Obalamy górnicze mity

Jak to możliwe, że prywatny inwestor chce kupić kopalnie, które państwo przeznaczyło do likwidacji? Czy ktoś tu jest frajerem?

Krzysztofowi Domareckiemu się opłaca, a państwu nie? Takie pytanie wywołała niespodziewana oferta inwestora przejęcia trzech nierentownych kopalni Kompanii Węglowej. Odpowiedź brzmi… tak. Wyjaśniamy, dlaczego

Jak to możliwe, że prywatny inwestor chce kupić kopalnie, które państwo przeznaczyło do likwidacji? Czy ktoś tu jest frajerem? Takie pytania wywołała niespodziewana oferta, z którą w poniedziałkowy wieczór wystąpił Krzysztof Domarecki, twórca chemicznego koncernu Selena. Ogłosił, że byłby zainteresowany przejęciem trzech kopalni z czterech, które bankrutująca Kompania Węglowa (KW) uznała za trwale nierentowne i przeznaczyła do likwidacji. — Nie znam dokładnie stanu majątkowego Krzysztofa Domareckiego, ale to człowiek z sukcesami biznesowymi. Można założyć, że jego motywacje mają charakter czysto biznesowy— zauważa Jan Dziekoński, menedżer z firmy doradczej Roland Berger. Trudniej powiedzieć to samo o motywacjach Janusza Palikota, polityka i byłego przedsiębiorcy. Też zadeklarował chęć uzdrowienia kopalni, ale rynek zdaje się nie brać go poważnie. Poważnie należy natomiast potraktować pytanie, dlaczego prywatny inwestor ma nadzieję odnieść sukces tam, gdzie państwowa spółka nie chce już prowadzić działalności.

Cztery kopalnie wybrane przez KW są trwale nierentowne.

To kwestia definicji „trwałej nierentowności”, a także wiary w jakość wyliczeń, umieszczonych w rządowym planie naprawczym dla KW. Józef Wolski, prezes Kopeksu (planującego budowę własnej kopalni węgla), podkreśla, że parametry, które wziął pod uwagę rząd, mogą być inne od tych, które uwzględnia inwestor prywatny. Zwłaszcza że inwestor tych kopalni jeszcze nie przebadał. — Gdyby rząd zdecydował się wziąć na siebie część zobowiązań związanych z funkcjonowaniem kopalni, np. kosztów pracowniczych, dla inwestora oznaczałoby to istotną poprawę perspektyw biznesowych — zauważa Józef Wolski. O rentowności decydują też inwestycje. KW na nie nie stać, bo co miesiąc generuje 200 mln zł straty. — Nie ma szans ani na pozyskanie kredytów, ani na bezpośrednie dokapitalizowanie przez skarb państwa, bo to dozwolone jest tylko w przypadku zamykania kopalni. Musi też sobie radzić z bagażem kosztów społecznych — dodaje Jan Dziekoński z Roland Berger.

Krzysztof Domarecki chce kontynuować wydobycie węgla.

Niekoniecznie. W oficjalnych wypowiedziach biznesmen podkreśla wprawdzie, że zamierza „kontynuować działalność górniczą”, ale w rozmowach dodaje, że stawia przede wszystkim na rozwój technologii, a konkretnie — na pozyskiwanie metanu z pokładów węgla. Nie precyzuje, o której technologii myśli, ale menedżerowie z branży twierdzą, że od dawna interesuje się możliwościami podziemnego zgazowania węgla. To technologia, która po pierwsze — nie wymaga dużego zatrudnienia, a po drugie — na poziomie globalnym jest dopiero w fazie testów. Jeden z węglowych menedżerów dodaje, że gdyby Krzysztof Domarecki chciał kontynuować wydobycie, to pewnie i tak zmieniłby technologię, stawiając na tzw. eksploatację pasową — tańszą, ale mniej dokładną, tzn. marnującą część zasobów.

Po likwidowane przez KW kopalnie ustawiła się kolejka inwestorów.

Krzysztof Domarecki jest jedynym chętnym — chyba że za poważną uznać ofertę Janusza Palikota. Prywatny kapitał, jeśli interesuje się polskim węglem, to woli albo budować kopalnie od podstaw (jak np. australijska PD Co czy polski Kopex), albo przejmować zamknięte, by je ponownie uruchomić (tak zrobili Czesi w PG Silesia, a zamierzają — Australijczycy w Nowej Rudzie). Wspólnym mianownikiem jest brak obciążeń socjalnych dla inwestora. W Kopeksie mówią, że nigdy nie chcieliby angażować się w zakup kopalni od KW. Za dużo zobowiązań, umów, dokumentacji, gwarancji, kłopotów. — Szanse na porozumienie byłyby niewielkie — uważa Krzysztof Jędrzejewski, właściciel Kopeksu.

Polska potrzebuje węgla z zamykanych kopalni.

Dziś to nieprawda. W Polsce mamy do czynienia z nadpodażą węgla kamiennego. W listopadzie na zwałach leżało 8,2 mln ton węgla, do tego taniejący rubel czyni węgiel rosyjski coraz bardziej konkurencyjnym. — Polski rynek jest jak beczka, która pomieści 60 mln ton węgla rocznie. Na więcej po prostu nie ma zbytu, a wszelka nadwyżka musi trafić na zwały — emocjonuje się Mirosław Taras, były prezes KW. Na dodatek najłatwiej znaleźć klientów na węgiel najtańszy, np. z lubelskiej kopalni Bogdanka, która ma przewagę geologiczną nad Śląskiem, lub z importu. — Albo zatem nauczymy się fedrować bardzo tanio, albo zamrozimy kopalnie. Innego wyjścia dla śląskiego węgla nie ma — uważa Mirosław Taras. Czy w przyszłości popyt na węgiel wzrośnie? Były szef KW w to wątpi. Ale przekonuje, że zamrożone kopalnie warto mieć pod ręką.

Nowy inwestor jest gotów wziąć kopalnie z dobrodziejstwem inwentarza.

Nieprawdopodobne. Już w pierwszych wypowiedziach po ogłoszeniu oferty dla KW Krzysztof Domarecki sygnalizował, że nie obejdzie się bez restrukturyzacji, zarówno w obszarze zatrudnienia, jak i technologii. — Inwestor na pewno nie kupi kopalni bezwarunkowo. Przypuszczam, że zażąda czystej kartki, czyli aktywów nieobciążonych zobowiązaniami, deputatami etc. Zapomnijmy też o pięciodniowym tygodniu pracy, oczekiwałbym raczej modelu PG Silesii, czyli siedmiodniowego, choć to też nie gwarantuje sukcesu, bo ceny węgla są niskie. Płonne są także nadzieje na utrzymanie liczebności zatrudnienia. Administrację kopalni czekają zapewne cięcia, ale pracownicy dołowi nie powinni się martwić — uważa Jan Dziekoński z Roland Berger.

Prywatne kopalnie w Polsce zarabiają kokosy, a państwowe bankrutują.

Sztandarowym przykładem kopalni prywatnej i rentownej jest Bogdanka. Sprzyjają jej jednak lubelskie warunki geologiczne. Dlatego to wokół Bogdanki inwestorzy toczą najbardziej emocjonujące boje o koncesje. Na Śląsku też da się jednak zarabiać. Najlepszym przykładem jest PG Silesia, należąca do czeskiego koncernu energetycznego EPH. Pamiętajmy jednak, że Czesi, przejmując kopalnię przeznaczoną do likwidacji, rozmawiali ze związkami stojącymi pod ścianą. I uzgodnili m.in. siedmiodniowy tydzień pracy (dla firmy, bo pracownik pracuje pięć dni w tygodniu). Tymczasem związki w KW nie chcą nawet słyszeć o sześciu dniach pracy (znów: dla firmy, bo górnik będzie pracować przez pięć dni).

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Magdalena Graniszewska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Obalamy górnicze mity