Hardware’owa bezsenność

  • Michał Romanowski
opublikowano: 01-07-2013, 22:20

Dziś na blogu gościnny wpis Marka Małachowskiego szefa CTO w Grupie Manubia. (http://manubia.pl/)

Marek, doświadczony administrator, na własnym przykładzie pokazuje rewolucję, która zachodzi na naszych oczach. Na przestrzeni kilku lat cloud computing zmienił sposób pracy setki osób. Oczywiście są wśród nich tacy, którzy tęsknią za „starymi, dobrymi czasami” jednak fakt jest taki, że od rozwoju technologii nie ma już odwrotu. Tak samo jak nie wrócą już do łask dyskietki, powoli do historii odchodzą płyty CD, tak właśni dokonuje się ogromna zmiana w podejściu do infrastruktury serwerowej.

Zachęcam do przeczytania wspomnieniowego wpisu Marka Małachowskiego. Doskonale obrazuje on zmiany, których jesteśmy światkami.

Dobrych kilka, a może nawet kilkanaście lat temu, z ojcem, w pomieszczeniu pomiędzy garażem a domem stworzyliśmy namiastkę własnej serwerowni. Zgromadziliśmy w niej kilka olbrzymich serwerów Compaq, macierz dyskową, bibliotekę taśmową, router i kilka zasilaczy awaryjnych. Szumiące wentylatory i duża ilość ciepła tworzyły tam wyjątkowy klimat. Utrzymywaliśmy w ten sposób pierwsze nasze serwisy internetowe. Z perspektywy czasu wspominam to jako miejsce które kształtowało mój charakter. Spędziłem tam setki godzin szukając odpowiedzi na pytania “jak to możliwe, że padają dwa dyski na raz i raid jest bezużyteczny?”, “jak powiedzieć użytkownikom, że ich dane z ostatniego tygodnia zniknęły?” albo “dlaczego router pada zwykle w piątek wieczorem?”. Czasu na te rozważania miałem dużo, a upływał on z reguły gdy patrzyłem na kolejne paski postępu.
W okresie tym udało nam się kilka projektów rozwinąć, więc mogliśmy pozwolić sobie na techniczny awans. Podpisaliśmy umowę na kolokację naszej szafy rack, w profesjonalnej serwerowni, ulokowanej w mieście oddalonym o 50km. Zanim jednak mogłem cieszyć się bezawaryjnym łączem i niezależnym zasilaniem, czekało nas pewne wyzwanie - wnieść tę, pełnowymiarową szafę 42U, na 3 piętro. A następnie kilka serwerów 5U i bibliotekę taśmową. Łącznie kilkaset kilogramów w nieporęcznej, kanciastej formie. Całość w jedną noc, aby zminimalizować czas niedostępności serwisów. Niestety, nie była to jedyna noc jaką tam spędziłem. Sprzęt jak to sprzęt - ulegał awarii i sam się nie wymieniał. Oprócz oglądania pasków postępów, czas zabijałem teraz także dojazdami do serwerów.
Gdy w Polsce rozwinęły się oferty dużych serwerowni, podjęliśmy decyzję aby wykonać kolejny krok. Zrezygnowaliśmy całkowicie z własnego sprzętu i wynajęliśmy gotowe serwery dedykowane w jednej z dużych, europejskich serwerowni. Tym razem migracja była fizycznie lżejsza. Za to psychicznie nie do końca, bo musiałem przywyknąć do tego, że bezpieczeństwo i stabilność moich serwisów zależy od obcych ludzi w obcej firmie. Trochę czasu minęło, dopóki zaakceptowałem fakt, że są oni niebo lepsi w obsłudze serwerów i sieci, niż ja kiedykolwiek byłem.

Moja ewolucja sprzętowa była już na niezłym poziomie. Po kilku miesiącach jednak i tutaj przyszedł czas na pierwszą awarię. Obsługa serwerowni uszkodzony sprzęt wymieniała w ciągu deklarowanych w umowie kilku godzin, ale nadal to ja musiałem zadbać o odtworzenie systemu z backupu. Kolejny dzień i noc z życia zniknęły.

Z serwerów dedykowanych korzystałem przez cztery lata, średnio raz w roku zmieniając je na nowe. Były wydajniejsze, pojemniejsze i nowe, co dawało mi poczucie, że jeśli ja zdecyduję się dzisiaj zmienić sprzęt na nowy, to uniknę awarii jaką stary sprzęt zaplanował na jutro. Oczywiście taka zmiana nie była czymś banalnym, bo obejmowała zamówienie nowego serwera, konfigurację dysków, instalowanie systemu, kopiowanie danych ze starego serwera, patrzenie na paski postępu, instalowanie oprogramowania, patrzenie na kolejne paski postępu i na koniec ustawienie sieci i domen. Przez te kilka lat w większości jednak to ja decydowałem której nocy nie prześpię.

Gdy na rynku zaczęły pojawiać się oferty “cloud”, zamiast kolejnej migracji na nowy serwer dedykowany, zdecydowałem migrować na VPS, wirtualny serwer prywatny uruchomiony w chmurze. To była prosta, ale wielka decyzja, którą ostatecznie zerwałem z uzależnieniem od sprzętu. Przez ostatnie dwa lata nie zmarnowałem ani jednej chwili ze względu na awarie czy migracje. Ten zyskany czas, jest dla mnie największą korzyścią jaką przyniosła technolgia chmury i nie wyobrażam sobie od niej odwrotu.

Marek Małachowski, CTO w Grupa Manubia

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michał Romanowski, marketing manager e24cloud

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu