Gomułka: za unijne pieniądze zasypujemy luki cywilizacyjne

PAP
opublikowano: 01-05-2014, 12:28

Dzięki funduszom UE na inwestycje drogowe jesteśmy już w połowie usuwania luki cywilizacyjnej w infrastrukturze, ale potrzebujemy jeszcze kolejnych 20-25 lat, by infrastruktura dorównała tej, jaką ma Zachód – mówi PAP prof. Stanisław Gomułka, ekonomista BCC.

Zobacz więcej

Stanisław Gomułka, fot. Grzegorz Kawecki

PAP: Które dziedziny gospodarki zyskały najbardziej na wejściu Polski do Unii Europejskiej?

Stanisław Gomułka: Najbardziej zyskała infrastruktura. Chodzi o projekty, które podejmowały zarówno władze centralne, jak i lokalne. Oczywiście, inwestycje te były współfinansowane przez Polskę. Ale bez istotnego wkładu unijnego trudno sobie wyobrazić ich realizację oraz związany z nimi skok cywilizacyjny w ostatniej dekadzie.

PAP: Jaką część środków na inwestycje w Polsce stanowią fundusze unijne?

S.G.: W sumie ok. 10 proc., a wszystkie unijne pieniądze, pomniejszone o polską składkę do UE, to ok. 3 proc. PKB, z tego ok. 2 proc. PKB jest wydawane bezpośrednio na inwestycje.

PAP: Które wskaźniki makroekonomiczne najbardziej odzwierciedlają nasze wejście do UE?

S.G.: Produkt Krajowy Brutto. Gdybyśmy nie weszli do Unii, to nasze PKB byłoby teraz niższe o około 6 pkt proc., czyli średnioroczne tempo wzrostu byłoby niższe o ok. 0,5 pkt proc. Pozytywny wpływ przystąpienia Polski do UE widać przede wszystkim w inwestycjach. Wraz z nimi przychodzą nowe technologie, usuwane są ograniczenia występujące w gospodarce, hamujące wzrost, w rezultacie podnosi się wydajność pracy. Takim ograniczeniem, bodaj największym, była i do pewnego stopnia nadal jest infrastruktura, czyli przede wszystkim mało dobrej jakości dróg, także przestarzały system transportu kolejowego, miejskiego i lotniczego oraz mało rozwinięty system sieci przesyłu nośników energii. A to z kolei zmniejszało zyskowność wszelkich inwestycji w Polsce, nie tylko zagranicznych, ale też krajowych. To dzięki inwestycjom drogowym jesteśmy już w połowie usuwania luki cywilizacyjnej w obszarze infrastruktury między Polską a Europą Zachodnią. Potrzebujemy jeszcze kolejnych około 20-25 lat, aby poziom polskiej infrastruktury dorównał temu, jakim dysponuje dzisiaj wysoko rozwinięta część Europy Zachodniej.

Dzięki UE zwiększyła się też wymiana handlowa między Polską a Europą Zachodnią. Można łatwiej eksportować i importować, bo mamy dostęp do całego unijnego rynku, bez opłat celnych. Z tego powodu Większe są też prywatne inwestycje zagraniczne napływające do Polski, bo wzrosło zainteresowanie naszym krajem także ze strony inwestorów spoza UE.

W efekcie akcesji mamy też mniejsze bezrobocie. Jeszcze dekadę temu za granicą pracowało ok. 800 tys. Polaków. Teraz to ok. 1,8 mln. Pytanie, czy ten dodatkowy milion znalazłby pracę w Polsce. Jeżeli nie, co dość prawdopodobne, to stopa bezrobocia byłaby teraz znacząco wyższa niż jest obecnie. W miarę wzrostu poziomu i jakości życia w Polsce, można liczyć na powrót do kraju dużej części tej zarobkowej emigracji polskiej, już dobrze przygotowanej zawodowo i językowo, z czasem także można liczyć na imigrację z sąsiednich krajów.

PAP: Sytuacja na rynku pracy nie wygląda jednak najlepiej.

S.G.: Bezrobocie rejestrowane w ok. 100 powiatach wynosi powyżej 20 proc. Tych ok. 100 powiatów nazywam Polską C. Tam lokalny popyt na dobra i usługi jest niski, wiele osób ma też niskie lub niewłaściwe kwalifikacje, trudniej więc przyciągnąć do tych powiatów przedsiębiorców lub rozwijać się szybko lokalnym przedsiębiorstwom. Natomiast w dużych aglomeracjach bezrobocie jest niskie: od 3 do 10 proc. To Polska A, z grubsza poziom zachodni.

PAP: A w innych rejonach kraju?

