Inflacja zatoczyła koło od 2008 r.

Jacek Kowalczyk
14-04-2011, 00:00

Pędzące ceny żywności i energii, bezsilna RPP i polityczny spór o drożyznę. Deja vu z 2008 r.?

Ceny rosną najszybciej od upadku Lehman Brothers, a RPP ma związane ręce

Pędzące ceny żywności i energii, bezsilna RPP i polityczny spór o drożyznę. Deja vu z 2008 r.?

Inflacja zrywa się ze smyczy. Jak podał Główny Urząd Statystyczny, w marcu zakupy przeciętnego Kowalskiego były o 4,3 proc. droższe niż w tym samym okresie ubiegłego roku. To najwyższy wskaźnik inflacji od września 2008 r. i dwukrotnie wyższy niż pół roku temu.

— Dane są niepokojące. Chyba nikt w Polsce nie spodziewał się takiego wyniku — mówi Ryszard Petru, ekonomista PKO BP.

Stare zmory

Wysoka dynamika cen sugeruje, że koniunktura zatoczyła koło. Właśnie we wrześniu 2008 r. upadał w USA bank Lehman Brothers, kończąc czas rozgrzanej do czerwoności koniunktury. Wtedy — podobnie jak teraz — światowa gospodarka szybko rosła, a na rynkach surowcowych i żywnościowych pęczniały bański spekulacyjne. Podbijało to inflację w Polsce, wymuszało podwyżki stóp procentowych, a "drożyzna" stała się gorącym tematem politycznym. Opozycja grzmiała, że rząd pozwala rosnąć inflacji. Dzisiaj mamy powtórkę.

— Koniunktura była wówczas silniejsza niż obecnie, ale sytuacja monetarna była dość podobna. Na świecie rosły ceny żywności i surowców, co przekładało się na krajową inflację. Zainteresowanie polityków, tak samo jak teraz, zaowocowało pomysłami wprowadzenia dodatków drożyźnianych czy administracyjnego regulowania cen — mówi Tomasz Kaczor, główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego.

Kryzys na dwa i pół roku dał światowej gospodarce, w tym Polsce, chwilę wytchnienia od problemów, które towarzyszyły nam przed upadkiem Lehman Brothers. Teraz te zagrożenia wracają.

— Kryzysy finansowy pozwolił światu na chwilę zapomnieć, że w gospodarce są poważne strukturalne problemy. Przycichły, ale nie zostały rozwiązane — mówi Tomasz Kaczor.

Świat chce jeść

Jednym z tych problemów jest fakt, że na świecie popyt na żywność szybko rośnie. To tendencja, z którą musimy się pogodzić.

— Społeczeństwa krajów wschodzących są coraz liczniejsze i zmieniają jadłospisy. Jedzą coraz więcej mięsa, do wyprodukowania którego potrzeba coraz więcej paszy. Ceny żywności na świecie muszą więc rosnąć — tłumaczy Michał Dybuła, główny ekonomista BNP Paribas Polska.

Z drugiej strony, żywności produkuje się na świecie coraz mniej.

— Miasta się rozwijają, przez co areał rolniczy się kurczy, a promowanie biopaliw zachęca rolników do rezygnowania z produkcji żywności. W dodatku w ostatnim roku duże obszary zostały dotknięte przez klęski żywiołowe — mówi Michał Dybuła.

Wzrost ceny żywności, a także surowców, to też efekt wyjątkowo luźnej polityki pieniężnej. Największe banki centralne przez ponad dwa lata pompowały tani pieniądz w gospodarkę.

— Ten kapitał musiał zostać jakość zainwestowany. Duża część trafiła na rynki surowcowe i żywnościowe w postaci kontraktów terminowych —wyjaśnia Michał Dybuła.

Nadzieja w złotym

Taka sytuacja sprawia, że polskie władze monetarne mają związane ręce, a polskie firmy i konsumenci są skazani na łaskę rynków finansowych. Rada Polityki Pieniężnej (RPP) nie ma bowiem wpływu na ceny żywności i surowców, a pozostałe ceny — np. odzieży, mebli czy biletów do kina — na które Rada może oddziaływać, są stabilne. Różnica w dynamice jednych i drugich cen jest obecnie największa od lipca 2008 r. (patrz wykres). Dokręcanie monetarnej śruby nie zdusi więc inflacji. Jedyne, co bank centralny może robić, to podwyżkami stóp umacniać złotego. Droższe euro i dolar to tańsze produkty importowane. Wielu ekonomistów od wczoraj prognozuje, że RPP w podniesie stopy procentowe już na majowym posiedzeniu.

— Wykorzystanie mechanizmu kursowego to dziś jedyny skuteczny sposób walki z inflacją — mówi Ryszard Petru.

Teoretycznie, gdyby inflacja w Polsce stale rosła w takim tempie, jak w marcu (o 0,7 pkt proc. od lutego), na koniec roku mielibyśmy 10,6 proc. Czy powinniśmy się bać? Ekonomiści uspakajają — żadna katastrofa nam nie grozi.

— Jeśli nic nieoczekiwanego się nie wydarzy, inflacja sięgnie najwyżej 4,4 proc. w najbliższych miesiącach, a potem będzie powoli spadać. Nie sądzę, że zobaczymy jakieś naprawdę wysokie dynamiki — uspakaja Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Inflacja zatoczyła koło od 2008 r.