Giganci biznesu wyręczą samorządy

  • Anna Pronińska
13-07-2012, 00:00

Inwestycje w spalarnie idą jak po grudzie. Koło ratunkowe rzucają znani przedsiębiorcy. Dwa projekty szykuje też KGHM TFI

Spalarnie do śmieci — taki tytuł widniał na ubiegłotygodniowej okładce „PB”. Alarmowaliśmy, że z powodu kłopotów z dotrzymywaniem harmonogramów są zagrożone setki milionów złotych dotacji unijnych na inwestycje w tzw. gospodarkę odpadową.

— Część inwestycji jest rzeczywiście zagrożona. Moim zdaniem, dotacje na spalanie śmieci uda się wykorzystać jedynie w Szczecinie, Koninie i ewentualnie w Krakowie — mówi Józef Neterowicz, ekspert ds. energetyki odnawialnej z ramienia Związku Powiatów Polskich (ZPP), który wcześniej pracował w międzynarodowych koncernach z branży energetycznej.

Jednak nie wszystko stracone. Do gry — wyręczając samorządy — może wejść kapitał prywatny.

— Inwestycjami w spalarnie interesują się biznesmeni z kraju i zagranicy. To z nimi można wiązać nadzieje na przyspieszenie realizacji inwestycji. Z zakładami za dotacje unijne możemy nie zdążyć. Prywatna spalarnia mogłaby powstać w każdym dużym mieście — uważa Józef Neterowicz.

Książę na śmieciach

Jednym z zainteresowanych inwestorów jest Jacek Szymoński, współzałożyciel PTC, Polpagera i Sferii, który obecnie kieruje firmą Ekozon specjalizującą się w energetyce odnawialnej.

— Tym biznesem interesują się najbardziej znani polscy przedsiębiorcy. Właściciel takiej instalacji byłby jak lokalny książę, bo to nie jest otwarty rynek i nikt mu sprzed nosa nie będzie śmieci zabierać — śmieje się Jacek Szymoński.

Ekozon przymierzał się do dziesięciu inwestycji, w grze zostały trzy projekty. Każda z nich miałaby spalać rocznie powyżej 100 tys. ton odpadów. Dla porównania, jedyna działająca spalania — warszawski ZUSOK — przerabia 65 tys. ton rocznie.

— Od dwóch lat mamy przygotowane projekty spalarni i kolędujemy z nimi po samorządach, ale na razie nic z tego nie wynika. Bo rząd demoralizuje samorządy przez złą politykę udzielania subwencji — mówi Jacek Szymoński.

Wtóruje mu Józef Neterowicz, który uważa, że nie powinno się opierać planów budowy spalarni na pieniądzach unijnych. — To sprowadza samorządy na złą drogę. Walczą o jak najwyższe dofinansowanie, zawyżając wartość projektów. Przez to polskie projekty spalarni są o około 30 proc. droższe niż np. w Skandynawii — mówi ekspert ZPP.

Nie zgadza się z tym Tomasz Lachowicz, prezes Zakładu Unieszkodliwiania Odpadów w Szczecinie, który ma realizować spalarnię m.in. dzięki pieniądzom z UE.

— Wartość inwestycji weryfikuje rynek — ucina Tomasz Lachowicz.

Synthos daje przykład

Wśród chętnych jest spółka Synthos Dwory 7 (z kontrolowanej przez Michała Sołowowa grupy Synthos). W Oświęcimiu ma powstać instalacja termicznego przekształcania odpadów komunalnych i osadów ściekowych. Projekt już jest.

— Posiadamy prawomocną decyzję o uwarunkowaniach środowiskowych. Projekt uzyskał również status Instalacji Regionalnej w Wojewódzkim Planie Gospodarki Odpadami — podkreśla Agata Kościelnik z działu marketingu Synthosa. Wcześniej spółka szacowała wartość inwestycji na 250-400 mln zł. Do inwestycji w gospodarkę odpadową przymierza się też Jan Mroczka, prezes i akcjonariusz firmy deweloperskiej Rank Progress.

— Przyjęliśmy filozofię, którą z powodzeniem zastosowaliśmy w podstawowym biznesie. Nie interesują nas duże lokalizacje. Nie chcemy rywalizować z potentatami. Myślimy o średniej wielkości miastach i związkach międzygminnych. Nasze starania w sprawie jednego miejsca są już zaawansowane, ale nie chcemy ujawniać szczegółów, dopóki nie podpiszemy umowy. Staramy się o to, by inwestycja nie była przewymiarowana, bo koszty są kluczową sprawą — mówi Dariusz Domszy, wiceprezes Rank Progressu.

Do finansowania spalarnianego biznesu zapalił się też KGHM TFI.

— Mamy dwa zaawansowane projekty na południu Polski, w które chcemy się zaangażować jako inwestor finansowy i wspólnie z samorządem je realizować. Bylibyśmy w nim udziałowcem i zarabiali na trzech możliwych źródłach, czyli opłacie na bramie, sprzedaży energii cieplnej i prądu. Są pozwolenia na budowę i wkrótce będzie przetarg na wykonawcę — mówi Marcin Chmielewski, prezes KGHM TFI.

Jego zdaniem, ten rynek jest w Polsce bardzo perspektywiczny. Nie dziwi to ekspertów. Twierdzą oni, że spalarnia jest opłacalna, gdy jest w stanie przerabiać rocznie 100 tys. ton odpadów. Inwestycja zwraca się po pięciu-sześciu latach.

Gigantyczne kary

Zdaniem Józefa Neterowicza, rolą gminy jest przede wszystkim wpuszczenie inwestora spalarni z dostawami do sieci ciepłowniczej. To energia cieplna jest podstawowym źródłem dochodu. Drugim źródłem jest opłata na bramie.

— W Szwecji za tonę odpadów opłata wynosi 50 EUR, w Holandii, Niemczech, we Francji czy w Wielkiej Brytanii już 100 EUR — mówi ekspert ZPP. Jeśli Polska nie zdąży z budową spalarni w terminie, czekają nas gigantyczne kary — nawet 250 tys. EUR dziennie (ponad 1 mln zł).

— W porównaniu z 1995 r. Polska zobowiązała się do redukcji o 25 proc. frakcji biodegradowalnej (czyli odpadów, które mogłyby trafiać do kompostownika), dostarczanej na składowisko. Do tej pory udało się zredukować o 10 proc. i od półtora roku UE ma prawo nam naliczać kary. Ale obiecaliśmy uzdrowić system. Od 1 stycznia 2014 r. będzie obowiązywał zakaz składowania frakcji palnej (np. plastik, papier, opakowania) na składowiskach. I za to też możemy mieć naliczane kary. Dlatego rozwiązaniem jest budowa spalarni — uważa Józef Neterowicz.

Dariusz Domszy jest pesymistą.

— Kar nie unikniemy. Inwestycje prywatnego biznesu mogą je tylko nieznacznie zmniejszyć. Nie doceniamy czasu, który nam ucieka — podsumowuje wiceprezes.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Anna Pronińska, TM

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Giganci biznesu wyręczą samorządy