S.G.: Bezrobocie w Polsce B wynosi 10-20 proc. To wyraźnie więcej niż średnio w krajach zachodnich. Musimy także tam podnieść poziom infrastruktury oraz kwalifikacje pracowników, by przyciągnąć przedsiębiorców i inwestycje. W Polsce A potrzebny jest też rozwój taniego budownictwa czynszowego, aby ułatwić przepływ tam chętnych do pracy z Polski B i C.

PAP: Skąd Polska mogłaby czerpać środki, gdybyśmy od 2004 roku nie byli w UE?

S.G.: Mówimy o kwocie równej około 2 proc. PKB. Wydatki publiczne stanowią ok. 45 proc. PKB. Polska musiałaby przeznaczać mniej m.in. na transfery socjalne, być może na renty i emerytury, po to, by mieć rocznie te 2 proc. PKB ekstra na infrastrukturę. Takich środków nie udałoby się uzyskać z zewnątrz w postaci kredytów. Potrzebny byłby większy krajowy wysiłek.

PAP: Które dziedziny polskiej gospodarki nadal kuleją, mimo naszej akcesji do UE?

S.G.: Wydajność pracy w polskim przemyśle jest ciągle dużo niższa niż w Niemczech. Różnice w wielu branżach są nawet w skali 1 do 5. Cały sektor szkolnictwa jest także dosyć opóźniony w rozwoju. Nasze uniwersytety są generalnie na niskim poziomie aktywności badań w porównaniu z tymi najlepszymi na Zachodzie. Wyjątkiem są niektóre uniwersytety, kilka instytutów PAN i niektóre dziedziny badań podstawowych. Mamy niewielu studentów zagranicznych. Gospodarka przez ostatnich 25 lat była bardzo innowacyjna, ale głównie w oparciu o transfer technologii z zewnątrz. Natomiast wpływ na gospodarkę własnego sektora naukowo-badawczego był i jest, w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi, Wielką Brytanią, Niemcami czy Japonią, bardzo skromny. Wydajemy na ten cel za mało pieniędzy publicznych oraz prywatnych. W tym obszarze jest więc jeszcze wiele do zrobienia.

Mimo istotnego wsparcia, kuleje również nasze rolnictwo. Dla porównania: w Wielkiej Brytanii produkuje się mniej więcej tyle żywności ile w Polsce, a pracuje na to dziesięć razy mniej ludzi niż u nas. Innymi słowy wydajność pracy przeciętnego polskiego rolnika jest bardzo niska.

PAP: Czy dzięki pieniądzom z UE polska wieś została zmodernizowana?

S.G.: Raczej nie. Tylko stosunkowo drobna część pieniędzy z UE przeznaczana na rolnictwo trafiła na jego modernizację. Najwięcej pieniędzy szło na wsparcie socjalne dla rolników, przydzielane w zależności od wielkości areału użytkowego, jaki posiadali. Dzięki tym środkom zwiększył się ich poziom życia. Pomimo dużych wydatków budżetowych na KRUS, bez pieniędzy unijnych poziom życia na wsi znacząco odbiegałby od poziomu mieszkańców miast. Choć rolnicy doceniają unijną pomoc - obecnie wynosi ona ok. 1000 zł za hektar ziemi - to ma ona jednak także ujemny aspekt. Hamuje bowiem odpływ młodych ludzi ze wsi.

PAP: Które kraje unijne powinny być dla nas wzorem?

S.G.: Niemcy w szkolnictwie zawodowym, także w przedsiębiorczości i finansach publicznych, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone w szkolnictwie wyższym i badaniach, kraje skandynawskie w zakresie zachowań międzyludzkich, przyjaznego ludziom sposobu rządzenia i dobrego klimatu dla innowacji.

Przez ostatnich 25 lat dokonaliśmy wielkich rzeczy, ale nadal w wielu obszarach bardzo odstajemy od krajów najbardziej rozwiniętych. W przypadku krajów rozwijających się - do których należy cała Europa Centralna, Rosja, Indie, Chiny, duża część Ameryki Łacińskiej, część Afryki - poziom PKB liczony siłą nabywczą wynosi na mieszkańca 20-60 proc. poziomu amerykańskiego. U nas to około 40 proc.

Polska rozwija się szybciej niż Europa Zachodnia i Stany Zjednoczone. Dzięki temu doganiamy te kraje. Ale nie tak szybko, jak na przykład Chiny czy Indie, gdzie tempo wzrostu PKB było przez ostatnich 25 lat o wiele wyższe niż Polski. Kolejne zadanie to sprostanie wymaganiom stawianym naszemu krajowi w kontekście potencjalnego przystąpienia do unii monetarnej. W tym obszarze mamy też sporo do zrobienia.

