I tak musi odejść?

Andrzej Nierychło
opublikowano: 23-05-2006, 00:00

Prezes tarnowskich Azotów ma w życiorysie defekt: powołał go na funkcję rząd SLD. Prezesowi zapowiedziano więc wprost, że wyleci, jeśli sam nie ustąpi. Sam ustąpić nie chce, więc spór się zaognia i przybiera ton „a kuku, moje na wierzchu”. Ale władza ma dosyć możliwości, aby wykonać swój zamiar. Jeśli krnąbrnego prezesa nie usunie rada nadzorcza, to może to uczynić także walne zgromadzenie, w praktyce nadal kontrolowane przez państwo. Dni prezesa wydają się policzone.

Formalnie wszystko jest w porządku. Każdy właściciel może wymieniać do woli zarządy swoich firm. Robi to na własne ry- zyko. Gdy zwolni pyskatego fachowca i po- woła usłużnego głupka, to po roku podliczy straty. Będą to jego właścicielskie straty.

Ale państwo jest właścicielem szczególnym. Ma pełne uprawnienia właścicielskie, wzmocnione nawet autorytetem władzy, ale tak naprawdę jest jedynie administratorem tego majątku, rodzajem powiernika. W istocie cała własność państwowa ma przecież charakter narodowy, publiczny (chociaż to ostatnie słowo używane jest w odniesieniu do firm giełdowych, czyli upublicznionych). Odpowiedzialność czynników rządowych za błędne decyzje, także kadrowe, jest znacznie ograniczona. Ten właściciel nie ponosi strat, on tylko „ma prawo do błędu”. Dlatego chciałoby się, aby procesy decyzyjne w gronie zarządców i nadzorców państwowego majątku były bardziej rozważne i podlegały jakiejś zewnętrznej kontroli.

Teoretycznie może być i tak, że tarnowski szef jest typem toksycznym i jego odejście wszyscy powitają z ulgą. Ale prezes Ścigała przepracował w tej jednej firmie ćwierć wieku, więc taka możliwość raczej nie zachodzi.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Andrzej Nierychło

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu