Impreza u kaletnika

AGNIESZKA RODOWICZ
opublikowano: 26-01-2017, 22:00

Marcin Zieliński torby szył w zasadzie całe życie. Trzy lata temu zaczął je robić z rowerowych dętek. Dziś szefuje marce Zieliński Bags.

Długo nie mógł sobie znaleźć miejsca. Czas spędzał głównie na imprezowaniu. — Kiedy nie chciało mi się uczyć, mama powiedziała, żebym się wziął za siebie, bo wystawi mi walizki za drzwi. Wziąłem do ręki gazetę, zadzwoniłem pod pierwszy numer, jaki mi wpadł w oko. Było to „przyuczenie do zawodu kaletnika” — wspomina projektant. Tak wylądował w znanym w Warszawie zakładzie Włodzimierza Kłody, założonej w dwudziestoleciu międzywojennym firmie wyrabiającej galanterię skórzaną.

Marcin Zieliński nadaje swoim torbom niepowtarzalny charakter. Doświadczenie, zdobyte u mistrzów rzemiosła, przekłada na precyzję, solidność wykonania i zaskakujące rozwiązania.
Wyświetl galerię [1/2]

Nietypowy projektant.

Marcin Zieliński nadaje swoim torbom niepowtarzalny charakter. Doświadczenie, zdobyte u mistrzów rzemiosła, przekłada na precyzję, solidność wykonania i zaskakujące rozwiązania. Marek Wiśniewski

Na własny rachunek

Przez kilkanaście lat uczył się i pracował w kolejnych zakładach kaletniczych, poznając tajniki zawodu od fachowców, których zostało już bardzo niewielu. Zdał egzamin czeladniczy, dostał papiery… Ale przez długi czas nie zastanawiał się, co będzie dalej.

— Pracowałem, zarabiałem jakieś pieniądze, wydawałem je na bieżąco. I w zasadzie przez wiele lat nie interesowało mnie to, co robiłem. Pracowałem, by zarobić kasę na to, co mnie wtedy głównie zajmowało: koncerty i imprezy. Byłem rozrywkowym człowiekiem — przyznaje Marcin Zieliński.

Ta skłonność doprowadziła go do ostrej, jak to określa, rozsypki. W końcu jednak przyszło opamiętanie, a wraz z nim pytanie, co właściwie chce w życiu robić. — I wtedy do mnie dotarło, że podoba mi się mój zawód — mówi. Potem ktoś mu podpowiedział, że mógłby projektować własne torby, ale minęło jeszcze kilka lat zanim zaczął o tym myśleć poważnie.

— Z czasem w branży zaczęło się robić coraz trudniej, kaletnik stał się zawodem na wymarciu, chińszczyzna zalała polski rynek i pracownie kaletnicze popadały. W końcu zarabiałem marne grosze. Poczułem, że już gorzej być nie może. Postanowiłem zrobić coś na własny rachunek — opowiada Marcin Zieliński. To było 3,5 roku temu.

Ekologia z braku funduszy

Nie miał w zasadzie pieniędzy, nie udało mu się zdobyć dofinansowania na rozpoczęcie działalności. Za drobne oszczędności wyremontował piwnicę pod swoim mieszkaniem w Międzylesiu, kupił używaną maszynę kaletniczą z likwidowanego zakładu. Ale nie miał już za co kupić skóry na torby. Wpadł na pomysł, by uszyć je ze zużytych dętek rowerowych.

Wcześniej w jednej z firm, w których pracował, naprawiał taką torbę. Zachwyciła go. — Objechałem kilka warsztatów i dostałem dętki za darmo. Wyczyściłem je, pociąłem na kawałki, zacząłem zszywać — wspomina Marcin Zieliński. Okazało się, że to świetny materiał. Guma jest bardzo wdzięczna, plastyczna, dobrze się klei i szyje. Na dodatek, mimo że nosi ślady używania, jest właściwie nie do zdarcia.

— Na początku nie miałem założenia, żeby produkować ekologicznie. Owszem, przejmuję się środowiskiem, staram się mu nie szkodzić, ale nie jestem ultraświadomym konsumentem ani producentem. Kiedy zaczynałem, o recyklingu, upcyklingu w Polsce jeszcze mało kto słyszał. Sytuacja zmusiła mnie, żeby sięgnąć po takie rozwiązania — przyznaje projektant. Uszył pierwszą torbę, spodobała się, sprzedał ją. Potem kolejną. I do skóry już nie wrócił. Początkowo robił torby w całości z dętek. Kupowały je osoby z niszowych środowisk. — Moimi klientkami były dziewczyny z tatuażami, kolczykami i dredami — mówi Marcin Zieliński.

