Inwestorzy wypatrują zwyżki wynikającej z efektu stycznia

Piotr Kuczyński
05-01-2004, 00:00

Nie przypuszczam, by ewentualna korekta w USA oznaczała koniec wzrostów. Zbliżających się sezon wyników kwartalnych może być bardzo dobry.

Z Ameryki

Ostatnie dwa tygodnie roku na giełdach amerykańskich były jednym wielkim strojeniem okien wystawowych przez fundusze. Indeksy rosły na bardzo małym wolumenie. Wyciąganie z tej zwyżki wniosków nie ma wielkiego sensu. Właściwie należy rozstrzygnąć jedną kwestię - czy nastąpi tzw. „efekt stycznia”, czyli zwyczajowy wzrost indeksów na początku roku. Taki efekt następuje, dlatego że fundusze po zamknięciu roku uzupełniają portfele akcjami spółek, które uważają za perspektywiczne.

Musimy jednak rzucić okiem na fundamenty, bo nie można dać się znieczulić kończącej rok szarży byków. Na początku roku fundamenty powinny zacząć odgrywać dużą większą rolę, niż w zeszłym. W 2003 roku najważniejsze były nadzieje, a teraz inwestorzy będą oczekiwali realiów. W szale kończącego rok „window dressing” praktycznie pozostały niezauważone niedźwiedzie sygnały płynące z makroekonomii. Znacznie spadły listopadowe zamówienia na dobra trwałego użytku. Wydatki Amerykanów w listopadzie wzrosły znacznie mniej niż oczekiwano. Wszystko to przed świętami, kiedy wydatki i zamówienia powinny bić rekordy. Ostatnia wartość indeksu nastroju mierzonego przez Uniwersytet Michigan była gorsza niż poprzednia. I to przy tak doskonałych danych makro i rosnących indeksach giełdowych. Grudniowy indeks zaufania konsumenta spadł, listopadowa sprzedaż domów na rynku wtórnym spadła o ponad cztery procent, a liczba nowych wniosków o kredyty hipoteczne spadła do poziomu najniższego w 2003 roku. Na tle tych danych indeks ISM (pokazujący sytuację w części produkcyjnej gospodarki) prezentował się wyjątkowo dobrze. Wzrósł do poziomu największego od ponad 20 lat. Co bardziej istotne wzrósł również subindeks zatrudnienia. Można wyciągnąć wniosek, że przemysł uwierzył w trwałe ożywienia gospodarcze i produkcja rozkręca się, ale konsument amerykański wcale nie jest tak optymistycznie nastawiony, jak chcieliby tego politycy i biznes. Uważam, że rynek pracy chwilowo się poprawi, ale nie na tyle, by znacznie zwiększyć konsumpcję.

Teraz nowym straszakiem (oprócz terroryzmu) będą rynkowe stopy procentowe. Fakt, że po danych o indeksie ISM rentowność obligacji mocno wzrosła, ale w drugiej połowie 2003 była sporo wyższa i nikogo to nie wystraszyło. To może być jednak wygodny pretekst do wywołania korekty, szczególnie jeśli nastąpi wybicie z flagi, a rentowność 30-letnich obligacji przekroczy 5,45 proc. Jednak nie przypuszczam, by ta korekta oznaczała koniec wzrostów. Wszystkie dane z końca roku pokazują, że zbliżających się sezon wyników kwartalnych będzie bardzo dobry (w tym tygodniu zacznie go Alcoa). Trzeba zauważyć, że spółki dawały bardzo mało ostrzeżeń. Wydaje się mało prawdopodobne, by nie było gry pod wyniki. Wystarczy popatrzyć na japoński Nikkei, czy na indeks sektora półprzewodników w USA (SOX), by zobaczyć, że powstają formacje kontynuacji – w obu przypadkach duże flagi. Oczywiście to mogą być pułapki, tak jak poprzednio pułapkami była formacja RGR (Nikkei) czy podwójnego szczytu (SOX), ale trzeba te wykresy bacznie obserwować. Prawdziwy problem czeka indeks szerokiego rynku S&P 500 na poziomie 1185 pkt – to 50 proc. zniesienia całej bessy lat 2000-2002 bessy. Trzeba pamiętać, że indywidualni inwestorzy wstrzymywali się ze sprzedażą akcji pod koniec roku z powodów czysto podatkowych. Teraz mogą zacząć sprzedawać, a to wywołałoby korektę. Byłoby to bardzo logiczne, bo wzrosty na małym wolumenie na tej wysokości indeksów powinny zostać odchorowane. Zakładam jednak, że jeśli nastąpi korekta, to powinna być ona okazją do kupna akcji przed sezonem wyników.

