Fortuna kołem się toczy

Dawid Tokarz
14-07-2006, 00:00

Hazard porusza się na pograniczu szarej strefy. Politycy nic z tym nie robią. Bo nie chcą się z nim kojarzyć.

„Puls Biznesu”: Jako jeden z niewielu urzędników przetrwał pan na stanowisku dyrektorskim ponad dekadę. Ale dymisja pod ogniem zarzutów Najwyższej Izby Kontroli to finisz w kiepskim stylu.

Marek Oleszczuk, były dyrektor Departamentu Gier Losowych i Zakładów Wzajemnych w Ministerstwie Finansów: O tym, że powodem mego odwołania były ustalenia z niepublikowanego jeszcze raportu NIK, dowiedziałem się z „Pulsu Biznesu”. Jedynym uzasadnieniem, jakie mi przedstawiono, była „likwidacja stanowiska dyrektora departamentu gier losowych i zakładów wzajemnych”.

Musiał pan znać wystąpienie pokontrolne NIK. Kontrolerzy zarzucają panu wydanie w grudniu 2002 r. nierzetelnej opinii, jakoby umowa Polskiego Monopolu Loteryjnego (PML) z Intralotem była zgodna z ustawą hazardową. Tymczasem, ich zdaniem, narusza ona ustawę o grach, bo ceduje monopol zastrzeżony dla państwa na nieuprawnioną do tego spółkę z Grecji.

Ależ ta umowa była zgodna z ustawą. Intralot wykonywał wiele prac na rzecz PML, ale posiadaczem monopolu wciąż była państwowa spółka. Dla porównania: Totalizator Sportowy też ma partnerów, którym zleca określone zadania, choćby operatora systemu (amerykański GTech) czy kolektorów. I nikt nie twierdzi, że narusza prawo.

Tyle że Intralot przygotowywał nawet regulaminy poszczególnych loterii, a zadanie PML polegało jedynie na przedstawianiu ich w Ministerstwie Finansów do zatwierdzenia.

Nie zmienia to faktu, że to Grecy wykonywali usługi dla PML, a nie odwrotnie. Warto też pamiętać, że kiedy obaj partnerzy chcieli uzyskać zgodę na aneks do tej umowy, który rozszerzał ich współpracę na gry liczbowe i stanowił, że rolą PML będzie jedynie pobieranie prowizji od obrotów — zaalarmowałem przełożonych, a ci — Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Tyle że wystąpienie pokontrolne NIK nic o tym nie mówi. Zresztą nie tylko o tym.

A dokładniej, można prosić?

W tej feralnej — rzekomo nierzetelnej — opinii poza uwagą, że umowa jest zgodna z prawem, napisałem wprost, że jest niekorzystna dla PML pod względem biznesowym. NIK skrzętnie pominęła ten, kluczowy przecież, akapit. Może byłoby inaczej, gdyby Ministerstwo Finansów odniosło się do zarzutów NIK. Ale gdy wystąpienie pokontrolne dotarło do resortu, byłem akurat na urlopie. I mimo że wnosiłem o ustosunkowanie się do zarzutów, nowy wiceminister Marian Banaś zdecydował inaczej. Pewnie nie bez znaczenia było to, że mój były już przełożony trafił do resortu wprost z NIK.

Jak się układała współpraca z ministrem Banasiem?

Nie było jej po prostu. Minister wolał kontaktować się z moim nowo powołanym zastępcą, którego najwyraźniej darzył znacznie większym zaufaniem. Właśnie dlatego, kiedy mnie zdymisjonowano, wystąpiłem o zwolnienie z obowiązku świadczenia pracy. Szczególnie że zlikwidowano mój departament, a jego kompetencje przekazano do dwóch innych: Departamentu Służby Celnej oraz Departamentu Kontroli Akcyzy i Gier.

Jak pan ocenia te zmiany?

Źle. Jednym pociągnięciem pióra zniszczono departament, gdzie pracowali najlepsi spece od hazardu w Polsce. Podział kompetencji jest pozbawiony sensu. Jeden departament będzie zatwierdzał regulaminy, a drugi — kontrolował, czy są właściwie wykonywane. To niesprawny mechanizm. Może się okazać prezentem dla szarej strefy.

Czyli co, wszystko było tip-top i powinno zostać po staremu?

To nie tak. Chyba najlepszym wyjściem byłoby stworzenie tzw. gaming boardu (działają w wielu krajach), w którym zasiedliby przedstawiciele wszystkich resortów mających związek z hazardem. Można by też powołać niezależną agendę — przejęłaby zadania naszego departamentu.

Kolejna agenda? A gdzie tanie państwo?

Taki podmiot mógłby sam się finansować. W tej branży są przecież opłaty za certyfikaty, zezwolenia, egzaminy zawodowe. Nowy twór mógłby także przejąć kontrolę techniczną urządzeń — takich jak automaty (dziś to zadanie „jednostek zewnętrznych”). Potrzeba jednak woli politycznej, a nasi politycy wolą się trzymać z dala od źle kojarzącego się hazardu.

Chyba nie wszyscy i nie zawsze. Każda nowelizacja ustawy hazardowej budzi wielkie kontrowersje, podejrzenia o łapówki dla posłów, prokuratorskie śledztwa. Choćby ostatnio: „Rzeczpospolita” zasugerowała, że za pomysłem zalegalizowania automatów o niskich wygranych stał pański przełożony, były wiceminister finansów Jacek Uczkiewicz.

...

Milczy pan?

Dokument wspomniany w tej publikacji, w którym minister Uczkiewicz zachęca mnie do podjęcia prac w celu zalegalizowania tzw. jednorękich bandytów, rzeczywiście istnieje. Bzdurą jest jednak twierdzenie, że został dopiero teraz „odnaleziony”. Był publicznie znany od momentu publikacji tzw. białej księgi, dotyczącej ostatniej nowelizacji ustawy o grach.

ň propos jednorękich bandytów. Pana dymisja najbardziej przypadła do gustu właśnie ich właścicielom. Prezes Izby Gospodarczej Producentów i Operatorów Urządzeń Rozrywkowych nie krył tego w rozmowie z „Pulsem”. Od miesięcy branżowa izba zarzucała panu opieszałość w wydawaniu zezwoleń, rejestracji automatów i przeprowadzaniu egzaminów zawodowych. Pan był opieszały, a budżet — tracił.

Bezpodstawne zarzuty. Działałem zgodnie z prawem: „bez zbędnej zwłoki”.

To może cytat: „W pierwszym roku działalności automatów o niskich wygranych wpływy podatku wyniosą od 96 do 288 mln zł”. Fakty są zaś takie, że minęły ponad dwa lata, a do budżetu wpłynęło 70 mln zł. A autorem cytowanych słów nie jest lobbysta jednorękich bandytów, ale…

No kto?

…Marek Oleszczuk. Na posiedzeniu sejmowej komisji w 2002 r.

Za nie tak dynamiczny rozwój rynku, jak przewidywałem, winę ponoszą sami operatorzy. Wydaliśmy im zezwolenia na znacznie więcej automatów, niż zdecydowali się uruchomić.

Chce pan powiedzieć, że mają zezwolenia, za które zapłacili, i z nich nie korzystają? Bez sensu.

Niekoniecznie. Bardzo możliwe, że część automatów, na które operatorzy mają zezwolenia, a nie zostały zarejestrowane, są eksploatowane w szarej strefie jako tzw. automaty zręcznościowe. W ten sposób pozoruje się ich legalność.

Poważny zarzut. Operatorzy twierdzą, że z szarą strefą nie mają nic wspólnego — poza tym, że pomagają w jej zwalczaniu.

Nie jestem gołosłowny. Zjawisko, o którym wspomniałem, potwierdzały docierające do naszego resortu dane z izb celnych i policji. Trzeba też pamiętać, że niektórzy właściciele firm, działający dziś legalnie, wcześniej naruszali prawo, eksploatując automaty losowe jako zręcznościowe. Sam podpisałem w tej sprawie kilkaset tzw. decyzji rozstrzygających. Później, co prawda, najczęściej prokuratury takie sprawy umarzały, a sądy stwierdzały ich niską społeczną szkodliwość, ale już wtedy nadepnąłem niektórym na odcisk. I w 2000 r. dostałem telefon dziwnej treści.

Jakiej?

„Zastanów się nad swoimi decyzjami. Chodzi o twoją głowę. Dorwiemy cię”. Na prywatny numer! Zgłosiłem to podsekretarzowi stanu w Ministerstwie Finansów Janowi Wojcieszczukowi i od dyrektora biura dokumentacji skarbowej odebrałem instrukcje bezpieczeństwa.

Najgłośniej o pana konflikcie z branżą automatów było jednak pod koniec 2004 r.

Izba wystąpiła do mnie o zmiany aktów wykonawczych do ustawy hazardowej, które miały ułatwić rejestrację automatów. Odpisałem, że takie zmiany nie są przewidywane, m.in. dlatego, że ustawa hazardowa trafiła do Trybunału Konstytucyjnego, a do Sejmu wpłynął projekt nowelizacji zakładającej ponowną delegalizację jednorękich bandytów (złożyli go posłowie PiS). W odpowiedzi branżowa izba — w grudniu 2004 r. — zorganizowała konferencję prasową, na której wymieniono mnie z imienia i nazwiska jako osobę odpowiedzialną za niskie wpływy do budżetu z podatku od gier. W materiałach przygotowanych dla dziennikarzy znalazło się też stwierdzenie: „Zdaniem dyrektora Marka Oleszczuka zadaniem wysokiego urzędnika państwowego jest popieranie działań konkretnych partii politycznych, a nie działanie mające na celu usprawnienie obowiązującego w naszym kraju prawa”. Zarzucono mi związki z PiS! Jak bardzo się ktoś mylił, niech świadczy choćby moje odwołanie.

