I skrzat, i reżyser

Agnieszka Ostojska-Badziak
29-04-2004, 00:00

Następny biznes Jacek Chmielnik poprowadzi już solo. Ale najpierw, choć nadal utrzymuje, iż jest krasnalem, wyreżyseruje film o Polaku, Niemcu i Żydzie. Potrzeba 1,5 mln euro.

Puls Biznesu: Nie żal Grubych Ryb?

Jacek Chmielnik, aktor, reżyser: Żal. Piękna restauracja, w wyjątkowym miejscu — w kamieniołomie nad jeziorem. I blisko Krakowa.

Dlaczego Pan sprzedał udziały?

J. Ch.: Bo wszelkie porzekadła dotyczące spółek są prawdziwe.

To o jaskółkach?

J. Ch.: Właśnie. Spółki mają sens, gdy są duże: zarząd, udziałowcy pośrednio wpływają na działalność firmy. Chwyta Pani różnicę?

Chodzi o emocjonalne podejście i bardzo osobiste relacje?

J. Ch.: „Prywatna spółka międzyludzka” jest bardzo, bardzo... trudna. No i wymyśliliśmy ze wspólnikiem , że właśnie on zostanie w tej knajpie, a ja sobie pójdę. Restauracja jest właściwie piekłem, gdyż składa się z tysiąca drobiazgów — w czym zresztą przypomina teatr. Wymaga ciągłej kontroli. To bardzo wiąże...

I co teraz?

J. Ch.: Mnóstwo pracuję... Następny krok? Filmowy. Ze sporą szansą na realizację. Niemiecko-polski projekt.

Oczywiście chodzi o udział kapitału w budżecie?

J. Ch.: Tak. W Polsce widać pełno ludzi z fajnymi planami filmowymi, ale nie mogą ich zrealizować także z tej przyczyny, że jesteśmy małym rynkiem. Największa kinematografia świata: indyjska ma przynajmniej 800 mln widzów. A koszt wyprodukowania filmu w Bombaju i w Łodzi jest dość podobny. Z punktu widzenia biznesu, tam 40 razy łatwiej to zrobić. Nie wspomnę już o Stanach Zjednoczonych...

Ale kinematografia hiszpańska albo brytyjska? Dużo większego rynku to u nich nie ma, a jednak jakoś przędą...

J. Ch.: W Danii czy Szwecji, a nawet Włoszech łatwiej o państwowy mecenat i prywatnych sponsorów. Gdy jednak przystępuje się do projektu polsko-niemieckiego, wówczas rynek się mnoży razy trzy: jakieś 120 mln potencjalnych widzów. No i łatwiej sklecić biznesplan.

Myśli Pan, że widz niemiecki chętnie przyjdzie na polski film? Co ma go przyciągnąć?

J. Ch.: II wojna światowa.

Och, proszę: tematyka oskarowa...

J. Ch.: Kiedyś takich filmów robiło się mnóstwo, dzisiaj mniej. Film a priori nie byłby komercyjny — w takim sensie jak opowieść o fajnych producentach amfetaminy, którzy mają piękne dziewczyny i kłopoty z nimi, potem wkrada się inna mafia, która chce ich z tego interesu wysiudać, wreszcie przychodzi porucznik Bond i robi porządek. Po drodze gonią się parę razy jeszcze fajnymi samochodami, strzelają...

To znaczy Pana film ma być ambitny?

J. Ch.: Uniwersalna idea ma służyć pojednaniu. Ale czy to przeszkadza, by zgromadzić kilkumilionową widownię? To opowieść o Niemcu, Żydzie i Polaku — w jakimś dramatycznym uścisku, zantagonizowanych ekstremalnie, gdzie jednak każdy z nich ratuje pozostałych. I wszystkim udaje się ocalić godność. Swoją i przeciwników.

Coś nowego. W większości filmów wojennych zawsze któraś z tych nacji tę godność traci. Zwykle Niemiec, czasem Polak, rzadko Żyd.

J. Ch.: Rzecz chyba jest wiarygodna, bo oparta na faktach. Może zabrzmi to za patetycznie, ale mam jakieś dziwne poczucie, że chcę to zrobić na „ważne zamówienie społeczne” — choć nikt mi tego zamówienia nie sformułował i nie przekazał. I co tu się przejmować jakimiś drobnymi restauracjami, kiedy trzeba wziąć na barki losy całego świata i zmagać się z nimi...

O, autoironia... Jaki budżet Pan planuje?

J. Ch.: To film niskonakładowy. Nie licząc kosztów promocji, potrzebuję 1,5 mln euro. Chciałbym, by głównych bohaterów kreowali przedstawiciele tych trzech nacji, mówili ojczystymi językami, czasem językiem wspólnie im znanym — czyli niemieckim. Trudno żądać od esesmana, by mówił po polsku. Nikt natomiast nie pyta, dlaczego Polacy czy Żydzi mówią po niemiecku... Mówię Pani, fajny projekt!