Informacje o torbach rozchodziły się pocztą pantoflową, ale klientela była nieliczna. Marcin Zieliński brał udział w targach, początkowo niszowych. Z czasem zaczął modyfikować swoje wyroby. Docierały do niego głosy, że torby są nieco za ciężkie. Na dodatek popyt tak wzrósł, że projektant musiał zjeździć pół Warszawy, żeby zebrać odpowiednia liczbę dętek. Dlatego zaczął je łączyć z innymi materiałami. Pojawiły się nowe kolory, faktury, a wraz z nimi nowe klientki. Marcin Zieliński zaczął się wystawiać na targach w centrach handlowych i do dziś to jego główny kanał dystrybucji.

— Takie miejsca przyciągają klientki, które mogą przeznaczyć 250-400 zł na niepowtarzalną albo powieloną w niewielu egzemplarzach torbę, a jednocześnie szukają czegoś niebanalnego, czym mogą się wyróżnić — uważa projektant.

Koronka z dętką

Pomysły same pojawiają się w jego głowie. — Czasami szkicuję coś na kartce, ale już tyle lat to robię, że najczęściej nie muszę się zastanawiać nad modelem. Mam go w głowie. Na początku chciałem mieć jak najwięcej wzorów.

Z czasem okazało się, że najlepiej sprzedaje się jeden: z tyłem z tkaniny brezentowej, wierzchem z dętek i z naszytym na przodzie kółkiem. W końcu okroiłem różnorodność wzorów do kilku, używając do produkcji toreb różnych zestawień tkanin, kolorów, detali. Miałem dużo pomysłów, chętnie wymyślałbym kolejne wzory, ale to się nie przekładało na finanse. Czasami eksperymentuję z cięższymi surowcami. Szyłem kiedyś okrągłe torby, których rant obszywałem w całości oponą. Ale okazało się to bardzo trudne, praco- i czasochłonne, a chętnych na droższy model było niewielu, więc zarzuciłem ten pomysł — opowiada Marcin Zieliński.

Nawiązał natomiast współpracę z hurtownią, w której kupuje materiały tapicerskie. Są wytrzymałe, nie ścierają się, a jednocześnie mają wiele wzorów i faktur. Ostatnio wpadła mu w oko koronka. Zamówił kawałek na próbę. Kiedy przyjechała do jego pracowni w postindustrialnej części warszawskiej Pragi, był rozczarowany.

— Nie wyglądała ciekawie. Ale kiedy połączyłem ją z dętkami, uszyłem torbę, zrobiłem zdjęcie i wrzuciłem na Facebook, wzbudziła zachwyt — opowiada kaletnik. Nigdy nie był w hurtowni, z której zamawia materiały.

— Zamawiam kawałek na próbę, sprawdzam, jak się zachowuje, jak „współpracuje” z dętkami i jeśli dobrze, kupuję większą ilość — mówi Marcin Zieliński. Po latach pracy w zakładach kaletniczych wie, jak dobrze uszyć torbę. Zieliński Bags są bardzo solidnie zrobione i wykończone, zawsze z podszewką. Ale nadal mają w sobie coś wywrotowego i rockendrollowego. Łagodniejsze desenie tkanin są podkręcone fragmentami dętek, stalowymi śrubami, nitami.

— Nie śledzę trendów, nie podglądam mody i może dlatego moje torby są ponadczasowe — twierdzi projektant.

Sukces na miarę dużej torby

Mimo to do sukcesu finansowego jeszcze daleko. Sprzedaje teraz maksymalnie 100 toreb miesięcznie. To nie wystarcza, by się spokojnie utrzymać. Za mało jest też targów, by sprzedawać więcej. Poza tym targi odbywają się zwykle w weekendy, przez co Marcin Zieliński nie ma czasu dla rodziny.

— Kiedyś wydawało mi się, że mogę wszystko zrobić sam: znaleźć materiały, uszyć torby, sfotografować je, zamieścić na Facebooku, sprzedać. Ale przestałem dawać radę. Doszedłem do wniosku, że bez pewnych posunięć bardziej się nie rozwinę — przyznaje kaletnik. Wynajął więc większy warsztat, zatrudnił do szycia dwie osoby. Trzecia odbiera zużyte dętki z warsztatów rowerowych. Potem Marcin Zieliński czyści je, tnie i zszywa w większe kawałki.

— Mój brat i ojciec zostali inwestorami, wnosząc pieniądze, których mi brakowało. Dzięki temu mogłem podjąć współpracę z osobami, które pomagają mi stworzyć markę. Pracują nad profesjonalnymi zdjęciami, identyfikacją wizualną, stroną i sklepem internetowym. Będą projektowane całe kolekcje, a nie tylko pojedyncze modele. Pojawią się torby męskie. Wszystko to wymaga sporych nakładów finansowych. Dotąd zainwestowałem w firmę jakieś 100 tysięcy złotych. Mam nadzieję, że wkrótce zacznę z toreb więcej wyjmować, niż do nich wkładać — sumuje Marcin Zieliński. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: AGNIESZKA RODOWICZ

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu