Indeks szmindeks

Małgorzata Dacko-Tomańska, Rafał Tomański
02-10-2009, 06:53

Cudownie! – pomyśleli ekonomiści –  od  teraz będziemy mogli rozpoznawać cykle gospodarcze, zaglądając do kosmetyczek naszych żon.

Kiedy koncern L’Oreal, właściciel marek: Lancôme, Garnier i The Body Shop, pod koniec wakacji ogłosił swoje zaskakująco dobre wyniki za pierwszą połowę 2009 roku (zysk operacyjny na poziomie 1,37 mld EUR), maklerzy natychmiast zmienili rekomendację z „wstrzymaj się” na „kupuj”. Nic dziwnego. W końcu kryzys, nie kryzys, ale wychodzić z domu trzeba. A przed wyjściem trzeba przybrać barwy wojenne.

Jak wynika z analiz Mintel International Group, kiedy w grę wchodzą kosmetyki, to kobiety nie godzą się na żadne ustępstwa, i są gotowe na niewiarygodne wręcz poświęcenia  (słyszeliśmy o udokumentowanych przypadkach żywienia się przez miesiąc puree ziemniaczanym Knorr!).

Najpierw szminka...

Wiemy, co będzie dalej. Na pewno powstanie jakiś nowy indeks-szmindeks. W czasie recesji z 2001 r., Leonard Lauder, prezes zarządu Estée Lauder, wymyślił „indeks szminkowy”, który miał wyjaśnić zaskakujący wzrost sprzedaży szminek. Wtedy ekonomiści z otwartymi ramionami przyjęli nowy termin, bo dzięki niemu świat nagle wydał im się prosty i nieskomplikowany. Do tej pory w co drugim zdaniu musieli używać słów „ceteris paribus” (w bardzo swobodnym tłumaczeniu z łaciny: „nie mam zielonego pojęcia”) albo „conditio sine qua non” („tego też nie wiem”). Cudownie! – pomyśleli ekonomiści –  od teraz będziemy mogli rozpoznawać cykle gospodarcze, zaglądając do kosmetyczek naszych żon. Precz z Dow Jonesem!

Idylla skończyła się w kwietniu tego roku, kiedy okazało się, że w ostatnim czasie, jak na złość, sprzedaż szminek spadła! – Co robić? Co robić? – zastanawiali się ekonomiści. „Financial Times” z poważną miną ogłosił, że w czasie tej recesji wyznacznikiem nie jest już szminka, ale podkład. I tutaj, naszym zdaniem, „FT” się grubo myli!

Przecież każdy wie, że najlepszym wyznacznikiem stanu gospodarki jest tusz do rzęs! Potwierdzają to archeolodzy, według których pierwsze zapiski w jaskini Lascaux, były czymś w rodzaju paleolitycznego sms-a między dwiema sąsiadkami o następującej treści: „Ta nowa maskara jest BOSKA! W ogóle nie skleja rzęs i kosztuje tylko 2 mamuty 99”.

...potem tusz...

Od prehistorycznych czasów kobiety rozumiały, że o ile szminka starcza na krótko i zwykle roztapia się w skrytce w samochodzie, to dobry tusz do rzęs jest inwestycją! Nawet czymś więcej. Poszukiwania tuszu, który będzie jednocześnie pogrubiać, wydłużać, zagęszczać, podkręcać i dobrze się zmywać, są jak badania naukowe. Są jak poszukiwania układów słonecznych przez astronomów!

Kiedy naukowcy nie wymyślają kolejnych modeli Playstation, pracują nad nowymi generacjami tuszu do rzęs. Jednym z ostatnich wynalazków jest tusz, który zmywa się zwykłą wodą, ale tylko o temperaturze powyżej 38 stopni Celsjusza.

Każdy, kto był kiedyś w drogerii, musiał też zauważyć, że kosmetyki mają zawsze dziwaczne nazwy, które naszym skromnym zdaniem, są tajemnym kodem maklerów giełdowych. I tak na przykład nazwa: Volume Shocking Double Extention Sky-high Telescopic Extradensity Lash Architect  (zmyślamy, ale tylko trochę) oznacza: kupuj po każdej cenie, do końca sesji!

To by tłumaczyło, dlaczego opisy kosmetyków, które wydają się na pierwszy rzut oka takie same (zresztą na drugi też), zajmują w gazetach tak wiele miejsca. Na przykład we wrześniowym „Twoim Stylu” (tym z gwiazdami bez retuszu na okładce) artykuł o tym, jak zostać mistrzynią makijażu, zajął więcej stron niż reportaż z Jordanii.

Spisek  obejmuje nie tylko Europę i Amerykę, ale także Azję! Singapurki wydają setki tysięcy dolarów na kremy, które rzekomo wybielają cerę, a Japonki są znane z tego, że sklejają powieki, by wyglądały jak u zachodnich gwiazd. Kompleksy Japonek są tak duże, że firma Dove musiała do nich dostosować globalną kampanię „Prawdziwe Piękno” (tę z modelkami o pełniejszych kształtach). W japońskiej wersji modelki były podobne do siebie jak klony i tak chude, że na bilbordzie spokojnie zmieściłoby się ich dwukrotnie więcej, niż w wersji europejskiej.

 ...i retusz

Ręka w górę, jeśli komuś mówi coś nazwisko Pascal Dangin! Nikt? Nic dziwnego. Wprawdzie Dangin retuszuje w jednym numerze „Vogue” średnio 150 zdjęć, ale próżno go szukać w stopce redakcyjnej. Mówi się o nim, że jest zaklinaczem zdjęć, chirurgiem, który nie pozostawia blizn i mistrzem manipulacji. Jego nowojorska firma Box Studios zatrudnia kilkadziesiąt osób i ma tak wielu klientów, że musi nadawać im kody, jak na giełdzie: AFR (Air France), AMX (American Express), BAL (Balenciaga), DSN (Disney), LUV (Louis Vuitton), TFY (Tiffany & Co.), VIC (Victoria’s Secret). Podobno Annie Leibowitz, wielka fotograficzka, nie zaczyna bez niego sesji, a jedno zdjęcie zretuszowane przez Pascala Dangin kosztuje od 500 do 20 000 USD.

Siedem lat temu (czyli na długo przed tym, jak na podobny pomysł wpadły redakcje „Harper’s Bazaar” i francuskiego „Elle”) w głośnej sesji zdjęciowej bez makijażu wystąpiła Jamie Lee Curtis. Powiedziała wtedy: „zamierzam wyglądać, jak mnie Bóg stworzył… no, może z niewielką pomocą Manolo Blahnika”. Pech w tym, że jedna para butów od Manolo kosztuje najmarniej 700 USD i zwykli śmiertelnicy najbliższą z nimi styczność mają w czasie oglądania serialu „Seks w wielkim mieście”. Pozostaje więc tusz i szminka.

Cóż, Pascal Dangin sprzedaje dobre samopoczucie gwiazdom, a L’Oreal całej reszcie.


 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Małgorzata Dacko-Tomańska, Rafał Tomański

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Indeks szmindeks