Ma Pan już upatrzone gwiazdy?

J. Ch.: Nie zagra żaden nasz znany aktor. Mam upatrzonego odtwórcę polskiej głównej roli męskiej. Mało znany. Ale znany mnie.

A koszty promocyjne?

J. Ch.: Mogą być wielokrotnością tej kwoty.

Jest zainteresowanie niemieckich sponsorów?

J. Ch.: Spore! Największe problemy są — jak zwykle — po stronie polskiej. Wie Pani, kiedy się w Polsce opowiada o takim pomyśle, większość potencjalnych sponsorów zastanawia się: a ile ten facet chce na tym zarobić i ile mnie z tego przypadnie.

No to dość logiczne...

J.Ch.: Zgadza się. Ale oni żądają absolutnej gwarancji, że mój film na pewno zarobi krocie. Sporo szkód — widzę to — narobił „Quo vadis”: gigaprodukcja, która przyniosła wszystkim straty, a największe — widzom.

Wspomniał Pan, że w filmie bohaterami będą: Polak, Niemiec i Żyd. Zwrócił się pan do sponsora polskiego, niemieckiego. A do żydowskiego?

J. Ch.: Na razie czekam na okazję rozmów z moim mecenasem. Właśnie jest w Izraelu. Mam tylko ten jeden sposób — tego jednego mecenasa. Jeżeli wskaże mi jakąś ścieżkę postępowania, pójdę nią. Jeżeli mnie spławi całkowicie, to będę niepocieszony — i trudno będzie mi znaleźć w Izraelu drugiego. Byłoby kapitalnie, gdyby produkcja była polsko-niemiecko-izraelska. Sukces polityczny tego filmu wyprzedziłby jego premierę.

Reżyseria to nowa Pana pasja?

J. Ch.: Zajmuję się nią od kilkunastu lat. Wcześniej jeszcze zacząłem pisać. Tak naprawdę nie pracuję jako czynny aktor już wiele lat.

Bo?

J. Ch.: Och, bo... Kiedy byłem dzieckiem, nie wiedziałem, kto to reżyser, inspicjent i takie tam postacie... Czekałem, kiedy wyjdzie Jan Kobuszewski, Marian Kociniak — moi ulubieńcy. Albo Mieczysław Czechowicz. A potem, po latach zorientowałem się, że wszyscy aktorzy są jak w teatrze lalek, nitki pociąga ktoś inny. A później jeszcze... Potwierdziło się: jako aktor nie miałem możliwości odpowiedzi na pytanie o cel, jakiemu wypowiedź służy. Mogłem tylko przyjmować albo odrzucać propozycje. No i dlatego reżyseria jest dla mnie ważniejsza.

Mógł Pan coś z umiejętności reżyserskich wnieść w prowadzenie Grubych Ryb?

J. Ch.: W restauracji olbrzymią rolę odgrywa światło, dźwięk, obecność żywych ludzi, którzy stwarzają aurę. Specyficzna atmosfera jest tak samo ważna jak poziom podawanych dań. To naturalnie elementy teatralnej natury. Tyle że te analogie to grube uproszczenie.

Przejście aktora do biznesu wydaje się czymś łatwym. Jest twarz, nazwisko — niektórzy pracują na to całe życie — i nie wychodzi... Prohibicję sygnowały sławy, ale ktoś inny już nią steruje. Jan Nowicki miał pracownię designerską — też nie wypaliło. Dlaczego?

J. Ch.: Za trudne pytanie mi Pani zadała... O ile wiem, ta warszawska Prohibicja jakoś przędzie. Ale — na przykład — Michael Jordan, gwiazdor koszykówki, założył knajpę, która zbankrutowała z prostego powodu: był tam tylko raz. Na otwarciu. Publiczność mogła pooglądać porozwieszane jego koszulki i buty na ścianach, ale on był nieobecny. Grube Ryby nadal istnieją — i mają się dobrze. Nie chciałbym jednak generalizować... No bo tu niedaleko Artur Dziurman od lat prowadzi swego Moliera — chętnie odwiedzanego. Współwłaścicielem Maski, w której siedzimy, jest Tadeusz Huk — też wiedzie mu się nieźle. Może jest też trochę tak, jak w moim przypadku? Ludzie, którzy traktują biznes jako naczelne wyzwanie, są na niego skazani. A ja zobaczyłem, że znów otwiera się przede mną pole, na którym mogę coś zrobić skuteczniej i z większą korzyścią dla siebie, niż drocząc się ze wspólnikiem o sprawy tak elementarne, że aż mnie zgroza ogarnia na samo wspomnienie. Ale nie mówię, że mam złe doświadczenie z gastronomią, lecz ze spółką. Następną poprowadzę już sam.

Pole... A prowadzony przez Pana teleturniej „Kochamy polskie seriale” to ugór?

J. Ch.: Podpisuję czek na niebagatelną kwotę, a do tego to pieniądze sponsora. Mam frajdę, że obdarowuję rodziny pokaźną sumką, która ma szansę nawet zmienić jej los. Wdzięczne zajęcie.

Ale dla aktora i reżysera mało nobilitujące...

J. Ch.: Ale też nie aż tak bardzo deprecjonujące. Taka stała praca. Teleturniej jest „branżowy”, cały czas dotyczy filmu. Telewizyjnego wprawdzie, ale zawsze. Gośćmi są gwiazdy, moi koledzy. Było parę osób ze starszego niż moje pokolenia — miałem zaszczyt gościć Ninę Andrycz czy Irenę Kwiatkowską. No i młode gwiazdy, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Poza tym teleturniej — może to i wyrachowanie — skutecznie przypomina widzom o moim istnieniu.

Jak wygląda Pana tydzień? Zdjęcia do teleturnieju...

J. Ch.: Zdjęcia do „Kochamy polskie seriale” nie mają rytmu cotygodniowego. „Odcinki” nagrywamy w pakietach. Na co dzień reżyseruję. Teraz w Teatrze Muzycznym w Gliwicach — „Zemstę nietoperza”. A do tego piszę scenariusz do filmu, o którym Pani mówiłem.

Jak się teraz żyje aktorom?

J. Ch.: Nie mam do końca pojęcia. Jestem szczęśliwy, że udało mi się wyzwolić na starszego czeladnika i że od kilkunastu lat nie jestem związany na stałe z żadną instytucją. Właśnie od tego czasu zaczęło mi się jako tako powodzić. Aktorom w teatrach żyje się różnie. Wiadomo: kultura to budżetówka. Ten sam sektor co nauczyciele i pielęgniarki. Czyli w polskich realiach — skromnie. To przecież wszystkim jest dobrze znane.

Zachodnie mechanizmy sponsorskie jeszcze się w Polsce nie wykształciły...

J. Ch.: I będą się kształtować bardzo powoli. W USA kiedyś pracowałem jako aktor i reżyser. Widz przychodzi i płaci za bilet 20 dolarów. Proszę sobie wyobrazić niedużą, tylko 300-osobową: jeżeli uda się ją zapełnić, to dostaje się 6 tys. dol. za wieczór. Obsada była trzyosobowa, graliśmy 6 tygodni. Odjąć koszty: sala — około dolara za krzesło — czyli razem 300 dol. plus 200 dol. za prąd i obsługę, no i tantiemy dla autora sztuki. Koniec końców: 1,5 tys. papierów na głowę.

Nieźle jak na jeden wieczór...

J. Ch.: Do dziś żaden polski aktor o podobnej stawce w teatrze nawet śnić nie może. Cała tajemnica: żeby się bawić w kulturę, trzeba mieć bogate społeczeństwo. Ponure co mówię? Ale z tego właśnie powodu w Nowym Jorku co minutę ląduje znany artysta z Europy. Z nadzieją i konkretną wiedzą, że w tym kraju są pieniądze. To, że nasza kultura w ogóle się jakoś jeszcze trzyma, zawdzięczamy naszej nadproporcjonalnej umiejętności przetrwania w trudnych sytuacjach.

Pana dzieci kroczą po śladach ojca?

J. Ch.: Córka studiuje dyrygenturę, syn wybiera się na scenę. Przestrzegam go — ale niby dlaczego miałbym mu stanowczo odradzać? Nie jest to łatwa ścieżka — ale która jest łatwa?

W sumie szlaki przetarte...

J. Ch.: No nie wiem... Byłem niespokojnym duchem, narobiłem sobie wrogów w środowisku. Zawsze się buntowałem. Przetarte szlaki zatem na niego nie czekają. Nie tym razem...

Zawsze chciałam się dowiedzieć... Po „Kingsajzie” przezywali Pana „krasnolud”?

J. Ch.: A tak! Ale ja jestem krasnoludkiem. Tak! Z czym się Pani kojarzą krasnoludki?

Z „Kingsajzem”. No dobre są, miłe i dobre...

J. Ch.: Jak i ja! Wszystkie moje role są pozytywne. Propozycję grania czarnych charakterów lub twardzieli odrzucałem.

Dobrowolnie się Pan zaszufladkował...

J. Ch.: Z premedytacją. To inni utożsamiają się z twardzielami. Jeden twardziel nawet gubernatorem Kalifornii został!

A Pan nie ma takich zakusów?

J. Ch.: Nie. Zresztą ja już chyba nie jestem aktorem, tylko reżyserem.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Ostojska-Badziak

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / I skrzat, i reżyser