Francja: Jak zamieszki wpłyną na francuską scenę polityczną

Polska Agencja Prasowa SA
opublikowano: 13-11-2005, 16:33

Francuscy komentatorzy zadają sobie pytanie, jaki będzie wpływ fali zamieszek na przyszły kształt sceny politycznej. Wskazówką są wyniki sondaży - 53 proc. Francuzów uważa, że to minister spraw wewnętrznych Nicolas Sarkozy jest człowiekiem, który może stawić czoło przyczynom fali przemocy na przedmieściach. 71 proc.

Francuscy komentatorzy zadają sobie pytanie, jaki będzie wpływ fali zamieszek na przyszły kształt sceny politycznej. Wskazówką są wyniki sondaży - 53 proc. Francuzów uważa, że to minister spraw wewnętrznych Nicolas Sarkozy jest człowiekiem, który może stawić czoło przyczynom fali przemocy na przedmieściach. 71 proc. Francuzów jest przekonanych, że nie poradzi z tym sobie prezydent Jacques Chirac.

    Takie wyniki opublikowane w niedzielnym dzienniku "Le Journal de Dimache" nie dziwią, jeśli weźmie się pod uwagę zaskakujące milczenie Chiraca od wybuchu zamieszek 27-28 października. Dopiero po dziesięciu dniach wypowiedział się na temat fali przemocy i wandalizmu; drugi raz zrobił to w czwartek, przy okazji spotkania w Paryżu z hiszpańskim premierem Jose Luisem Zapatero. Wciąż jednak trzyma się w cieniu wydarzeń, które wywołały prawdziwy szok w społeczeństwie.

    W zgodnej opinii komentatorów, po wybuchu zamieszek w Clichy-sous-Bois pod Paryżem władza sprawiała wrażenie zaskoczonej. Francuscy analitycy są zdania, że brak zdecydowanych kroków ze strony rządu był świadomą polityką premiera Dominique'a de Villepina, który chciał w ten sposób zaszkodzić swojemu politycznemu rywalowi - dotąd bardziej popularnemu - Sarkozy'emu. W otoczeniu premiera miała obowiązywać zasada, że "im więcej spalonych samochodów, tym gorzej dla ministra".

    Rywalizacja między obu politykami, którzy nie kryją ambicji prezydenckich, dała o sobie znać, kiedy jeden z zaufanych ludzi de Villepina oskarżył Sarkozy'ego o stosowanie "wojowniczej retoryki" wobec sprawców podpaleń, co tylko prowadzi do kolejnych zamieszek. Chodziło o to, że Sarkozy użył słowa "hołota".

    Jednak kiedy zamieszki nie słabły, de Villepin sam postanowił zakopać topór wojenny i wziął sprawy w swoje ręce. To on był pomysłodawcą wprowadzenia od środy stanu wyjątkowego, czemu - według nieoficjalnych doniesień - Sarkozy był przeciwny.

    Przedsięwzięte środki, które pozwalają m.in. na wprowadzenie godziny policyjnej i zakazu zgromadzeń, zdają się przynosić owoce. Choć wciąż co noc płonie po kilkaset samochodów, ich liczba się zmniejsza.

    Francuzom od razu spodobały się działania de Villepina. Gdy zapowiadał je w poniedziałek przed tygodniem w telewizji, zgromadził rekordową widownię ponad 13 milionów widzów. Wprowadzenie stanu wyjątkowego pochwaliło 73 proc. obywateli. W sondażach popularności po raz pierwszy wyprzedził Sarkozy'ego, zbierając 52 proc. poparcia (Sarkozy - 44 proc.), co potwierdza jego szanse w wyścigu prezydenckim w 2007 roku.

    Ministrowi nie pozostało nic innego, jak pokornie podporządkować się wszystkim działaniom szefa rządu. Teraz, kiedy kryzys trwa, obaj wkładają wiele starań w publiczne demonstrowanie wzajemnego zaufania i "przyjaźni".

    Obserwatorzy nie mają wątpliwości, że zawieszenie broni skończy się wraz z ostatnimi zamieszkami na prowincji, a Sarkozy będzie chciał nadrobić stracone punkty.

    Mimo wszystko pewny swojej popularności, Sarkozy udał się w sobotę wieczorem na zawsze pełne ludzi Pola Elizejskie, gdzie z okazji przedłużonego weekendu rozmieszczono dodatkowe patrole policji. "Inspekcji" przyglądał się tłum uprzedzonych o wszystkim dziennikarzy, a także przygodnych gapiów. Pojawienie się Sarkozy'ego wywołuje zwykle entuzjazm przechodniów; tym razem gwizdy i obraźliwe okrzyki zagłuszyły brawa.

    Kiedy później Sarkozy oglądał, jakie środki bezpieczeństwa zostały podjęte na pobliskiej stacji metra i podziemnej szybkiej kolei, na wszelki wypadek policja zakazała tam wstępu dla postronnych. Z zapowiadanej wizyty na dworcu Saint-Lazaire minister ostatecznie zrezygnował. Na posterunku policji w VIII dzielnicy tłumaczył potem dziennikarzom, że na Polach Elizejskich zawsze znajdzie się ktoś skory do wywołania zamętu. "Nie ma z czego robić historii" - powiedział.

    Bezczynność Chiraca, którego wystąpienia sprowadziły się do powtarzania, że "we Francji obowiązuje prawo i prawo to powinno być przestrzegane", analitycy tłumaczą na różne sposoby.  

    Politolog z Francuskiego Instytutu Stosunków Międzynarodowych Dominique Moisi poszedł najdalej, twierdząc, że odcięty w Pałacu Elizejskim od prawdziwego życia prezydent "stracił kontakt z rzeczywistością".

    Przedstawiciele Pałacu Elizejskiego mówią nieoficjalnie, że dystans ich szefa wynika z jego rozumienia francuskiej konstytucji, która bieżące kierowanie sprawami krajowymi oddaje w ręce rządu. Jeszcze inni przypominają kłopoty 72-letniego Chiraca ze zdrowiem (we wrześniu był w szpitalu).

    Komentatorzy, a także politycy prezydenckiego rządzącego ugrupowania UMP mają mu jednak za złe milczenie, przypominając, że swoją reelekcję w 2002 roku zawdzięcza między innymi obietnicom walki o poprawę bezpieczeństwa w kraju, zaś pierwszy mandat - hasłom o zasypanie podziałów w społeczeństwie.

    Wszyscy są zgodni co do jednego - zamieszki to drugi w tym roku cios dla Chiraca, po przegranym referendum w sprawie unijnej konstytucji.

    Co do francuskiej lewicy, to po referendum wciąż jest ona w rozsypce. Świadoma, że polityka poprzednich, socjalistycznych gabinetów wobec przedmieść też nie przyniosła efektów, powstrzymuje się od gwałtownych ataków na rząd. Wewnętrznie skłóceni, poszukujący lidera socjaliści bardziej zresztą zajęci są przygotowaniami do swojego kongresu 18-20 listopada, niż zamieszkami.

    Polityczny kapitał na ostatnich wydarzeniach gotów jest za to zbić przywódca skrajnej prawicy Jean-Marie Le Pen. Skorzystał z okazji, by do jednego worka wrzucić imigrantów, zamieszki i znane od dawna problemy przedmieść i wszystkiemu naraz powiedzieć "dość". Ta taktyka zdaje się przynosić owoce - 24 proc. Francuzów wierzy, że Le Pen mógłby rozwiązać problemy społeczne, będące przyczyną zamieszek w kraju.

Michał Kot

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Polska Agencja Prasowa SA

Polecane