Inwestuj pasywnie, pilnuj aktywnie

Materiał Partnera
opublikowano: 26-09-2016, 10:40

Fundusze inwestycyjne zostały pomyślane jako pasywna forma inwestowania dla tych wszystkich, którzy nie mają czasu, chęci ani ochoty obserwować codziennie setek zmieniających się kursów akcji czy obligacji

Wpłacasz pieniądze do funduszu i pozwalasz zarządzającym dla siebie pracować. To oni mają za zadanie spotykać się z prezesami spółek, tworzyć jak najbardziej efektywne modele zarządzania, kupować i sprzedawać różnego rodzaju aktywa. Ty jako klient końcowy powinieneś wyłącznie spijać śmietankę. Tak powinno być w teorii. Człowiek ma jednak swoje przeróżne ograniczenia — jest chciwy, niecierpliwy, chciałby zarabiać więcej i szybciej. Ponieważ fundusze najczęściej podążają za trendem rynkowym, nie powinno być zaskoczeniem, że jednostki uczestnictwa również podlegają wahaniom. Okresowo zmiany te mogą być na tyle silne, że trudno jest je zaakceptować lub bardziej aktywni inwestorzy zaczynają spekulować jednostkami funduszy, próbując rozpoznać, kiedy będzie szczyt lub dołek notowań. To drugie podejście stało się z czasem bardzo popularne, choć stanowiło niejako zaprzeczenie idei funduszu jako pasywnego i biernego sposobu inwestowania. Inwestor, który zamierza szukać najlepszych momentów kupna lub sprzedaży jednostki i obserwuje codziennie notowania, zaczyna spekulować na zmianach cen i w wielu przypadkach, jeśli już poświęca ten czas, byłoby lepiej, gdyby robił to na rynku bazowym.

Czy istnieje prosty sposób pilnowania własnego portfela, tak aby nadal korzystać z idei pasywnego inwestowania w funduszach i nie obserwować codziennych notowań, frustrując się zmianami o kilka procent i obawiać, że oto może właśnie przychodzi większa bessa? Doświadczeni gracze na wielu rynkach przed każdą transakcją mają ustalony plan działania, który umożliwia im sprawne podjęcie decyzji, kiedy zamknąć nieudaną inwestycję. Są to często bardzo wyrafinowane strategie, a ich szczegóły zależą od stylu działania, od rynków, na jakich się inwestuje, i wielu innych czynników.

Wiemy z historii, że fundusze akcji potrafią stracić ponad 50 proc. Jeśli wszystkie pieniądze zainwestujemy w taki rodzaj funduszu i nie będziemy mieli planu działania na wypadek niekorzystnych zdarzeń, może się okazać, że czekają nas długie lata, zanim zarobimy nasze 100 proc., żeby odzyskać zainwestowane na początku pieniądze (lub to, co fundusz już wcześniej dla nas zarobił). Warto więc być przygotowanym i mieć swój plan.

Wyznaczmy na początku obszar procentowej straty jako granicę tolerancji dla spadków. Z doświadczeń wynika, że najlepsza strefa to 15-20 proc. Ta granica to moment, w którym należy zamknąć inwestycję, akceptując dotychczasowe straty. Ma to na celu zapobieżenie jeszcze większym stratom.

Nie wiemy, czy rynek dalej będzie spadał. Jeśli tak się nie stanie — trudno. Popełniliśmy błąd. Ale jeśli mieliśmy rację, ochronimy nasze pieniądze przed zbyt wielkim spadkiem wartości. Inwestycja w fundusze powinna być długoterminowa, dlatego nie zalecam reagowania na codzienne zmiany jednostek. Wystarczy zerknąć raz na tydzień, a czasem raz na miesiąc. To jest esencja proponowanej strategii. Wystarczy obserwować notowania raz w miesiącu i dokonać określonych korekt. Koniec z codziennym obgryzaniem paznokci i obserwowaniem, jak kursy dołują.

