Historia, nie histeria

Jacek Zalewski
opublikowano: 29-06-2007, 00:00

Zakończenie prezydencji Niemiec w Unii Europejskiej (jutro o północy) w naturalny sposób podpowiedziało temat niniejszego komentarza. Finałem tego zdominowanego przez prymat Berlina półrocza był rzecz jasna szczyt w Brukseli, którego okoliczności odkopały historyczne rowy między Polską a Niemcami. Z jednej strony mamy świadomość, że żadne fochy polityków na szczęście nie zmienią okoliczności, iż Niemcy są naszym zdecydowanie największym partnerem gospodarczym i wprowadzającym do Unii Europejskiej. Ale z drugiej — polskie społeczeństwo okazuje się podatne na straszenie teutońskim zagrożeniem, tym razem może nie czołgami (notabene poniemieckie Leopardy wiernie służą obecnie w Wojsku Polskim), lecz uznawanymi przez polskie sądy wpisami właścicielskimi w księgach wieczystych na Ziemiach Odzyskanych.

Bracia Kaczyńscy bez przerwy podkreślają, że w polsko-niemieckich relacjach między politykami jest cudownie, a wszystkiemu winne są te przeklęte media, wypaczające rzeczywistość na zlecenie wiadomych sił. I nie przyjmują do wiadomości, że samo uściśnięcie rąk ma znaczenie wtórne, a miliony Polaków i Niemców zapamiętują głównie problemy z trafieniem owych rąk na siebie — jak to przytrafiło się prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu podczas pierwszej wizyty u Angeli Merkel. Tę rzeczywiście mało przyjazną atmosferę stwarzaną przez media, nie tylko niemieckie, odczuliśmy podczas szczytu w Brukseli. Dziennikarze jak zwykle mieli tam na identyfkatorach literowe sygnaturki reprezentowanego państwa. Uczestniczyłem w podobnych impreach już wielokrotnie i po raz pierwszy w życiu odczuwałem, niestety, że nasze PL-ki wywoływały u tłumów kolegów z innych państw odruch politowania przemieszany z troską. W takich chwilach przyjemniej byłoby chyba być dziennikarzem, powiedzmy, albańskim...

Jest oczywiste, że w relacjach polsko-niemieckich historycznych cierni uniknąć się po prostu nie da. Kiedyś kolnęło mnie wyjątkowo boleśnie, gdy podczas galowego powitania polskiego premiera na dziedzińcu urzędu kanclerskiego w Berlinie orkiestra zagrała Preussen Gloria (Chwała Prus) — czyli wspaniały marsz, uwielbiany między innymi przez Adolfa Hitlera. A dosłownie w przedzień tamtej wizyty zwiedzałem na warszawskim zamku wystawę zbrodni wojennych Wehrmachtu z 1939 r., gdzie właśnie Preussen Gloria była głównym motywem muzycznym! Ów epizod przytrafił się Markowi Belce, przy wizycie Jarosława Kaczyńskiego oczekiwałem marszu w podwójnym napięciu — ale gospodarze zagrali coś neutralnego. Przypuszczam, że w obu wypadkach decydentem był po prostu tamburmajor orkiestry Bundswehry, dla którego marsz to marsz…

Ten przykład świetnie ilustruje równie naturalne, co zasadnicze różnice w postrzeganiu przez oba nasze narody historii. Powinniśmy jednak zrobić wszystko, aby nie została zdominowana histerią.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy