Gdzie igły fruwają w powietrzu

  • Jerzy Turbasa
opublikowano: 29-10-2010, 00:00

Mój ojciec Józef Turbasa postanowił, że skoro on nie może wyjechać w świat, to świat będzie zjeżdżał do niego. I klienci zjeżdżali! Ze wszystkich kontynentów. No, poza Antarktydą, oczywiście.

W paździerzowych latach 60. ubiegłego wieku przeglądanie niedostępnych, a przywiezionych z Zachodu przez zaprzyjaźnionych klientów najnowszych żurnali z paryską modą stawało się świętem dla naszej rodziny. Stykiem z wolnym światem. Gdy mój ojciec Józef Turbasa otrzymał propozycję pracy pierwszego krojczego w domu Pierre’a Cardina, ten świat był dla niego teoretycznie w zasięgu ręki. Wiedział jednak, że gdyby jakimś cudem wyjechał do Paryża, to przecież nikt z rodziny nie otrzymałby wkładki paszportowej.

 

 

Niepowtarzalny szyk

Zaczęło się od jednej maszyny Singera i podzielenia dużego pokoju w mieszkaniu na część do przyjmowania klientów i pracownię. Z czasem warsztat rzemieślniczy przekształcił się w renomowaną firmę z siedzibą w prestiżowym lokalu na parterze. Zawsze przy Plantach, przy tej samej ulicy — św. Gertrudy. Mimo że ulicę przechrzczono (o ile to właściwe określenie, jeżeli chodzi o osobę Ludwika Waryńskiego), ojciec zawsze używał pierwszej pieczątki, wierząc, że muszą nastąpić zmiany. I miał rację! To nie on musiał zmieniać pieczątkę, to ulica po 1989 roku wróciła do pierwotnej patronki.

Klienci uwielbiali Józefa Turbasę. Jakże byłem zadziwiony, gdy w przypadkowych rozmowach deklarowali, że mogą przekazać gratis swoje garnitury na poczet przyszłego muzeum mody. Już jako młody człowiek miałem więc rozliczne sygnały o niezwykłym talencie ojca. Jeszcze żyli w Krakowie krawcy tej miary co Burda czy Goral, mający przed wojną filię firmy w Wiedniu. Pamiętam, jak w rozmowach wymieniali klientów i klientki ojca, których bezbłędnie rozpoznawali na ulicy po indywidualnym kroju i niepowtarzalnym szyku garniturów, kostiumów czy płaszczy. Mówili o stylu Turbasy. Wtedy jeszcze nie określano go mianem pierwszego krawca Rzeczypospolitej. Był przecież PRL...

 

 

Magiczne lustra

Francuzi mawiają o takich, że mają sześć palców u dłoni. Tym szóstym u ojca było oko. Miał niewiarygodny dar odnajdywania piękna w każdym człowieku. Korzystał z tej bezwładności gałki ocznej, którą można oszukać, odwracając uwagę od uchybień w budowie i podkreślając przymioty każdego klienta. Od pierwszego spotkania "widział" klienta w nowym okryciu. Bezbłędnie doradzał, sugerował fakturę materiału, a po skrojeniu rzeźbił w tkaninie. Do dzisiaj w naszej firmie nie szyje się garniturów czy kostiumów, ale ubiera konkretnych ludzi. A to nie to samo.

Nie przyjmował "z ulicy", a jedynie osoby zarekomendowane. Nie odmawiał, a jedynie sugerował termin za kilka lat. Jako kreator elegancji musiał mieć odpowiednich klientów, mogących sprostać jego oczekiwaniom.

Do dziś zachowaliśmy w przymierzalni te same magiczne lustra jeszcze z malutkiego zakładu rzemieślniczego, w których przez 64 lata przeglądały się jakże liczne rzesze postaci tworzących historię polityki, kultury, nauki II połowy XX i początku XXI wieku. Gdyby ktoś kiedyś stworzył machinę mogącą wywołać owe postacie zaklęte w nieodgadnionej dali zwierciadeł, wówczas może udałoby się pokazać galerię laureatów Nagrody Nobla, filmowego Oskara, wielkich kompozytorów, literatów, prezydentów, premierów, ministrów. Ileż postaci z pierwszych stron gazet! Pojawiłby się w debiutanckim fraku Krzysztof Penderecki, wówczas sąsiad z tej samej ulicy, w klasycznych garniturach Stanisław Lem obok Czesława Miłosza, a w smokingach — Lucjan Kydryński czy Andrzej Wajda. A propos smokingu — jak była łaskawa zauważyć Wisława Szymborska w tomiku "Lektury nadobowiązkowe": "Naturalnie smoking musi być szyty na miarę. Najlepiej przez takiego mistrza, jak zamieszkały w Krakowie p. Józef Turbasa...".

 

 

Ulotne dzieła

2 lipca odszedł, "gdzie igły fruwają w powietrzu". Pozostawił po sobie wspomnienie niepospolitej osobowości i ulotne, nietrwałe, rzeźbione w tkaninach dzieła. Jeden garnitur dostąpił jednak niemal sakralizacji. A to za sprawą Andrzeja Wajdy, który oprócz statuetki Oskara podarował Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego swój specjalny frak członka Akademii Francuskiej. Dzieło Józefa Turbasy znalazło swoje miejsce obok astrolabium Mikołaja Kopernika. l

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jerzy Turbasa

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu