GPW wzrosła drugą sesję z rzędu mimo przeceny za granicą

Włodzimierz Uniszewski
opublikowano: 23-01-2008, 17:43

Prezes warszawskiej giełdy będzie chyba wreszcie zadowolony z patriotycznej postawy analityków i komentatorów giełdowych. Po kolejnej wzrostowej sesji na GPW będą mogli znowu ze spokojnym sumieniem pominąć w swoich relacjach i ocenach takie inkryminowane określenia jak "spadek", "straty", czy "bessa".

Wygląda jednak na to, że wykryty właśnie przez prezesa medialny spisek ma zasięg ogólnoświatowy i niełatwo będzie go rozbić. Gdyby np. amerykańscy dziennikarze konsekwentnie pomijali milczeniem sesje zakończone spadkami, tamtejsi inwestorzy uwierzyliby w wieczystą hossę i nie sprzedawali akcji oraz nie umarzali jednostek funduszy.

Niestety, nadmierna wolność słowa za oceanem wyraźnie szkodzi amerykańskiej, a więc i światowej gospodarce, gdyż fala umorzeń osiągnęła w styczniu rekordowy poziom. Amerykańscy drobni inwestorzy są może bardziej obyci z rynkiem kapitałowym niż polscy, ale tak samo boją się o swoje pieniądze. Dlatego wypłacili 25 mld. USD z funduszy akcji lokalnych i 11 mld. z funduszy inwestujących za granicą. Suma 36 mld. USD wycofanych środków robi wrażenie, niestety bardzo złe.

Po ratunkowej redukcji stóp procentowych przez Rezerwę Federalną (Fed) wydawało się, że akcje czeka teraz szybki i bezproblemowy marsz w górę. Nic bardziej błędnego. Można było dzisiaj odnieść wrażenie, że decyzja Fed bardziej wystraszyła rynki niż je ucieszyła. Zaczęto stawiać pytania, czy Ben Bernanke aby na pewno dokonał właściwego posunięcia we właściwym czasie. Wątpliwości pogłębiła wypowiedź szefa EBC Jean-Claude Tricheta, który stwierdził, że absolutnie nie widzi zasadności wykonania analogicznego ruchu przez jego bank.

Pesymizm amerykańskich inwestorów znalazł odbicie w notowaniach amerykańskich kontraktów, które zainfekowały nim rynki Europy. Kiepskie prognozy Apple i poranne fatalne wyniki Motoroli tylko te negatywne nastroje podsyciły, a obie spółki zostały ukarane znaczną przeceną. Mimo to na początku sesji w Warszawie uaktywnił się popyt, który  uniósł indeksy znacznie ponad poziom wczorajszego zamknięcia. Szczególnie dobrze spisywały się małe i średnie spółki. Ich relatywna siła powinna cieszyć, bo świadczy o umocnieniu krajowego popytu, skuszonego niskimi wycenami wielu walorów. Warszawskie blue chipy radziły sobie znacznie gorzej, ulegając coraz bardziej negatywnym emocjom dominującym na zagranicznych parkietach. Wig20 szybko zakończył marsz w górę i zawrócił. Podaż zdobywała kolejne punkty, a gdy zaczęło się zanosić na fatalne otwarcie notowań w USA, indeks znalazł się 3 proc. pod kreską.

Głęboka przecena na początku sesji w USA rzeczywiście nastąpiła, ale szybko do głosu doszli tamtejsi łowcy okazji. Ich zakupy  znacznie zredukowały poranny spadek, co zachęciło warszawskie byki do próby przeciągnięcia indeksów na plusy. To się udało i wszystkie główne indeksy GPW zakończyły dzień wzrostem. Ponad połowa notowanych w Warszawie spółek zyskała, a obroty przekroczyły 3 mld. zł. Wśród najbardziej zyskownych spółek znowu znalazł się ultraspekulacyjny Atlantis i groszowy FON.

Widać coraz wyraźniej, że odreagowanie ostatnich spadków, nie mówiąc o zmianie trendu, będzie rozłożone w czasie. Interwencja Fed pomogła opanować panikę na rynkach, ale teraz muszą one same ustalić, gdzie znajduje się poziom, który wszyscy uznają za twarde dno i odskocznię do solidniejszego odbicia. Jak dotąd indeksom w USA nie udało się wrócić do poziomu wczorajszego zamknięcia, nie mówiąc o poziomie z piątku. Nadal linia 12 000 pkt. na DJI jest pierwszym oporem, który trzeba wyraźnie sforsować, aby móc myśleć o wzrostach. Bez tego GPW zapewne nie wyjdzie jutro hat-trick.

To będzie trudne, dopóki amerykańscy inwestorzy nie uwierzą w słuszność decyzji Fed. Bezpośrednim celem Fed jest podtrzymanie za pomocą środków polityki monetarnej obecnej wyceny aktywów finansowych i nieruchomości, gdyż jej załamanie pogrążyłoby gospodarkę do reszty. Ben Bernanke liczy na to, że w ten sposób uda się przeczekać najgorszy okres gospodarczego zamętu, a gdy maszyna kredytowa znowu ruszy i zacznie napędzać realną gospodarkę, koniunkturalne ożywienie stworzy naturalny fundament dla wysokich cen aktywów. Problem w tym, że jeśli gospodarka nie zaskoczy w porę, wszelkie kolejne interwencje będą miały taką samą skuteczność jak zawracanie Wisły kijem.


 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Włodzimierz Uniszewski

Polecane