Faza kinoteatrzyku

Wojciech Surmacz
27-06-2003, 00:00

Powiedział, że znika do 10 lipca, ale jak jest popłoch, to pogada. Był popłoch, bo „Wyborcza” puściła w obieg wiadomość o powrocie Salonu Niezależnych. Chciał, żebyśmy się spotkali tam, gdzie swego czasu zwykł przesiadywać Kisiel — w knajpie na warszawskim „Rozdrożu”...

Jacek Kleyff: Nie dam się sfotografować.

„Puls Biznesu”: Może jednak?

— Nie kłóćmy się! Stracimy tylko czas. Dajcie spokój... No!

- Ale...

— Nie spałem parę nocy, robiłem przedstawienie! Jestem w złej formie!

- Tylko...

— Nie chcę być dziś fotografowany! Mogę?!

- Jasne!

— No to już!

- Jak to jest z reaktywacją Salonu Niezależnych?

— Nieee maaa jeeej!!!

- Jak to? Przecież w „Gazecie”...

— Zrobili nam straszne zamieszanie — towarzyskie i środowiskowe! Zero reaktywacji Salonu Niezależnych! Po prostu Michał Tarkowski ma kolegów, którzy robią krótkie filmiki animowane: szydercze, satyryczne, żrące, fantastyczne, przepiękne, ludzkie! Wpadliśmy na pomysł, żeby nowe skecze i nowe piosenki zrobione przeze mnie z wykorzystaniem Orkiestry Na Zdrowie (ONZ) połączyć w całość. Nazywa się to „Kinoteatrzyk Jacka Kleyffa i Michała Tarkowskiego ze wspomaganiem ONZ”. Z samego względu, że brak Janusza Weissa, nie możemy tego nazywać Salonem. Ale nie tylko dlatego! Nawet gdybyśmy z Januszem coś robili, to by się musiało inaczej nazywać! Jesteśmy przecież gdzie indziej, każdy robi co innego... Nastąpił przeciek. Nie wiem, w jaki sposób, bo nikt z nas tego nie nadał. „Gazeta” — pewnie w dobrej wierze — trochę namieszała. Mamy mnóstwo telefonów!

- Może ktoś bardzo chce, żebyście wrócili?

— Ale to niemożliwe, no! Czy można z takim samym przejęciem jak 40 lat temu stawiać babki z piasku? Ale nie udawać! Tylko z wywalonym językiem lepić te babki? To niemożliwe. Nie ta piaskownica, inne warunki. Nie ma na ulicy peerelowskch wujków spod pędzla Mleczki, którzy powodowali nasze zdenerwowanie i improwizacje alkoholowe. Nie ma o czym mówić... Salon nie może się odrodzić. Może powstać coś innego z naszą wrażliwością. To tak, jak Fedorowicz nie zrobi już z Gruzą „Małżeństwa doskonałego”. Prawda? Taki był program. Pamięta, czy nie?

- Nie bardzo.

— Robili. W telewizji. Wspaniały program. Ale nie mogą już tego programu robić ponieważ... Gruza jest gdzie indziej, Fedorowicz też.

- Ale co to znaczy? Że to już definitywny koniec starego dobrego kabaretu...

— Nie. Robimy to tylko inaczej. W nowym teatrzyku satyrycznym. Zapraszam na premierę prasową w październiku — jeszcze nie ma dokładnej daty. Będzie ten sam duch! Widział pan Salon?

- Być może — będąc dziecięciem.

— Dziecięciem? Hmm... To niewiele pan widział. Niech się pan nie gniewa za te zdjęcia!

- Ależ ja się nie gniewam. Dlaczego Pan zszedł ze sceny kabaretowej?

— Bardzo przykre tłumaczenie... Kiedyś nagle skończyło się paliwo. Ale ja nigdy nie odszedłem od swego przekazu. Zanim w ogóle powstał Salon, chciałem założyć zespół rockowy, grać muzykę, którą gram teraz z Orkiestrą Na Zdrowie. Ale wtedy mi nagle zaczęli zamykać kolegów. Zaczęli mi się po prostu wpieprzać w życie. Przecież to była na przemian: szyderka i rozpacz. Na naszych programach ludzie płakali ze śmiechu, a zaraz potem naprawdę — te same łzy! To był Salon Niezależnych! To był ten czas, kiedy Gierek powiedział, że... Boże jakie to nudne wszystko! Gierek? Jaki Gierek? Po co my w ogóle problemy gierkowskie poruszamy?

- Bo chyba jednak nie dla wszystkich są nudne.

— Były takie 3-4 lata luzu za Gierka. Było kilka kultur: nietolerowana, zwalczaną zwana (czyli cały tzw. drugi obieg), kultura popierana (czyli Opole, Zespół Pieśni i Tańca Śląsk itd.), no i kultura tolerowana, w której to znalazły się wszystkie teatrzyki studenckie. I tolerowana była przez kilka lat, a później społeczeństwo rękami władzy zrezygnowało z naszych usług.

- To znaczy?

— Coraz częściej dochodziło do sytuacji, że gdzieś jechaliśmy, umowa była podpisana, przyjeżdżaliśmy, a kierownik mówił, że mu woda klub zalała. To ja mówiłem: pokaż buty! Okazywało się, że był jakiś ubek i — mimo że nas cenzura tolerowała — groził kierownikowi: „Polecisz, jak puścisz!”. Coraz więcej takich wpadek i w końcuśmy przestali grać. Później nam pozwalali się pokazywać, ale osobno. Znaczy Jasiowi Weissowi prowadzić konferansjerkę zespołów estradowych — tak zarabiał. A mnie jeździć z balladami po Polsce, ale bez nazwiska na plakacie — a to przy Rosiewiczu, a to przy Maryli. No i tak jeździłem, jeździłem, aż raz doszło do skandalu, bo jak mnie Maryla wypuściła na scenę, to zaśpiewałem taką piosenkę o Sejmie, może pan zna? „Sejm — stuk, stuk laską w podłogę. Sejm, sejm — wyraża zgodę...”. Ja jej to raz na prywatce zaśpiewałem, a ona mi kazała zaśpiewać na swoim programie dla 700 osób w Teatrze Wybrzeże. Był rok 1978. No to zaśpiewałem, zlikwidowali jej trasę, a mnie już kompletnie zakazali występować. Ale ja wtedy właśnie dostałem się pod opiekuńcze skrzydła przyjaciół alpinistów, którzy mnie nauczyli braku lęku przestrzeni i zacząłem zarabiać na pracach wysokościowych m.in. na szyszkach.

- Na szyszkach?

— Na wszelkich pracach alpinistycznych. Do dziś to robię. Ale zostawiłem sobie jedynie prace w lesie przy zbiorze szyszek. Kiedyś z prac wysokościowych (nie tylko w lesie) każdego roku miałem około 60 dniówek — na każdej zarabiając miesięczną pensję przeciętnego robotnika. Takie były czasy...

- Które to były lata?

— 1977-1985. Cały stan wojenny w ten sposób przeżyłem. Potem przeprowadziłem się na wieś, gdzie z przyjaciółmi poddaliśmy się muzycznemu samokształceniu — i powstała Orkiestra Na Zdrowie — mniej kabaret, więcej transowa muzyka z poetyckim tekstem. Tak to zniknąłem z pola widzenia dawnej publiczności Salonu Niezależnych.

- Dało się wyżyć z Orkiestry Na Zdrowie?

— Na Zdrowie dostawało mało kasy — i rzadko. Wciąż żyłem z prac wysokościowych. Wciągnąłem w to także niektórych kolegów z orkiestry. Po 1989 roku występy kabaretowe znowuż stały się popularne. Wracały Elity, Egidy, a myśmy już jak gdyby byli wypaleni — „jaja” już nas nie ciągnęły. Mnie bardziej pociągała muzyka. Robię ją z powodzeniem, aczkolwiek dziś odżywa w nas duch prześmiewczy.

- Jakiś przykładzik?

— Są skecze bardzo wprost. Wierszyk: „Kto ty jesteś? Nikt z nas nie wie. Jaki znak twój? Ptak na drzewie. Gdzie ty mieszkasz? U Krystyny. W jakim kraju? Na Klaudyny”. Tego typu rzeczy. Po prostu w połowie satyryczny program, ale nie Salon... Naprawdę popieram „GW”. Proszę na nią z mojego powodu nie napadać, ale jednocześnie można mnie zacytować, że uważam, że normalnie posiali nam zamęt i nie mieli prawa napisać, że jest reaktywacja Salonu, bo nikt tak im nie mówił.

- Może wszystko przez to, że jest faza na powroty starych kabareciarzy? Podobno Laskowik wraca?

— U Zenka byłem trzy miesiące temu. Zenek myśli o robieniu serialu, gdzie główną rolę będzie grał listonosz. Bo on się naoglądał życia cudownego... Są genialne kabarety i jest „faza na satyrę” — cudowna, ale multimedialna...

- Do tego chciałem...

— Jest kabaret „Chatelet”. Jest świetny kabaret „Ani mru mru”. Śmieję się często z Halamy. Oni właśnie wykorzystują kino! Jest faza na kabaret nowoczesny! Dlatego robimy kinoteatrzyk.

- Można na tym dobrze zarobić?

— Na razie nie.

- No właśnie.

— O! No właśnie! Przy okazji chciałem zapytać, czy „Puls Biznesu” wie coś na temat „jak to teraz będzie”? Bo tak: z jednej strony wiem, że po prostu nadchodzi czas egalitaryzacji mistrzostwa. Każdy może w domu zrobić coś najpiękniejszego, co potrafi i pokazać to w internecie. I nikt go nie zablokuje, i każdy będzie miał do tego dostęp, i rzeczy fantastyczne, wspaniałe będą po prostu ogólnie dostępne. Z tym że jeszcze nie znaleziono sposobu, żeby taki mistrz z czegoś genialnego mógł na przykład dom wybudować. Taką mam wizję, że każdy z nas ma zakopane w sobie jakieś mistrzostwo, tylko życie go przywala i nie zawsze do niego dociera. A internet daje mi tę możliwość, że siedzę i robię coś, co najbardziej kocham, i pokazuję to światu. I teraz, czy dojdzie do czegoś takiego, że mistrzowie będą nagradzani, że każdy dostanie swoje? Czy wciąż będzie się w jedne żagle dmuchać, a drugich nie zauważać?

- Chyba jednak wciąż będzie się dmuchać w żagle i być może dlatego nie da się wyżyć z kabaretu.

— Jak to?

- A da się?

— A ci, którzy robią kabaret na średnią krajową?

- Czyli? Konkretnie?

— Nie powiem, bo wyjdzie na to, że się wynoszę. Ale jest dużo kabaretów średniego kalibru — nie wymieniając nazwisk — na które tzw. średnia krajowa „wali i wyje”. To dowcipy, które mnie zostawiają gdzieś z boku i ja takich po prostu robić nie umiem. Oni rzeczywiście trafiają w punkt swoim własnym gustem. Powalają masy zgromadzone na różnego rodzaju biesiadnych imprezach. Po prostu — jeżeli ktoś celuje w średnią krajową, to ma kupę kasy.

- W czasach Salonu też tak było?

— Nie.

- A wyście się wtedy w ogóle nad tym zastanawiali?

— Myśmy wtedy frunęli, nie mieli potrzeb. Wszystko było zglajchszaltowane. Dookoła szalał PRL. Wiedzieliśmy, że lecimy głową do przodu, że jesteśmy współarchitektami jakiejś straszliwej katastrofy, która coraz bardziej się zbliża. Bo myśmy nie sądzili, że to się rozejdzie po kościach. Straceńczość wchodziła w grę! Alkohol! Pan Bóg mi napisał, że nie będę alkoholikiem, wobec tego w pewnym momencie alkohol mi się znudził. Ale myśmy potrafili być przez 2 miesiące we wszystkich klubach wszystkich 17 województw. Cały czas w trasie. Zaczynałem mieć takie sytuacje z alkoholem, że budzę się: kurczę — lampa kulista, radio Violetta, czarny telefon, tramwaje jeżdżą za otwartym oknem — trzęsiawka. Wyglądam — niebieskie tramwaje! Myślę — Kraków? Nie — Poznań! Nie, w Poznaniu są zielone! Patrzę na stole plakat — Festiwal Teatru Otwartego — Wrocław. Aha! Wrocław! Wczoraj te pół litra w pałacyku... Tam jeszcze przynieśli... Alkoholizm, który zabrał moich przyjaciół paru. Nastrój katastrofy. Tego teraz nie ma. A jak nie ma paliwa, to samochód stoi...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Nieruchomości / Faza kinoteatrzyku