Historia pełna niedomówień

  • Tomasz Kolecki-Majewicz
opublikowano: 27-06-2013, 00:00

Wydaje się, że na temat Prosecco padły już wszystkie słowa, ale nie da się ukryć, że wiele półgębkiem, czasem tylko ruchem warg. Zacznijmy zatem od tego, od czego się zaczyna, by dobrze skończyć: od początku.

Północno-wschodnia Italia. Tereny Veneto i Friuli. Czasy rzymskie, czasy weneckie, czasy włoskie — żadne nie przeszkadzały maleńkiej roślince noszącej imię Prosecco, by dzielnie piąć się ku słońcu, karmić i poić tubylców. I pewnie tak trwałaby w swej pracy po dziś dzień, gdyby nie jegomość, którego odkrycie zgotowało jej całkiem inny los — hulaszczy i gwiazdorski.

Paradoksalnie, ów dobry pan o istnieniu dziarskiego winogronka nie wiedział. Z prostej przyczyny — był Francuzem i zwał się zatem pięknie: Jean Paul Charmat. W drugiej dekadzie XX wieku opatentował nową metodę produkcji win musujących, obniżając koszt ich uzyskania… sześciokrotnie.

Metodę nazwano od imienia twórcy, a równocześnie ochrzczono ją zbiornikową, jako że druga fermentacja dająca winu bąbelki odbywa się w dużych, hermetycznie zamkniętych zbiornikach, dziś ze stali nierdzewnej i z reguły o regulowanej temperaturze wewnątrz.

Taka zabawa dawała wina zgoła inne od prestiżowych kuzynów — lekkie, radosne i owocowe. Czas m

ijał. Kolejne stolice, łącznie z bawiącą się doskonale w międzywojniu Warszawą, skrzętnie korzystały z odkrycia Żanpola, a klasą samą dla siebie — tak wariacjami, jak i jakością — zostali mianowani winiarze Półwyspu Apenińskiego z mocnym akcentem na jego północną część.

Nie dziwi więc, że do metody przylgnął dodatek „włoska”. Nasze dzielne winogronko, którego wina ciche, co prawda, dawały radośnie żyć, lecz nie porywały duszy, w wynalazku zyskało największego sprzymierzeńca, a z czasem — życiowego partnera. Z początku bawili się beztrosko, płodnie nad wyraz, racząc ludzi większą lub mniejszą porcją cukru, kwasowości i oczywiście bąbelków.

Mijały dekady, nadszedł wiek dojrzały, pierwsze refleksje i jedynie słuszne decyzje. Spisali zatem dokładną regulację swoich relacji, dając tym samym testament i podwaliny pod nowe otwarcie.

Dziś Prosecco to już całkiem nowa historia. Wzniosła i radosna zarazem, a z pewnością warta opowiedzenia bez ciągnących się za nią niedomówień.

Po pierwsze — nie ma już odmiany Prosecco. W szponach Unii Europejskiej, stawiającej na produkt lokalny, by chronić tożsamość swych win, zmieniła imię na Glera, nazwę Prosecco oddając antycznemu miastu odkrytemu przypadkiem niedawno, dokładnie na terenie małej ojczyzny pokrywającej strefy produkcji win Prosecco. Stref jest kilka — od ogólnej Prosecco DOC, po Prosecco di Valdobbiadene, Conegliano i Asolo już o statusie DOCG.

Po drugie: Glera może mieć towarzystwo, o czym raczej się milczy. Kompanii może być do 15 proc. zarówno lokalnej — Verdiso, Perera i Biancheta, jak i legii cudzoziemskiej: Chardonnay, Pinot Bianco, Grigio i Nero.

Po trzecie, P

rosecco są musujące — spumante, perliste — frizzante i ciche, ale bez bąbelków, czyli tranquillo (raptem 5 proc. ogółu).

Po czwarte, ma różne smaki: brut to wina wytrawne (do 12 g cukru na litr), najczęściej spotykane

extra dry i dry — półwytrawne, a demi-sec to półsłodkie (powyżej 32 g/l).

Po piąte, najlepsze wina pochodzą z winnic Cartizze i Rive, stanowiących swego rodzaju Grand Cru dla apelacji.

Na dokładkę trzeba dodać po szóste, że niewielka część win powstaje metodą używaną w Szampanii, a to już stawia je w innej rzeczywistości. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Tomasz Kolecki-Majewicz

Polecane