Fundusze stabilnego wzrostu wcale nie muszą być stabilne

Anna Borys
opublikowano: 11-04-2008, 00:00

Produkty stabilnego wzrostu miały być bardzo bezpieczną inwestycją. Teoretycznie tak powinno być. Ich portfel składa się w 30 proc. z akcji i w 60 proc. z obligacji. Gdy ceny akcji spadają, to obligacje powinny stabilizować wartość portfela. I na odwrót. W ten sposób klient jest zabezpieczony przed silną korektą na giełdzie. Jednak w ostatnich miesiącach ta strategia nie działa. Taniały akcje spółek i spadały ceny papierów skarbowych.

Polski rynek znalazł się w nietypowej sytuacji. Zazwyczaj, gdy giełda nurkuje, zwalnia cała gospodarka. Inwestorzy, szukając bezpiecznych inwestycji, kupują obligacje. Ich ceny rosną. Dodatkowo władze monetarne, by ożywić koniunkturę, tną stopy procentowe. To znów winduje wartość obligacji. W ten sposób właściciele funduszy stabilnego wzrostu równoważą straty na giełdzie zyskami z papierów skarbowych.

W obecnej sytuacji ten mechanizm nie zadziałał. Dużych spadków na parkiecie nie wywołała recesja lub spowolnienia gospodarcze w Polsce. Na to na razie się nie zanosi. Dodatkowo Rada Polityki Pieniężnej, walcząc z rosnącą inflacją, podnosi od dwóch lat stopy procentowe, a to zmniejsza atrakcyjność obligacji. W ten sposób dwie części portfela stabilnego wzrostu zamiast równoważyć się, zaczęły działaś w tym samym kierunku. Niestety na niekorzyść klienta. Jak długo to potrwa? Nic nie wskazuje na zdecydowane odbicie na giełdzie. Nie widać także końca cyklu podwyżek stóp procentowych.

Anna Borys

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Anna Borys

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu