gościowi wytchnienie w ciągu dnia pracy. Nie może on odnieść wrażenia, że jest na kolejnej prezentacji handlowej. Jeśli do tego jeszcze jedzenie będzie dobre, to obie strony zachowają miłe wspomnienia, nawet gdy nie zrealizujemy związanych ze spotkaniem celów biznesowych.

Wybór lokalu

Jeśli zapraszamy gościa do restauracji, to my decydujemy o wyborze lokalu (choć naturalnie wypada zapytać go o preferencje — może jada wyłącznie sushi lub uwielbia kuchnię arabską). Jeśli gościowi pozostawimy wybór, ten, powodowany skromnością (bądź pragmatyzmem) może wybrać pobliskiego McDonalda, w którym odbywać się akurat będzie impreza urodzinowa dla sześciolatków. Jeśli zaś kierować nim będzie snobizm — wskaże lokal, w którym utopimy nasz półroczny budżet reprezentacyjny.

Wybierając lokal, rozważmy takie kwestie, jak rodzaj i różnorodność menu, jakość obsługi, stopień zatłoczenia, ceny, a także odległość od miejsca pracy i dostępność parkingu. No i jeszcze to, co zwykliśmy nazywać klimatem miejsca.

Co go tworzy — trudno powiedzieć, wystarczy wspomnieć fenomen nieistniejącego już warszawskiego baru (mlecznego!) o wdzięcznej nazwie Słoneczny na ulicy Mokotowskiej, gdzie nad kaszą gryczaną ze skwarkami i blinami z serem zgodnie pochylali się tu w porze lunchu przedstawiciele biznesu (bo blisko do pracy?), dyplomaci (żądza wrażeń?), studenci i bezdomni (bo cena!).

Diabeł tkwi w szczegółach

Po wybraniu lokalu koniecznie należy z wyprzedzeniem zarezerwować stolik, a w oznaczonym dniu przybyć na miejsce kilka minut przed czasem. Pamiętajmy o ustaleniu z zainteresowanym, gdzie konkretnie się spotykamy. Jeśli pominiemy ten szczegół, może się zdarzyć, że gość dotrze przed nami, wejdzie do restauracji i zajmie miejsce przy wolnym stoliku, podczas gdy my będziemy się nerwowo rozglądać po foyer.

Mamy dwie możliwości zorganizowania posiłku: ustalamy z góry menu lub dajemy gościowi szansę wyboru dań z karty. Każde rozwiązanie ma dobre i złe strony. Pierwsze niesie ryzyko wyboru niewłaściwego dania. Drugie wydłuża procedurę, ale zdecydujmy się na nie, jeśli dysponujemy czasem. Dobrze jest pomóc w tym gościowi, podsuwając propozycje sprawdzonych potraw. W ten sposób przekazujemy też ważne sugestie: gość widzi w karcie cenę proponowanego dania (w takich granicach będzie wybierał kolejne potrawy) i jeżeli jest to przystawka, dowiaduje się, że będzie kilka dań.

Wino w restauracji

Przy podawaniu wina kelner podchodzi najpierw do gospodarza i nalewa do jego kieliszka odrobinę wina, aby ten zaakceptował trunek przed podaniem go gościom (nie mylić z degustacją!).

Akceptacja odbywa się w czterech etapach: gospodarz najpierw ogląda korek, aby sprawdzić, czy wino było właściwie leżakowane i ewentualnie wącha, czy nie pachnie pleśnią. Następnie wącha się samo wino (biorąc kieliszek za nóżkę!), sprawdza wizualnie jego klarowność, a wreszcie upija łyk, by ocenić smak (i temperaturę). Wszystkie te czynności wykonuje się jednak sprawnie i bez zbędnych popisów (mlaskania i siorbania), typowych dla konkursów sommelierów. Jeśli nie czujemy się znawcami win, możemy scedować obowiązek akceptacji na swojego gościa, jednak nie stawiajmy nikogo przed faktem dokonanym.

Przypomnijmy żelazną zasadę: najpierw podawane są wina wytrawne, potem słodkie, najpierw białe, potem czerwone, najpierw lekkie, potem ciężkie, co wiąże się z kolejnością dań.

Wytrawne sherry zwykle towarzyszy przystawce i zupie, białe wytrawne wina pasują do ryb, czerwone wytrawne do mięs i serów, a słodki szampan do deserów. Naturalnie są i tacy, którzy w proteście przeciw zasadom zamawiają ciężkie czerwone wino do delikatnej soli, a dziczyznę popijają campari z sokiem pomarańczowym. Smacznego!

Po napiwku poznacie ich

Obowiązek zapłacenia rachunku spoczywa tylko i wyłącznie na osobie zapraszającej. Można to zrobić elegancko, wręczając dyskretnie kierownikowi sali kwotę przekraczającą spodziewaną wysokość rachunku (wraz z napiwkiem!), z prośbą o wręczenie reszty bądź dowodu zapłaty, kiedy będziemy opuszczać restaurację. Mniej elegancką formą płacenia jest poproszenie o rachunek przy stoliku, ponieważ gość z reguły widzi jego wysokość.

W Polsce przyjęło się dawać napiwek wynoszący 10-15 proc. rachunku, w USA minimum 20 proc. Zapłacenie napiwku mniejszego niż wymaga obyczaj dowodzi skąpstwa, które rujnuje nasz wizerunek, a niezapłacenie go w ogóle jest objawem braku obycia. Chyba że obsłużono nas skandalicznie, to wtedy napiwku nie dajemy. To jeden z powodów, dla których restauracje powinniśmy wypróbowywać najpierw na sobie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kama Veymont

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Gospodarka / Fajka pokoju przy obiedzie