Impulsy zbyt słabe, by obudzić inwestorów

Roman Przasnyski, Główny Analityk Gold Finance
opublikowano: 15-01-2010, 17:10

Przedłużający się marazm na rynkach akcji zdaje się usypiać inwestorów.

Byki nie przejmują się zbytnio gorszymi informacjami, mając świadomość, że ich pęczniejące od ponad dziesięciu miesięcy portfele nie schudną zbyt gwałtownie, a niedźwiedzie nie oceniają chyba zbyt optymistycznie swoich atutów. Obie strony wolą poczekać na rozwój sytuacji i wykorzystać bardziej sprzyjający im moment, zamiast tracić siły i nerwy na niepotrzebną szarpaninę. Leniwe byki nie rzuciły się do ataku po lepszym odczycie indeksu aktywności gospodarczej w Nowym Jorku i okolicach, ani nie mrugnęły nawet okiem po zgodnym z oczekiwaniami wzroście produkcji przemysłowej. Wygłodzone niedźwiedzie zaatakują tylko wtedy, gdy będą pewne wygranej. Dziś ożywiły się nieco dopiero po publikacji nieznacznie gorszego niż się spodziewano wskaźnika nastrojów konsumentów.

Polska GPW

Sesja na warszawskiej giełdzie zaczęła się bardzo asekuracyjnie. Indeksy wystartowały z poziomu bliskiego wczorajszemu zamknięciu. Z jednej strony trudno się dziwić, że inwestorzy woleli zaczekać do momentu publikacji danych za oceanem, z drugiej jednak, nie skorzystali z nie najgorszych nastrojów w Europie i nie wzięli przykładu
z Amerykanów, którzy wciąż windują swoje indeksy w górę.

Nie najlepiej zachowywały się rano papiery banków. Niemal wszystkie były nieznacznie pod kreską. W przypadku firm surowcowych mogliśmy obserwować całe spektrum możliwości. Od sięgającego 0,8 proc. spadku kursu akcji PKN Orlen, poprzez bliską zera zmianę notowań KGHM aż do ponad 1 proc. zwyżki walorów Lotosu. W ciągu dnia sytuacja nie uległa większej zmianie. Tuż przed południem indeksy zeszły pod kreskę, podążając za swymi europejskimi kolegami. Próby powrotu do wzrostów kończyły się niepowodzeniem. Skala spadków była jednak bardzo niewielka. Zwiększyła się dopiero, gdy amerykańscy konsumenci zademonstrowali swoje gorsze nastroje i spadki na Wall Street przybrały na sile.

Ostatecznie WIG20 stracił 0,39 proc., WIG zniżkował o 0,24 proc., a sWIG80 o 0,18 proc. Swoją wartość w ostatniej fazie sesji zdołał zwiększyć o 0,21 proc. wskaźnik średnich firm. Obroty na rynku akcji wyniosły 1,42 mld zł.

Giełdy zagraniczne

Byki wciąż pchają niespiesznie indeksy za oceanem na nowe szczyty. S&P500 wzrósł o 0,24 proc., „po drodze” testując poziom 1150 punktów. Dow Jones zwiększył swoją wartość o 0,28 proc., także bijąc kolejny rekord. Jedynie Nasdaq nie może się tego doczekać. Rynek nie przejął się słabymi danymi, opublikowanymi wczoraj i nie najlepszymi doświadczeniami po pierwszych wynikach finansowych spółek. Liczy, że będzie lepiej. Ale lepsze niż się spodziewano osiągnięcia Intela euforii nie spowodowały. Dzisiejsza porcja danych też wcale nie musi doprowadzić do wyjaśnienia sytuacji.

Piątkowa sesja na giełdach azjatyckich należała do bardzo spokojnych. Na żadnej z nich zmiana wartości indeksów nie przekraczała 1 proc. Blisko tej skali wzrostu była Korea i Tajwan. Shanghai B-Share zwyżkował o 0,5 proc. Nikkei zyskał prawie 0,7 proc., ustanawiając nowy dwunastomiesięczny rekord.

Handel na głównych parkietach europejskich zaczął się z poziomu wyższego od czwartkowego zamknięcia o około 0,2 proc. Około południa wskaźniki w Paryżu, Frankfurcie i Londynie po kolei lądowały pod kreską. Nie pomógł im nawet dużo lepszy niż się spodziewano odczyt wskaźnika aktywności gospodarczej w rejonie Nowego Jorku. DAX tracił nawet 0,9 proc., a CAC40 zniżkował o 0,5 proc. Pogorszyły się też zdecydowanie nastroje na pozostałych giełdach. BUX tracił ponad 1,7 proc., ale w Tallinie, Rydze i Bukareszcie indeksy rosły „pełną parą”. Estoński wskaźnik zyskiwał prawie 6 proc. Indeksy na największych giełdach naszego kontynentu „pękły” dopiero po niższej niż oczekiwano wartości wskaźnika nastrojów amerykańskich konsumentów. Tuż po godzinie 16.30 CAC40 tracił 1,4 proc., DAX spadał o 1,8 proc., a FTSE zniżkował o 0,5 proc.

Waluty

Początek handlu na światowym rynku walutowym miał nieco odmienny przebieg niż w ostatnich dniach. Zwykle przed południem przewagę miała europejska waluta. Tym razem „zielony” ostro zaatakował, umacniając się do poziomu 1,44 dolara za euro. Była to kontynuacja ruchu rozpoczętego już w czwartek około południa. W jego wyniku euro staniało o 1,7 centa. Ważniejsze było jednak samo dojście do poziomu 1,44 dolara za euro. Jego przełamanie stworzyło szansę dalszego umocnienia się amerykańskiej waluty do około 1,43 dolara za euro. I ten scenariusz był realizowany w dalszej części dnia.

Złoty zaczął dzień od osłabienia. Dojście do poziomu 2,77 zł za dolara w poprzednich dniach okazało się jedynie chwilowe i dziś rano za „zielonego” trzeba było płacić 2,81 zł. To skutek umocnienia się dolara wobec wspólnej waluty. Widać to wyraźnie, gdy spojrzymy na zachowanie się euro i złotego. Przed południem nasza waluta trzymała się bardzo mocno w okolicach 4,04-4,05 zł za euro. Podobnie działo się w przypadku franka, którego kurs od niemal się nie zmienił od czwartkowego południa i dziś rano wynosił 2,74 zł.

Podsumowanie

Pat w rozgrywkach między bykami a niedźwiedziami trwa. Żadna ze stron nie kwapi się z podjęciem bardziej zdecydowanej akcji. Nie pobudzają do tego pojawiające się na przemian to gorsze, to lepsze dane dotyczące gospodarki ani wyniki amerykańskich firm. Wszystko wskazuje na to, że z taką sytuacją niezdecydowania będziemy się musieli mierzyć znacznie dłużej, niż się tego spodziewaliśmy. Strach kupować, sprzedawać szkoda. To hasło będzie pewnie dominować przez jakiś czas. Głębsza korekta tchnęłaby na rynek nieco więcej ruchu, bo na euforię raczej nie ma co liczyć.

Roman Przasnyski, Główny Analityk Gold Finance

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Roman Przasnyski, Główny Analityk Gold Finance

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Gospodarka / Impulsy zbyt słabe, by obudzić inwestorów