Przejdźmy do szczegółów strategii. Na koniec każdego miesiąca sprawdzamy wartość naszej inwestycji w fundusz akcji i liczymy, czy przypadkiem od ostatniej najwyższej wyceny nie stracił więcej niż 15 proc. Ta wartość jest umowna, może to być 20 proc., a może nawet 25 proc. Z naszego doświadczenia wynika, że w przypadku funduszy, gdy spadki zaczynają być silniejsze niż 15 proc., na rynku zbliżają się niemałe kłopoty. Natomiast znajomość psychologii inwestorów podpowiada, że straty większe niż ten wyznaczony próg prowadzą do bardzo wielu komplikacji i stresów.

Jak może wyglądać nasze działanie w praktyce? Zainwestowaliśmy 100 zł w fundusz akcji. Na koniec kolejnych sześciu miesięcy wartość naszego portfela wynosiła: 96, 103, 108, 104, 122, 118 zł. W siódmym miesiącu nastąpił spadek do 102 zł. Dotychczasowe maksimum wyniosło 122 zł, więc spadek do 102 zł oznacza stratę 16,3 proc. To więcej niż założone przez nas 15 proc. Składamy dyspozycję umorzenia jednostek lub przeniesienia ich w bezpieczniejsze miejsce (na przykład do funduszu obligacji lub pieniężnego — ta opcja będzie rozsądniejsza z uwagi na podatki, napiszę o tym w dalszej części). Uchroniliśmy nasze pieniądze przed potencjalnym dalszym spadkiem. No dobrze, ale co dalej? Jak wrócić na rynek? Tym razem musimy obserwować zachowanie jednostek funduszu i sprawdzać, czy spadki się skończyły i nastąpił powrót zwyżek. Znów powinniśmy wyznaczyć sobie próg graniczny. Tym razem niech będzie to 10 proc. od dołka liczonego na podstawie wycen na koniec miesiąca. Może być również 15 proc., ale wówczas będziemy mieli dłuższe okresy pozostawania obok rynku. Patrzymy co miesiąc na wycenę jednostek. Dla uproszczenia niech ich wartość będzie kontynuacją poprzednich liczb. Kolejne pięć miesięcy wygląda następująco (po spadku do 102 zł): 101, 104, 97, 99, 108 zł. Dołek nastąpił przy 97 zł, po czym dwa miesiące później rynek znalazł się 11,3 proc. wyżej, na poziomie 108 zł. Kupujemy.

Jak mogłyby wyglądać wyniki takich działań, na konkretnym przykładzie pokazuje diagram. Widać na nim wycenę jednostek przykładowego funduszu akcji od 1997 r. do sierpnia 2016 r., czyli tego, jak wyglądałby przebieg naszej inwestycji, gdybyśmy inwestowali metodą „kup i trzymaj”. Druga linia to wynik naszej strategii. Różnica w wartości końcowej jest przede wszystkim efektem tego, że przez dwa okresy silnych spadków pozostawaliśmy z gotówką w ręku. Podkreślę jeszcze raz, że istotą tej strategii nie jest próba sprzedaży wyłącznie na szczytach i kupna na dołkach. Nikt do końca nie wie, kiedy pojawia się najwyższy punkt w wycenie i najniższy, gdy należałoby dokonywać odpowiednich transakcji.

Zadaniem tej strategii jest ochrona kapitału przed największymi spadkami. Metoda ta jest dość bierna — bierze pod uwagę wyłącznie dane na koniec miesiąca, co sprawia, że założona strata jest często większa niż 15 proc. (w tym konkretnym wypadku było to nawet 28 proc.). Ponadto, na rynek wracamy później niż po 10-procentowym wzroście (tym razem było to 25,7 proc.). Można ten sposób udoskonalić, patrząc na wyceny cotygodniowe lub codzienne, ale wówczas będzie to już inwestowanie bardzo aktywne, na co nie każdy posiadacz jednostek funduszy ma czas i ochotę.

Grzegorz Zalewski
ekspert DM BOŚ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Materiał Partnera

Polecane