Gwałt na rynku sztuki

Weronika A. Kosmala
opublikowano: 27-07-2017, 22:00

Ciężkie cielsko potwora pożerającego własne dziecko — nic miłego, ale od czegoś Witkacy musiał zacząć, żeby namalować równie dzikie dzieła.

Trudno uwierzyć, że późne, mroczne malunki Goi — na czele z ujęciem Saturna wgryzającego się w zakrwawione ciałko — mogły Witkacego inspirować, jeśli zna się go głównie z uładzonej twórczości portretowej. Damy o szklistych okrągłych oczach, wyregulowanych przez autora rysach i schludnych falach włosów sprzedają się na rynku chyba najlepiej, mimo że sam portrecista mianował je wszystkie tzw. typem wylizanym. Gładkie, z pewnym zatraceniem charakteru na korzyść upiększenia — mówił regulamin Firmy Portretowej, którą założył ze zwątpienia w jakąkolwiek rolę sztuki w ślepym biegu dziejów. Na aukcyjnym rynku ubiegły rok był dla tej firmy rekordowy, bo wykres rosnących skokowo obrotów zwieńczył górujący nad resztą słupek, wyższy od tego sprzed trzech lat o ponad 360 proc. W samym zeszłym miesiącu w stołecznej Agrze-Art do 95 tys. zł wylicytowano pastelowy portret żony Rafała Malczewskiego, w nowojorskim Christie’s pod młotek poszły kolejne trzy kobiece z najdroższym za 65,7 tys. zł, a jeden chłopięcy uzyskał w Desie Unicum próg 65 tys. zł. Wszystkie miękkie i miłe, czasem tylko pojawi się między nimi jakiś zdeformowany, z wypisanym zestawem narkotyków, którymi artysta częstował się dla pogłębienia wizji. Poza portretami z okresu artystycznego zwątpienia i fotografiami na aukcjach prawie nic już nie ma. Przynajmniej do soboty, bo rzadki drapieżny obraz, niemający nic wspólnego z upudrowanymi damami, będzie czekał o godz. 17 29 lipca w Ostoi.

FANTASMAGORIA: „Atleci zawsze mają rację” to jedna z prac, które na prężnym
rynku Stanisława Ignacego Witkiewicza są prawdziwą kolekcjonerską rzadkością,
dlatego cena wywoławcza wynosi 170 tys. zł.
Wyświetl galerię [1/2]

FANTASMAGORIA: „Atleci zawsze mają rację” to jedna z prac, które na prężnym rynku Stanisława Ignacego Witkiewicza są prawdziwą kolekcjonerską rzadkością, dlatego cena wywoławcza wynosi 170 tys. zł. Fot. Ostoya

Polska jest blondynką

Gwałt na zasadach poprawnego malowania i przemoc w samej treści obrazu — „Die Atleten haben immer Recht” nie bez przyczyny nie jest podpisane „Atleci zawsze mają rację”. Inwestor, któremu te krzyczące figury o hakowatych palcach nijak nie pasują do znanych z rynku portretów, ma więc przed sobą szybki kurs na temat Witkacego. Warto się zorientować przed sobotą, bo obraz z Ostoi wycenia się nawet do 250 tys. zł. W skrócie, w twórczości tego niekwestionowanego wizjonera da się wyróżnić kluczowy moment, w którym zaniechał artystycznych poszukiwań i — z naturalnej potrzeby zarobku — założył Firmę Portretową. Doszło do tego w połowie lat 20. i niemal wszystkie dostępne na rynku pastele to jakieś realizowane według regulaminu zamówienia. Zanim jednak Witkacy się na to zdecydował, obrazy bywały dzikie aż zwierzęco, kipiały drażniącymi kolorami, a wyjęte ze snu istoty skręcały się na nich w straszliwych spazmach. Autor mówił, że szuka Czystej Formy — wyrazu niepokoju, napięcia, czegoś całkowicie metafizycznego, co wywoła uczucie niezbędnego oderwania u każdego. Dla tej formy stworzył taki właśnie ostry malarski język, z którym nie ma jak zetknąć się w aukcyjnych katalogach, bo dzieła z tego okresu bardzo rzadko pojawiają się w obiegu. W tym kontekście cena wywoławcza, którą dom aukcyjny Ostoya wyznaczył na poziomie 170 tys. zł, nie jest więc zadziwiająca, bo akwarela datowana jest na 1922 r. Przyciśnięta kobieca postać, zakleszczona w upiornym uścisku hakowatych niebieskich palców, mogła być w dodatku Polską, dlatego że praca odnosi się prawdopodobnie do podpisanego w tym roku niemiecko-sowieckiego układu w Rapallo. Ojczyzna o wytrzeszczonych oczach w garści silniejszego. A silniejsi mają rację, jak atleci — zawsze.

Ostoya kontra IKEA

Fatalistyczny wydźwięk nie jest w tych jaskrawych pracach rzadki, bo Witkacy do tego stopnia uważał rzeczywistość za coraz silniej zdehumanizowaną, że w 1939 r. odebrał sobie życie — na wieść o najeździe wojsk sowieckich, równoznacznym z końcem cywilizacji. Czuł zrezygnowanie wobec ogólnej technizacji, która miała wszystko spłycić, drwił ze schematów, które współcześnie nazywa się korporacją. „Umiem tylko dziurkować bilety lub kontrolować, czy są przedziurkowane. Specjalizacja to największa klęska naszej epoki! Nieprawdaż?” — pisał w „Szalonej lokomotywie”, nie wiedząc nawet, do jakiego stopnia przepowiednia rozwinie się kilkadziesiąt lat później. Kontrast tamtych czasów z naszą epoką korporacji i taśmowej produkcji, widać w dodatku w dalszej części katalogu. Dom aukcyjny, który wystawi atletów w sobotę, słynie w końcu nie tylko z malarstwa, ale również z bogatej oferty dawnego rzemiosła — zastawy z czasów Witkacego i wcześniejszej, przedmiotów szlachetnych, które dzisiaj są czasem nie do rozpoznania. Na aukcji pojawi się i pruska szpada, i cenny polski pas kontuszowy z końca XVIII wieku, ale też specjalna łyżka do kawioru czy naczynie w kształcie koszyczka, dokładnie na sardynki. Srebrne, posrebrzane, z różnymi herbami, dostępne czasem od kilkuset złotych i zupełnienie do zdobycia w sklepie odwiedzanym na co dzień. Łopatka do ryb z końca XIX wieku ma cenę wywoławczą 400 zł, dekoracyjnie wywinięty czubek, ornament kwiatowy i nawet ażur, który ma przypominać układ rybich łusek. Ma kształt nożyka, więc w kontekście Witkacego dobrze pasuje — forma jest wysoce artystyczna, ale nożykiem jako takim można też dokonać czynów ostatecznych. Na przykład zdając sobie sprawę z tego, jak głęboki musi być ten upadek cywilizacji, skoro prawie nikt już nie pamięta, że do ryb potrzebne są w ogóle łopatki.

 

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika A. Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu