Inwestorzy powoli wracają na giełdy

Adrian Boczkowski
20-07-2009, 07:06

Aktywność graczy nie wskazuje jednak, by  był to silniejszy trend wzrostowy indeksów w dłuższej perspektywie.

Wzrosty indeksów na światowych giełdach, jakie od początku zeszłego tygodnia zapewniły pozytywnie zaskakujące wyniki kwartalne amerykańskich banków, utrzymują się. Większość indeksów wykonała największy tygodniowy skok od marca. WIG20 znów zdobył ważną barierę 1900-1920 pkt, amerykański SP 500 przekroczył magiczne 900 pkt, a na japońskim Nikkei 225 wyraźnie zarysowała się zmiana trendu na wzrostowy. Warto jednak spojrzeć na poszczególne rynki również przez wartość obrotów. Przy malejącej płynności wartość handlu rośnie bardzo łatwo. Zwyżka jest jednak w takiej sytuacji krucha. Bardzo łatwo wywołać też gwałtowne tąpnięcie.

Przyjrzeliśmy się głównym rynkom na całym świecie i naszemu. Okazuje się, że sytuacja w poszczególnych krajach mocno się różni . Obroty w Warszawie nerwowo skaczą raz w górę, raz w dół, ale podczas najnowszego odbicia wyraźnie weszły w trend wzrostowy. W środę były do tego blisko dwa razy wyższe niż 13 lipca, w przeddzień wyjścia krajowego rynku z konsolidacji przy 1800 pkt dla WIG20. Zwyżka kursów nie ma więc glinianych nóg, a za wyższymi niż na większości rynków wzrostami indeksów stoi zdrowy popyt na walory naszych spółek.

Podobnie, choć nie tak dobrze jak w Warszawie, wygląda sytuacja w USA. Tam aktywność inwestorów również faluje, ale ma tendencję wzrostową. To może cieszyć, bo oczy globalnych graczy są przecież w głównej mierze skierowane na rynek amerykański, a tamtejsze nastroje kształtują w dużej mierze notowania na innych rynkach. Zdecydowanie bardziej klarowna jest jednak sytuacja w Hongkongu, Austrii, Francji, Arabii Saudyjskiej czy we Włoszech. Tam wartość obrotów rośnie szybciej niż indeksy. To pokazuje, że duża grupa inwestorów uwierzyła w trwalszy trend wzrostowy i coraz szybciej odbiera papiery ze słabszych rąk. W Hongkongu obroty skoczyły od 13 lipca już o 36 proc., w Wiedniu — o 73 proc., w Paryżu — o 53 proc., w Rijadzie o ponad 40 proc., a w Mediolanie — o 45 proc.

W Niemczech widać systematyczny wzrost aktywności inwestorów od 3 lipca. Wtedy obroty odżyły i w czwartek były o trzy czwarte wyższe niż na początku miesiąca. Spokojny trend wzrostowy obrotów we Frankfurcie to dobry znak, który może świadczyć o doważaniu portfeli akcyjnych przez dużych graczy. Ciekawostką jest natomiast to, że ponad dwukrotnie zwiększył wartość handel w Egipcie i od marca utrzymuje się zdecydowanie powyżej wartości z zeszłego roku. Mocny wyskok nie jest jednak kwestią bardzo niskiej realnej wartości tamtejszego rynku. Wprawdzie nominalnie wartość handlu jest o blisko połowę mniejsza niż na GPW, ale PKB jest w Polsce trzy razy wyższy niż w Egipcie.

W Londynie dzienne obroty delikatnie falują , tak, jak w poprzednich tygodniach. O przełomie nie można więc tu mówić. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w Japonii. Choć tamtejsze indeksy przez pięć ostatnich sesji z kolei pięły się wciąż do góry, to obroty spadały w szybkim tempie. Na piątkowej sesji były najniższe w tym roku i ponad 30 proc. mniejsze niż przed ożywieniem światowych indeksów. Japoński rynek wydaje się więc najbardziej podatny na zakończenie wzrostów i najbardziej dotkliwą korektę. Brakuje bowiem chętnych do kupowania akcji po obecnych cenach.

Sytuację komplikuje dodatkowo ogólnie niska wartość obrotów i ich zmienność. To po części wynik bessy i zniechęcenia wielu inwestorów. W Niemczech od początku roku wartość dziennego obrotu wynosi około 5 mld USD, podczas gdy przed rokiem normą było 10 mld USD. Zdarzały się sesje z obrotami powyżej 30 mld USD. W Nowym Jorku dzienny handel waha się od dłuższego czasu przy 20 mld USD, podczas gdy w lipcu 2008 r. dwa razy tyle nie było problemem. Również w Londynie dzienne obroty spadły rok do roku o ponad połowę (do 5-8 mld USD) i utrzymują się w trendzie bocznym. Wyraźnych trendów wzrostowych nie zobaczymy także w Japonii. Statystyka jeszcze wyraźniej nie działa na korzyść GPW. Tu obroty mocno skaczą w zależności od konkretnego dnia, ale linia trendu jest od marca spadająca.

Na głównych rynkach załamanie indeksów z pierwszego kwartału i późniejsze dynamiczne odbicie ma podobne podparcie w obrotach. Często wartość obrotów wydaje się zupełnie przypadkowa. To mocno zmniejsza przydatność tego wskaźnika dla analityków technicznych. Fundamentalistom, którzy lubią czasem popatrzeć na wykresy, obroty mogą jednak sporo powiedzieć. Choćby to, że w przypadku braku mocnego pogorszenia globalnych nastrojów GPW ma duże szanse rosnąć szybciej niż największe rynki świata.

Obroty tracą na znaczeniu

Piotr Kuczyński , główny analityk Xelion

Analiza techniczna wymaga, by uznać kierunek (wektor) indeksu za wiarygodny wtedy, kiedy jest poparty wzrostem obrotów. Analiza wymaga też odpowiedniego układu obrotów dla potwierdzenia wielu formacji technicznych. Problem w tym, że od dłuższego czasu te zależności tracą na znaczeniu. Widać to szczególnie dobrze na GPW, gdzie często poważny ruch rozpoczyna wzrost lub spadek przy małych obrotach. A jak to jest teraz w USA?

Okazuje się, że podobnie. Na przykład średnia wolumenu podczas ostatnich, wzrostowych dni była jedynie o niecałe 5 proc. wyższa od poprzedniego spadkowego tygodnia i o 30 proc. wyższa od poprzedniego. Ten tydzień z kolei kończył się dniem wolnym, co bardzo aktywność zmniejszyło. Porównałem też dwa najbardziej ostatnio "bycze" dni (13 i 15.07) z najbar-dziej "niedźwiedzimi" (15 i 22.06). Praktycznie nie ma różnicy. Wniosek? Owszem, wzrost wolumenu potwierdza kierunek, ale znaczenie prognostyczne tego wskaźnika maleje. Nie ulega jednak wątpliwości, że w dłuższym okresie bezpieczniejszy jest rynek byka lub niedźwiedzia poparty większą aktywnością graczy.

tab1tab1
 tab2tab2

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adrian Boczkowski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Inwestorzy powoli wracają na giełdy