Grzechy przeszłości dają o sobie znać

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 29-01-2009, 00:00

Rząd na gwałt szuka oszczędności. Ale może ciąć tylko te wydatki, które należałoby zwiększać.

Skostniały budżet można ratować tylko hamując gospodarkę

Rząd na gwałt szuka oszczędności. Ale może ciąć tylko te wydatki, które należałoby zwiększać.

Stało się to, przed czym od lat przestrzegali ekonomiści — przyszedł kryzys i w państwowej kasie zaczęło brakować pieniędzy. Co gorsza, rząd ma związane ręce i nie ma gdzie szukać oszczędności.

"Łatwo znaleźć"

Na polecenie premiera Donalda Tuska wszyscy ministrowie muszą do jutra znaleźć 17 mld zł oszczędności. Teoretycznie to tylko 5 proc. budżetu, dlatego rząd zapewnia, że cięcia zostaną dokonane i nikt na nich nie ucierpi. Według wicepremiera Waldemara Pawlaka w pierwszym półroczu z budżetu zawsze wydawanych jest mniej pieniędzy, niż zakłada ustawa, więc oszczędności będzie łatwo znaleźć.

— W pierwszej połowie roku można realizować budżet bez żadnych specjalnych problemów. W tym czasie zwykle jest realizowanych nie 50 proc. wydatków, lecz 40-45 proc. — mówi Waldemar Pawlak.

Jednak zdaniem wielu ekonomistów, wygospodarowanie 17 mld zł graniczy z cudem.

— Zebranie tak dużej kwoty jest po prostu niemożliwe. Chodzi o to, żeby rząd pokazał determinację w oszczędzaniu — mówi Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu.

Podobnego zdania jest Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów.

— Sądzę, że ministrowie nie będą w stanie znaleźć tak dużych oszczędności. Zaproponują premierowi mniejsze cięcia — mówi ekonomista.

Dlaczego eksperci są takimi pesymistami? Tak naprawdę nie ma gdzie ciąć. Kwota, w jakiej możliwe są jakiekolwiek oszczędności, wynosi bowiem zaledwie około 38 mld zł. Po pierwsze, oszczędności — zgodnie z decyzją premiera — mają dotyczyć tylko budżetu na pierwsze półrocze. Po drugie, aż trzy czwarte z wydatków budżetowych to tzw. wydatki sztywne — gwarantowane są ustawami. A tych nie da się zmienić wciągu kilku miesięcy, nie mówiąc już o dwóch dniach, które premier dał ministrom.

— Wydatki sztywne sprawiają, że w takiej sytuacji rząd może zrobić bardzo niewiele. To dorobek, który obecny gabinet odziedziczył po poprzednich rządach, ale też ekipa Donalda Tuska nic nie zdziałała — mówi Stanisław Gomułka.

Strzał w kolano

Ministrowie muszą więc ciąć tzw. wydatki elastyczne. Oznacza to, że państwo musi oszczędzać na tym, co pomogłoby nam złagodzić skutki kryzysu. Kwota 38 mld zł to bowiem m.in. pieniądze na pomoc firmom i wynagrodzenia urzędników państwowych. Duża część to też środki na inwestycje infrastrukturalne.

— Przez rok mamy tu do wydania 18,5 mld zł. Ta kwota mogłaby być obcięta, ale właśnie inwestycji gospodarka potrzebuje najbardziej — mówi Remigiusz Grudzień, ekonomista PKO BP.

— Właśnie te dziedziny powinny być szczególnie mocno wspierane — mówi Stanisław Gomułka.

W takim wypadku, zdaniem Janusza Jankowiaka, rząd będzie musiał szukać innych rozwiązań.

— Może się okazać, że w połowie roku trzeba będzie wprowadzić poprawki do budżetu i zwiększyć deficyt. To jednak oznaczałoby, że państwo musi się bardziej zadłużyć, a nie będzie łatwe znaleźć chętnych do pożyczania tak dużych kwot. Niewykluczone są też działania nadzwyczajne, czyli np. powrót do wyższej składki rentowej. To byłby zastrzyk ponad 20 mld zł — mówi Janusz Jankowiak.

Jacek Kowalczyk

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu