Jak po sznurku

Sylwester Sacharczuk
21-06-2006, 00:00

Nisza nie trwa wiecznie — tylko póki rynek się nią nie zainteresuje. Sztuką jest zauważyć ją wtedy, gdy inni jej jeszcze nie dostrzegli.

Kluczem do sukcesu Tomasza Sikorskiego i jego firmy Adler Agro okazał się sznurek do maszyn rolniczych. Po 11 latach działania przedsiębiorstwo należy do liderów branży w północno-wschodniej Polsce.

Sikorski, z wykształcenia prawnik, pracował m.in. w kancelarii patentowej w Stanach Zjednoczonych. Z rolnictwem nie miał nic wspólnego. Aż do 1995 roku.

— Spotkałem wtedy kolegę. Przekonał mnie, że są szanse na zarobienie niezłych pieniędzy na sznurku dla rolników. Brakowało go jeszcze za komuny, ale potem też ciągle go nie było — opowiada Sikorski.

Swoje wystali

Założył firmę z Krzysztofem Skreczką. Niebawem dołączył do nich Marek Kakareko. Firma mieściła się w prywatnym mieszkaniu, a pierwszy magazyn w wynajętym garażu.

— Produkcja nie zaspokajała potrzeb. Oblegaliśmy fabryki i musieliśmy wystać swoje w kolejkach, ale się opłacało. Czasem przebitka była nawet 100-procentowa. Ale niektórzy się na tym przejechali — za wszystkie pieniądze kupili zapas sznurka, tymczasem rynek się nasycił, ceny spadały i zostawali z towarem. My tego uniknęliśmy — opowiada Sikorski.

Musieli jednak poszerzyć działalność. Zaczęli sprzedawać środki ochrony roślin i części zamienne. Dołączył do tego skup zbóż i rzepaku. Teraz najintensywniej rozwija się sprzedaż maszyn rolniczych.

— To produkty drogie, z wysoką marżą, dlatego mocno podkręcają obrót. Maszyny mają przyszłość, choćby z tego względu, że rynek w tym regionie Polski jest nimi słabo nasycony. A razem z maszynami będą szły części zamienne — mówi Sikorski.

Kupują za pożyczone

Wśród maszyn rolniczych najlepiej idą kosiarki, zgrabiarki i przetrząsacze.

— Czyli to, co związane z łąkami i trawami. Nasz region jest nastawiony na produkcję mleczną i dlatego ten dział maszyn rozwija się najlepiej. I oczywiście nie mija popyt na ciągniki — mówi Sikorski.

Prezes Adler Agro podkreśla, że na branży rolniczej niezwykle trudno się dorobić.

— Rolnik nie jest bogaty, co pośrednio uderza także w nas — mówi Sikorski.

Maszyny kupuje jednak coraz więcej gospodarzy.

— Aż 70 proc. sprzedanych przez nas maszyn rolnicy kupili dzięki dofinansowaniu z Unii. Pozostali korzystają z kredytów rolniczych i coraz częściej z leasingu. Mało kto płaci tylko z własnych pieniędzy — opowiada Sikorski.

Kontrola za kontrolą

W żadnej innej podlaskiej firmie w ubiegłym roku nie było tak dużej dynamiki eksportu. Adler Agro zanotowało tu wzrost aż o 2402 proc. Wartość eksportu wyniosła prawie 400 tys. zł.

— Wcześniej eksport nie był u nas pokaźny, stąd ten wzrost. Wysłaliśmy za wschodnią granicę dużo maszyn i części zamiennych, jednak skok wynikał głównie ze sprzedaży zboża na Litwę — wyjaśnia Sikorski.

Szefowie uważają, że jeszcze kilka lat temu znacznie prowadziło się działalność w tej branży.

— Teraz w każdym miesiącu mamy średnio dwie kontrole. W sumie wizytuje nas siedem różnych instytucji. To niezrozumiałe. Dochodzi do absurdów. Jeden obrót jednym towarem kontrolują cztery różne instytucje. Nie jestem przekonany, czy właśnie na tym ma polegać tanie państwo — mówi Tomasz Sikorski.

Przyszłość w rzepaku

Prezes Adler Agro wiąże duże nadzieje z wejściem na rynek biopaliw.

— Chcielibyśmy otworzyć skup rzepaku na potrzeby dużych firm, a potem uruchomić tłocznię i zwiększyć jego uprawę na naszym terenie. Bajkami okazały się opinie, że biopaliwa niszczą silniki. Dzisiaj wiemy, że do ciężarówek czy traktorów można lać nawet czyste estry rzepakowe. To nasza szansa — podkreśla Tomasz Sikorski.

Na przyszłość rolnictwa patrzy bardzo optymistycznie.

— Nie powinno być źle. Według prognoz ciężar unijnej produkcji zacznie się przesuwać coraz bardziej na wschód. Na razie największy jest w Niemczech i we Francji, ale za kilka lat główne hodowle i uprawy będą również w Polsce. A to dobrze rokuje, również dla nas — mówi Sikorski.

Prezes podkreśla, że życie to nie tylko praca — trzeba też znaleźć miejsce na jakieś hobby.

— Jeśli tylko mam czas, jeżdżę na polowania. Niekoniecznie muszę coś ustrzelić, ale przynajmniej pochodzę sobie po lasach czy polach. Na świeżym powietrzu czuję się świetnie i być może dlatego tak lubię tę branżę — uśmiecha się Sikorski.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Sylwester Sacharczuk

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / / Jak po sznurku