PAP: Jeżeli Unia Europejska będzie istniała, to co czeka Polskę w ciągu najbliższych dwudziestu lat?

S.G.: UE nadal jest przede wszystkim unią politycznie i administracyjnie niezależnych krajów. Stosunkowo mało decyzji jest podejmowanych na unijnym szczeblu centralnym, w szczególności jeśli chodzi o wydatki publiczne, obronę narodową, politykę zagraniczną i podatki. O takich sprawach decydują rządy i parlamenty krajowe. Parlament Europejski odgrywa rolę rosnącą, ale ciągle marginalną.

Polska powinna porównywać się z krajami wysoko rozwiniętymi w Unii Europejskiej – głównie z Niemcami, Wielką Brytanią, Holandią czy Francją. W porównaniu z tymi państwami w ciągu minionego ćwierćwiecza dokonaliśmy ogromnego skoku cywilizacyjnego. W odniesieniu do PKB na mieszkańca, z poziomu ok. 30 proc. doszliśmy do ok. 50 proc. ich poziomu.

Jeżeli utrzymamy wzrost gospodarczy w tempie 3-4 proc., to nasze PKB na jednego mieszkańca w relacji do ich poziomu by dalej rosło. W ciągu najbliższych 15-20 lat mamy realne szanse na doprowadzenie do poziomu 60-65 proc. ich poziomu też za 15-20 lat. Musimy jednak pamiętać, że niektóre kraje zatrzymują się w tym doganianiu na tym poziomie. Dotyczy to m. in. Czech, Grecji, Portugalii czy Hiszpanii. To tzw. pułapka średniego poziomu.

PAP: Jakie koszty poniosłaby Polska, gdyby Unia Europejska przestała istnieć?

S.G.: To byłyby spore koszty. Zależałyby od tego, w co zamieniłaby się Unia. Jeżeli byłby to zbiór państw narodowych, który wprowadziłby m.in. cła czy paszporty, to oznaczałoby zmniejszenie wymiany handlowej, przepływu technologii, kapitału i ludzi. Wysokość kosztów zależałaby od liczby wprowadzonych restrykcji. Gdyby było ich dużo, to koszty dla Polski mogłyby być znaczące - możliwy byłby spadek dochodu narodowego o nawet 10-15 proc.

W przeszłości europejskie państwa narodowe miały tendencję do rywalizacji politycznej i wojskowej, a więc powrót do tego rodzaju państw oznaczałby pojawienie się znów ryzyka wojen. Obecnie trudno nam sobie już wyobrazić duży konflikt militarny na Starym Kontynencie. Silne powiązania gospodarcze, jakie mamy w Unii Europejskiej, praktycznie wyeliminowały ryzyko wojny między państwami członkowskimi Unii. Taki był zresztą główny cel przyświecający twórcom UE - nie chodziło o 10-15 proc. dodatkowego PKB, ale o uniknięcie katastrofy na miarę pierwszej czy drugiej wojny światowej.

PAP: Które państwa w najbliższych latach będą największymi dostarczycielami środków do światowego PKB?

S.G.: W najbliższych 10-15 latach dominującą pozycję w światowej gospodarce, nauce, na rynkach finansowych i w technologii będą miały nadal Stany Zjednoczone z Kanadą, UE i Japonia, czyli kraje dzisiaj najbardziej rozwinięte. To obszar z ludnością około 12 proc. ludności świata, ale wytwarzający około połowy światowego PKB i około 90 proc. nowych znaczących innowacji. Wydaje się jednak, że w ciągu kolejnych 20-30 lat dojdzie do całkiem innego rozkładu sił gospodarczych, ze znacznie większym znaczeniem grupy krajów dzisiaj rozwijających się, głównie Chin i Indii, a mniejszym Stanów Zjednoczonych i Europy.

Prof. Stanisław Gomułka - polski ekonomista, członek korespondent PAN, w 2008 r. wiceminister finansów. W latach 1970–2005 był wykładowcą w London School of Economics. W tym czasie był także wykładowcą i badaczem w wielu innych instytucjach akademickich, w tym w USA na uniwersytetach Kolumbii, Harvarda, Pensylwanii oraz Stanford, holenderskim Institute for Advanced Studiem oraz na Węgrzech w Central European University.

W latach 80. był konsultantem Międzynarodowego Funduszu Walutowego, OECD i Komisji Europejskiej. W 1989 został doradcą polskiego rządu i członkiem zespołu, który zaprojektował polskie reformy. Później pracował jako doradca ministra finansów, był też doradcą prezesa Narodowego Banku Polskiego. Od roku 2009 jest też głównym ekonomistą BCC.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: PAP

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu