Handel walutą, czyli rosyjska ruletka

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 17-05-2010, 00:00

Forex to sport ekstremalny, w dodatku z pogmatwanymi zasadami. I za to niektórzy go kochają.

Forex to sport ekstremalny, w dodatku z pogmatwanymi zasadami. I za to niektórzy go kochają.

Diler walutowy to w Polsce zawód elitarny. Na rynku forex indywidualnie gra około 30 tys. osób, do tego dochodzi kilkudziesięciu traderów w bankach. Pod tym względem jesteśmy światowym zaściankiem. W Japonii masowo grają nawet gospodynie domowe — są niemal segmentem rynku, doczekały się zbiorczego określenia "panie Watanabe".

— To mało rozpropagowany sposób inwestowania, a poza tym bardzo skomplikowany. W Polsce głównie gra się akcjami. Zasady są proste: kupiłem za 5, sprzedałem za 10. Gra na walutach to coś zupełnie innego — mówi Marek Cherubin, diler walutowy Banku BPH.

Poniedziałkowy dół

Poza tym do rynku forex łatwo się zrazić. Wystarczy zagrać. Według badania jednego z dużych domów maklerskich w Polsce, przeciętny inwestor jest spłukany do zera po 63 dniach od otwarcia rachunku. Chyba że ma nosa, jak Mariusz Ganczar.

— Na tym rynku zarabia się powoli, ale jak się traci, to bardzo dużo i bardzo boleśnie —zaznacza Marek Cherubin.

Na foreksie obraca się bowiem zwykle potężnymi kwotami. Najczęściej gra się na lewarze 1:100, ale zdarzają się nawet pięćsetkrotne dźwignie.

— Liczba zer do dyspozycji robi wrażenie. To zawód tylko dla osób o wyjątkowo mocnych nerwach. Poziom stresu jest tak duży, że mało kto robi to przez wiele lat — mówi Łukasz Kołodziejczyk, diler Fortis Banku.

Zwłaszcza ostatnie tygodnie doprowadzały inwestorów do stanów przedzawałowych. Widmo bankructwa Grecji i próby ratowania jej przez unijne władze zatrzęsły rynkiem walut niemal na wszystkich parach. Weekendowe narady w Brukseli sprawiały, że na otwarciu sesji w nowym tygodniu kursy wystrzelały lub załamywały się w tempie wcześniej niespotykanym. Część inwestorów na tym popłynęła, ale niektórzy zarobili krocie.

— Jeśli ktoś w piątek po południu zostawił na weekend otwartą złą pozycję i nie zabezpieczył jej stop-lossem [limit straty, po którym automat kończy naszą grę — red.], powrót do pracy w poniedziałek był bolesny — mówi Łukasz Kołodziejczyk.

Gospodarka nieważna

Mimo to dilerzy lubią taką nerwowość.

— Nie ma nic gorszego niż spokój na rynku, bo nie ma na czym zarobić — twierdzi Łukasz Kołodziejczyk.

Gorzej, gdy zostało się z otwartą pozycją, a cały rynek ucieka w drugą stronę. Czas płynie, a my nie możemy się pozbyć problemu, bo nikt nie chce przyjąć naszej oferty. Takie uczucie również nie było rzadkością w ostatnich nerwowych tygodniach. Tym bardziej że nie zawsze udaje się przewidzieć, w którą stronę płynie nurt.

— Chodzi o to, żeby zinterpretować newsa tak, jak zrobi to rynek. Ostatnie umocnienie euro i złotego po porozumieniu w Brukseli było do przewidzenia, ale skala tego ruchu zaskoczyła chyba wszystkich — tłumaczy Marek Cherubin.

Jednak wydarzenia gospodarcze rzadko mają takie znaczenie. Zwykle dla dilerów ważniejsza jest analiza techniczna — obliczenia bardziej matematyczne niż ekonomiczne.

— Fundamenty gospodarki mają znaczenie, ale mniejsze. Rynek walut jest za szybki, żeby opierać się na procesach gospodarczych. Sytuacja ekonomiczna ma znaczenie raczej w inwestowaniu długoterminowym — mówi Łukasz Kołodziejczyk.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy