Garret karmi lepiej niż wygląda

Jarosław Królak
08-02-2002, 00:00

Już sama nazwa zlokalizowanej przy ulicy Marszałkowskiej w Warszawie restauracji Garret (po angielsku poddasze, strych) jednoznacznie zapowiada panujący w niej klimat. Ponieważ od dziecka uwielbiałem buszować po lamusach i rupieciarniach, zaglądam do Garreta co jakiś czas. Muszę jednak przyznać, że w ciągu ostatnich 3 lat lokal z eleganckiej, a tylko stylizowanej na rupieciarnię restauracji zaczął przeistaczać się w prawdziwą graciarnię. Nie poddawane chyba żadnym zabiegom konserwatorsko-odświeżającym sprzęty sprawiają, że wystrój zaczął niebezpiecznie ciążyć w kierunku naturalizmu.

Na szczęście kuchnia Garreta nie poddaje się nastrojowi rozpadu i destrukcji. Jej szefowi bynajmniej nie grozi rychłe lądowanie w zawodowym lamusie. Karta dań jest bogata i zróżnicowana.

Spośród zimnych przekąsek warto polecić wiejską deskę z kompozycją pieczonego schabu i szynki. Zwolenników ciepłych przekąsek nie zawiodą pierogi z mięsem, kapustą i grzybami.

Dla amatorów dań jarskich w karcie przewidziano tylko jedną sałatkę. Niech jednak nie zwiedzie ich nazwa „sałatka Garret” sugerująca sztandarowe dzieło szefa kuchni. Stanowi ona niezbyt wyszukaną mieszaninę karbowanej sałaty, czerwonej kapusty, pomidorów i papryki.

Smakosze zup nie będą natomiast narzekać. Żurek litewski z jajkiem i białą kiełbasą — palce lizać. Nie ustępuje mu barszcz czerwony z kołdunami.

Daniom głównym też trudno cokolwiek zarzucić. Kotleciki cielęce w sosie z borowików są swoistą loterią, bo niektóre wręcz rozpływają się w ustach, natomiast inne są twarde, jakby cielę, z którego je przyrządzono, osiągnęło wiek emerytalny. Jednak dodatki, a szczególnie sos borowikowy, zdecydowanie poprawiają wrażenie ogólne. Majstersztykiem jest natomiast sandacz w sosie cytrynowym — świeży, delikatny, pyszny.

Wielkość porcji sprawia, że na desery gościom nie zostaje wiele miejsca. Skosztowałem tylko tiramisu — bez zarzutu.

Smakosze win wyjdą z restauracji albo zawiedzeni, albo pijani. Mimo że wybór jest dość bogaty, można zamówić tylko całą butelkę albo obejść się smakiem. Jedynym serwowanym na kieliszki jest całkiem przyzwoite, półwytrawne wino hiszpańskie.

Kelnerzy są sprawni, uprzejmi i wręcz troskliwi. Zjawiają się zawsze wtedy, kiedy powinni — brawo.

Istotną zaletą Garreta jest to, że karmiąc bardzo dobrze nie rujnuje kieszeni. Jednak wystrojowi zdecydowanie przydałby się drobny lifting.

Piotr Sidor, szef kuchni, poleca polędwicę wołową z grilla z grzybami w sosie pieprzowym

Składniki:

250 g polędwicy wołowej, ziemniaki, cukinia, bakłażan, marchew, kalafior, brokuł, grzyby leśne, rozmaryn i czosnek.

Polędwicę marynować w świeżych ziołach (rozmaryn, czosnek), a następnie grillować. Marynowaną cukinię i bakłażan grillować oddzielnie. Ugotowane ziemniaki obsmażyć na maśle. Grillowane mięso i warzywa podawać z gotowaną marchwią, kalafiorem, brokułem i sosem z grzybów smażonych w śmietanie z dodatkiem malagi.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jarosław Królak

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Garret karmi lepiej niż wygląda