Wtedy jednak wybuchła afera. Sprawą zajęła się Rada Ministrów. W mediach można było przeczytać o skierowanym przeciwko panu „buncie firm hazardowych”.

Żadnego buntu nie było! Potwierdziły to skierowane do Ministerstwa Finansów pisma od PML, Totalizatora Sportowego czy Związku Pracodawców Prowadzących Gry Losowe i Zakłady Wzajemne. Teksty w gazetach były — po prostu — częścią wielkiej kampanii, zorganizowanej przez wynajętą przez branżową izbę agencję PR. Doszły do mnie głosy, że jednym z zadań tej agencji było doprowadzenie do usunięcia mnie ze stanowiska.

Czy pan nie przesadza? Układ przeciw Oleszczukowi?

Kiedy w mediach odpierałem zarzuty izby, ta w kontrataku złożyła na mnie skargę u ówczesnego ministra finansów Mirosława Gronickiego. Z jasno wyłuszczonym żądaniem „wyciągnięcia stosownych konsekwencji służbowych”. Wtedy się to nie udało. Wszystko wróciło po ostatnich wyborach parlamentarnych. W październiku 2005 r. w jednym z pism branżowych rzecznik izby napisał wprost, że „analizowana jest możliwość zmiany na stanowisku dyrektora departamentu”. Wcale mnie to nie dziwi. W zarządzie izby były i są osoby, co do których w przeszłości wydawałem decyzje (podtrzymane przez sąd) o ich działaniu w szarej strefie.

Właśnie — szara strefa. Po legalizacji jednorękich bandytów miała zniknąć. Tymczasem w końcu 2005 r. działało ponad 15 tys. legalnych automatów, a w tym czasie celnicy zatrzymali ok. 6 tys. nielegalnych. Ustawiane w barach, opatrzone są informacją o niewypłacaniu pieniędzy, gdy w rzeczywistości robi to obsługa lokali, przekazując graczowi wygraną „pod stołem”. Celnicy niby je zatrzymują, ale dotkliwych kar brak. Wystarczy przejrzeć fora internetowe „automaciarzy” — wymieniają się informacjami, jak się skutecznie bronić w sądzie. Walka z wiatrakami?

Na naradach z celnikami i policjantami przekonywaliśmy, że kluczem nie jest samo zajęcie automatu, ale natychmiastowe zebranie dowodów. To tak jakby teraz do pokoju ktoś wszedł i zabrał nam karty. Co z tego, że graliśmy nimi w pokera, skoro przesłuchiwani potem możemy stwierdzić, że to jednak był piotruś.A narzędzia są — choćby zakup kontrolowany. Organy ścigania muszą jednak chcieć działać ostro i zdecydowanie. Ten sam problem dotyczy nielegalnego hazardu przez internet.

Hazard w sieci? To przecież Ministerstwo Finansów od lat nie wie, co począć z tym procederem i zachowuje się jak struś, chowając głowę w piasek.

Nieprawda. Występowaliśmy w tej sprawie do wielu instytucji. Banki, prowadzące konta tych serwisów internetowych, zasłaniały się tajemnicą. Generalny Inspektor Nadzoru Bankowego odpowiedział, że nie ma narzędzi do walki z tym zjawiskiem, a Komisja Nadzoru Bankowego obiecała jedynie zlecić bankom kontrolę. A prokuratury? Umarzały sprawy z powodu niewykrycia sprawcy czy niskiej szkodliwości. Był nawet przypadek, że prokurator zrobił nam wykładnię, że to, o czym piszemy w zawiadomieniu, nie jest hazardem.

A może dobrym wyjściem byłoby pozwolenie legalnym firmom na działalność w sieci? Na przykład klient pierwszy raz przychodziłby do realnego punktu, gdzie odbierałby odpowiednie kody i potem mógł grać w internecie.

Dobry pomysł, ale nie rozwiąże problemu. Przecież działające tylko w sieci firmy mają siedzibę za granicą (najczęściej w rajach podatkowych) i w Polsce nie płacą podatku od gier. Legalne firmy i tak będą w gorszej pozycji. Moja idée fixe była taka, by problem uregulować na forum Unii Europejskiej według zasady: podatki płaci się tam, gdzie gracz. Przecież teraz jest tak, że wirtualne serwisy w krajach UE zostawiają uzależnionych, a eksportują z nich czyste, nieopodatkowane pieniądze. Szczególnie w okresie takich żniw jak ostatnie piłkarskie mistrzostwa świata. Liczę, że moi następcy będą naciskać na UE w tej sprawie.

A pan? Uzależnił się pan od hazardu i zostanie w branży?

Jeszcze nie wiem. Na pewno będę chciał wykorzystać wiedzę z ostatnich 11 lat. A w jaki sposób? Los pokaże.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dawid Tokarz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Fortuna kołem się toczy