Z Polski

Na naszym rynku w ciągu ostatnich 2 tygodni roku indeksy rosły. Trzeba jednak brać pod uwagę to, że olbrzymią większość tego wzrostu indeks zawdzięcza śmiesznej sesji piątkowej, kiedy to kursy mocno poszły w górę na bardzo małych obrotach.

Dane makro z końca roku nie sygnalizują, że ożywienie w Eurolandzie nie dotarło do większości Europejczyków. Na całym świecie, łącznie z Polską, obserwuje się takie zjawisko. Ludzie boją się o swoje miejsca pracy, a poprawy na rynku pracy nie widać. Niewątpliwym pozytywem w wielu krajach był eksport. Politycy i ekonomiści mówią, że mocne euro nie szkodzi eksportowi, a w 2004 roku wzmacniająca się gospodarka amerykańska przedłuży eksportowy boom. Jednak w 2003 roku euro drożało stopniowo, a co będzie, jeśli zacznie się panika? A na rynku walutowym sytuacja jest bardzo trudna. Naprawdę jest już blisko do paniki, a spekulanci walutowi nie spoczną, dopóki nie zobaczą przerażenia w oczach bankierów z ECB i nie wywołają interwencji walutowej. Pamiętajmy, że zazwyczaj długotrwałe wzrosty kończą się paniką krótkich pozycji, a długotrwałe spadki paniką długich. Dlaczego w tym przypadku ma być inaczej?

Nasze dane makro były całkiem dobre. Wskaźnik wyprzedzający koniunktury BIEC, informujący o przyszłych tendencjach w gospodarce, wzrósł w listopadzie o 1,6 punktu. Pisałem już o tym, że ten wskaźnik jest bardzo wiarogodnym narzędziem pokazującym, co będzie się działo w przyszłości w polskiej gospodarce. Po dwóch miesiącach spadku wzrósł, co sygnalizuje, że po słabszym czwartym kwartale przyjdzie niezły styczeń. W dalszym ciągu napływają doskonałe dane o naszym eksporcie, a słaby złoty powinien nadal eksporterom sprzyjać. Poza tym na całym świecie, a szczególnie u nas, będzie więcej dni pracy w porównaniu z zeszłym rokiem. W Niemczech w zależności od regionu od 3 – 5 dni (to ma przynieść wzrost PKB o 0,6 pkt proc.). U nas będzie jeszcze lepiej. Może nie ze względu na dni wolne, ale przede wszystkim dlatego, że praktycznie nie będzie przedłużonych weekendów tak paraliżujących działalność gospodarczą. W tej sytuacji wykonanie prognozy ponad 5-proc. wzrostu PKB nie powinno być trudne.

Przed nami jednak ciężki kwartał. Czekają nas problemy budżetu, słabe zyski spółek za czwarty kwartał (choćby z powodu obniżania ich po to, by oszczędzić na podatku) i niepewność wynikająca z oczekiwania na to, czy plan wicepremiera Jerzego Hausnera zostanie przyjęty. Niepokoje społeczne będą się nadal utrzymywały. Jerzy Hausner zaprzeczał przed świętami, że podpisanie umowy z kolejarzami było wymuszone strajkiem. Zobaczymy, co teraz z tym pasztetem zrobi Senat. Jeśli się ugnie, to po kolejarzach przyjdą następni. Jeśli się nie ugnie, to będziemy mieli strajk generalny na kolei. To wszystko nie zapowiada dobrego stycznia.

Czy nasze indeksy mogą rosnąć, jeśli w USA rozpocznie się korekta? Mogą, ale pod warunkiem, że nie będzie to korekta gwałtowna. W końcu przecież nasz rynek pauzował w ostatnich dniach roku, a amerykański bił rekordy. Jest jednak jeden, bardzo poważny minus. Nieciekawie wygląda sytuacja oglądana przez pryzmat wskaźnika Wigometr, którego wartość jest bliska osiąganych w jego krótkiej historii szczytów. Niezwykle mała niska liczba niedźwiedzi (12 proc.) i 50 proc. byków ostrzegają, że w nadchodzącym tygodniu najbardziej prawdopodobny jest początek korekty. Wszyscy czekają na wzrosty, więc nikt nie kupuje akcji, bo już je ma w portfelu. W tej sytuacji, pozostając optymistą jeśli chodzi o pierwszą połowę roku, muszę zakładać, że w tym tygodniu, jeśli nawet wypracujemy jakąś zwyżkę, to nie będzie ona tak duża, jak się optymistom wydaje.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Piotr Kuczyński

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / / Inwestorzy wypatrują zwyżki wynikającej z efektu stycznia