Gdy Polska da nam rozkaz

Marcin Bołtryk
opublikowano: 25-09-2009, 00:00

Martwię się. Pokojem na świecie. Od kilku tygodni tak jak nigdy wcześniej. Dostałem kartę mobilizacyjną.

o to po lecie — pomyślałem, odbierając… wezwanie do Wojskowej Komendy Uzupełnień. Nie lubię zielonego, szybko się męczę i wątpię, bym udźwignął pepeszę. A tu armia wzywa.

Wątły Bołtryk obrońcą ojczyzny? Toż to kpina! Z ojczyzny, oczywiście. Nie dam rady, boję się na samą myśl, jak się będę bał. I w ogóle co to za pomysły, by wyciągać mnie z luksusowego cabrio i pakować do ciasnego transportera opancerzonego. Jeszcze się skaleczę! Nie ma mowy.

Rozkaz to rozkaz

Bez dyskusji, żołnierzu. Rozkaz się wykonuje, a nie omawia. Tu karta mobilizacyjna, tu adres. Jak prezydent ogłosi mobilizację, masz się stawić. Co potem? A, to już tajemnica wojskowa.

Żeby chociaż dali do obrony FSO, jakiś salon samochodowy albo choć autokomis. Nic z tych rzeczy. Fabryka na Żeraniu rozpadnie się sama. A pozostałe obiekty nie posiadają znaczenia militarnego. Dostałem rozkaz obrony… nie, to też tajemnica. Mogę tylko zdradzić, że nie ma to nic wspólnego z tym, czym się aktualnie zajmuję. Czyli z lansowaniem w drogim aucie. Nie swoim drogim aucie.

Dlatego od kiedy ktoś, gdzieś wpadł na pomysł, by siłą przesadzić mnie ze skór na brezenty, podwójnie się przykładam do testowania samochodów. Zupełnie jakby Lexus IS-C miał być moim ostatnim luksusowym pojazdem…

Carpe diem

Ciemnośliwkowe cabrio urzeka pięknem. Szczególnie gdy alternatywą jest zielononijaki czołg. Pogoda ostatnich dni lata jest wymarzona do jazdy pod gołym niebem. Polsko, nadjeżdżam! Razem z kawalerią 208 rumaków. Szyk? V6 oczywiście. Do ataku! Hurra!!!

Wsiadam i od razu przechodzę do konkretów — dach w dół, wiatrołap do góry i w drogę. Przy uruchamianiu silnika do ucha dobiega spokojny, lecz nieco chrapliwy odgłos pracy widlastej szóstki. Tak, V6, bez doładowania. Miłośnicy nagłych kopniaków z turbiny (a najlepiej dwóch) mogą się czuć nieco rozczarowani. Dwa i pół litra pojemności, 208 KM i 252 Nm — to osiągi, które nie powalają, pozwalają jednak na niezwykle skuteczne zrealizowanie rozkazu odwrotu.

Auto rozpędza się do 210 km/h, a sprint do 100km/h zajmuje mu 9 s. To rzeczywiście nie najszybciej, ale… To nie jest sportowy bolid. Dach składa się nie po to, by wiatr rozwiewał czuprynę, lecz by tłuszcza dostrzegła biel skórzanej tapicerki i kolorową plamę na niej — mnie. Do tego Lexus został stworzony. Luksus, luz i nade wszystko — pokój.

To auto pełne paradoksów. Samo nim jest. Lexus IS-C to przedstawiciel specyficznej grupy aut — tzw. coupe-cabrio, należy również do segmentu Premium (czyt. drogich). Nie jest w swojej klasie ani najszybszy, ani najtańszy. Na domiar złego — na razie — dostępny z jednym tylko silnikiem benzynowym. Konkurencja proponuje w tym segmencie znacznie więcej i niejednokrotnie taniej.

