Fanatyzm nie zamierza składać strasznej broni

Jacek Zalewski
08-07-2005, 00:00

Lotniczy atak islamskich terrorystów na World Trade Center, pozostający do dzisiaj globalnym szokiem, przewartościował naszą cywilizację. Od 11 września 2001 r. o zbrodniczych uderzeniach na masową skalę nie myśli się już w kategoriach „czy” — jedyną niewiadomą pozostaje „gdzie” i „ile ofiar”.

Wczoraj tragedia dotknęła Londyn. Skalę dramatu zwielokrotniła okoliczność, iż bomby w metrze i autobusach siały śmierć i zniszczenie zaledwie dzień po triumfie brytyjskiej stolicy w wyścigu po organizację igrzysk olimpijskich. Trudno jednak przypuszczać, aby zamachy — które musiały być przecież przygotowywane przez długie tygodnie — miały coś wspólnego akurat z decyzją MKOl. Oczywisty jest natomiast ich bezpośredni związek z trwającym właśnie szczytem G-8, którego gospodarzem jest premier Tony Blair, a jeszcze bardziej — ze znaczącym udziałem Wielkiej Brytanii w uderzeniu na Irak.

Właściwie za pewną anormalność wypada uznać fakt, że na szlaku terrorystycznej zbrodni Londyn znalazł się... tak późno. Teoretycznie był przecież celem znacznie bardziej narażonym na odwet Al-Kaidy, niż na przykład Madryt. Właśnie dlatego stolica Hiszpanii przeżyła 11 marca 2004 r. tak ogromny szok, spotęgowany 191 ofiarami śmiertelnymi, a skutkujący upadkiem ekipy rządzącej. W Londynie ataku spodziewano się od dawna, z dużym prawdopodobieństwem zakładano również, iż celem staną się środki komunikacji publicznej — praktycznie bezbronne, w odróżnieniu np. od chronionych imprez masowych czy centrów handlowych. Wszystko to było wiadomo, a jednak gdy złowieszcza hipoteza zmaterializowała się dziesiątkami zabitych i setkami rannych — żal i przerażenie zwykłych ludzi miesza się z pytaniami, czy nie dało się tego uniknąć oraz — co dalej?

Tragiczne wiadomości z Londynu kontrastują z równie tragicznymi, ale całkowicie już spowszedniałymi doniesieniami z Iraku, gdzie nastąpiło odwrócenie proporcji i jako nietypowy postrzegany jest dzień bez kilkudziesięciu niewinnych ofiar... Nie wolno o tym zapominać, ponieważ jest to drugie oblicze tej samej „wojny cywilizacji”. Jakże miałkie wobec jej zagrożeń wydają się na przykład finansowe kłótnie na forum Unii Europejskiej, które jeszcze niedawno tak nas rozpalały...

Obradujący w szkockim Gleneagles przywódcy ośmiu światowych potęg (USA, Kanady, Japonii, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch oraz Rosji) — których spotkanie było powodem uderzenia Al-Kaidy na Londyn właśnie wczoraj — nie są w stanie wypracować żadnych konkretnych decyzji, ukierunkowanych na likwidowanie nie objawów, lecz źródeł islamskiego terroryzmu. Wydaje się zresztą, że leży to poza ich możliwościami —sprawy zaszły już za daleko i nawet hipotetyczne, choć trudno wyobrażalne, cofnięcie się Zachodu i oddanie pola islamskiemu fanatyzmowi również nie poprawi sytuacji. Zakończenie wojny w Iraku i wycofanie się stamtąd wojsk interwencyjnych — które musi przecież nieuchronnie nastąpić — nie zostanie przecież odebrane przez Al-Kaidę i jej pobratymców jako gest dobrej woli, lecz jako wielkie zwycięstwo Allacha nad niewiernymi.

Wszystko to razem prowadzi do konstatacji, że dalsza konfrontacja wydaje się nieuchronna. Nasuwa się zatem straszne pytanie: kto następny po Londynie? Oby pozostało bez odpowiedzi...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Fanatyzm nie zamierza składać strasznej broni