Japoński Lexus nie spełnia oczekiwań większości poszukiwaczy nowego auta. Nie jest specjalnie ekonomiczny, mieści tylko cztery osoby, do drugiego rzędu siedzeń trudno się dostać, a sporo wakacyjnych bagaży trzeba zostawić w domu. Słowem, samochód tak samo praktyczny i użyteczny jak, nie przymierzając, ja w czołgu. A mimo to model IS-C, zaprezentowany w październiku 2008 r., jest rozchwytywany przez klientów japońskiej marki, która ma przez to opóźnienia w zamówieniach. Produkcję zwiększono w Kyushu do 1200 miesięcznie, a popyt wciąż przewyższa podaż. Gdzie tu logika?

Jak zwykle nie tam, gdzie się jej szuka.

Auto pacyfisty

Nowe coupe-cabrio Lexusa to japońska odpowiedź na BMW serii 3. Lexus chwali się, że aluminiowy, trzyczęściowy dach rozkłada się i składa szybciej niż u konkurenta. W 20 sekund. To wynik lepszy o całe dwie sekundy. Tylko czy ktoś aż tak zwraca na to uwagę? Nie. Tak samo jak na odbiegające w tę czy tamtą stronę osiągi, spalanie albo pojemność bagażnika. Oczywiście, inna sprawa to karoserie obu aut i prestiż marki — jednym bardziej spodoba się Lexus, innym BMW.

Ale jeśli pod uwagę weźmiemy coś, co — jak mi się wydaje — ma szczególne znaczenie w tej grupie aut, to sytuacja przedstawia się zgoła inaczej. Lexusów jest mało. Przez to są bardziej widoczne, a co za tym idzie — ich właściciel jest bardziej zauważalny. Co z tego wynika? Stosunek prestiżu do ceny, czy — jak kto woli — punkty "lansu" przeważają szalę na korzyść Lexusa. Na pierwszy rzut oka nowy IS-C ma wszystko, czego potrzebuje, by zmierzyć się z BMW.

Zacznijmy od sylwetki. Po ujrzeniu IS-C można tylko żałować, że projektanci BMW nie poszli tą drogą. Nowej "trójce" przydałoby się tyle charakteru i elementów klasycznych. IS-C wygląda agresywnie, sportowo i po prostu ładnie, choć to rzecz gustu. Przy tym jest bardzo opływowy. Co prawda w jego sylwetce można się dopatrzyć podobieństw do innych japońskich aut, ale i tak trudno mu zarzucić brak oryginalności. Projektanci japońskiego koncernu zadbali, by wyglądał równie pociągająco w fazie cabrio, jak i coupe.

Dbałość o detale godna najwyższej oceny. Zajęcie miejsca za kierownicą Lexusa IS 250C wywołuje mimowolny uśmiech. Profilowane przednie fotele trzymają kierowcę i pasażera w komfortowym uścisku (są regulowane elektrycznie, podgrzewane i wentylowane), przyjemnie pachnie skórzana tapicerka. Jakość materiałów nie budzi zastrzeżeń. Deskę rozdzielczą przejęto z sedana.

W wyposażeniu jest wszystko, co sprawia, że podróżowanie tym autem jest czystą przyjemnością dla pasażerów. Poza standardowym zestawem audio z 8 głośnikami proponowany jest — za dopłatą — system Mark Levinson, który zamienia Lexusa IS 250C w salon dla audiofilów. Przyciskiem uruchamia się silnik, a kolejnym — otwiera dach. W ciągu 20 sekund sportowe coupe zamienia się w seksowne cabrio. Czołg tego nie potrafi.

Z dala od frontu

Zawieszenie Lexusa IS 250C jest dość twarde, a jednocześnie zapewnia duży komfort. Elektronika dbająca o bezpieczeństwo nie przeszkadza kierowcy i pozwala na agresywną jazdę. Bez znaczenia, czy podróżujemy z zamkniętym, czy z otwartym dachem, w kabinie panuje spokój, czy raczej pokój. Bo Lexus IS 250C to urodzony pacyfista. Nie emanuje agresją osiągów, nie aspiruje do odznaczeń. Przeciwnie, sprawdzi się… na tyłach. Zupełnie jak ja. Mimo uszu puszczam informację o dostępnym kolorze pustynnej zieleni i o tym, że Lexus to lider produkcji aut hybrydowych, czyli… "zielonych".

Marcin Bołtryk

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Bołtryk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu