Jak z populistów zrobić liberałów

Beata Tomaszkiewicz, Paweł Kubisiak
22-05-2006, 00:00

Nie udało nam się uzdrowić finansów publicznych i dokończyć reformy podatkowej oraz zliberalizować rynku pracy — twierdzi Leszek Balcerowicz, szef NBP.

„Puls Biznesu”: Przed 15 laty byliśmy liderem w reformach gospodarczych w naszym regionie Europy. Dziś tracimy przewagę nad Słowacją czy Estonią. Co poszło nie tak?

Leszek Balcerowicz, prezes NBP: W roku 1989, 1990 i 1991 rozpoczęliśmy przemiany, których efekty doskonale teraz widać. Później reformy były w jednych dziedzinach lepiej, w innych gorzej kontynuowane... Inne kraje nie próżnowały. Z gospodarką jest jak ze sportem. Lepsze wyniki osiągają ci, którzy więcej trenują. I stają się sprawniejsi.

Jak Słowacja.

Za rządów Meciara kraj ten pozostawał w tyle. Kiedy układ rządzący się zmienił i reformatorzy zastąpili populistów, Słowacy nadrobili stracony czas. I teraz — pod względem konkurencyjności i wzrostu gospodarki — znajdują się w czołówce naszego regionu. W ostatnich latach zreformowali się bardziej niż my i osiągnęli korzyści.

Niewątpliwie do liderów przemian należą również kraje nadbałtyckie — Litwa, Łotwa i Estonia. Litwa na przykład w ostatnich latach przeżywa okres przyspieszonych reform w finansach publicznych — reform, które zablokowano w Polsce. I właśnie te zmiany przyczyniły się do jej silnego wzrostu gospodarczego.

Sekret wzrostu gospodarczego tkwi w konsekwentnej kontynuacji reform. Niby oczywistość.

Jeżeli społeczeństwo wybiera swoich przedstawicieli tak, by dać szansę reformom, to po pewnym czasie widać efekty nie tylko w suchych liczbach, jak wzrost PKB, ale też w spadku bezrobocia, wyższym poziomie życia i międzynarodowym prestiżu państwa. Jeżeli natomiast daje się szansę populistycznym programom, rezultaty są odwrotne.

Czy zatem nie zmarnowaliśmy ostatnich 17 lat?

W żadnej mierze nie można tak mówić! Kiedy porównać Polskę z pozostałymi krajami Europy Środkowo-Wschodniej, rzuci się w oczy, że wciąż jesteśmy w czołówce pod względem przyrostu PKB od 1989 r. Ale kilka krajów nas wyprzedziło w tempie wzrostu, gdyż wyprzedziło nas w prorynkowych reformach.

I w ograniczaniu bezrobocia.

Nasze problemy — w tym długofalowe, wysokie bezrobocie — nie są rezultatem przemian wolnorynkowych, ale przeciwnie — zahamowania niektórych z nich. Wykorzystywany przez populistów mit głosi, że wysokie bezrobocie to efekt wolnorynkowych zmian. Fałsz! Wystarczy spojrzeć na kraje wysokorozwinięte. Najwyższe bezrobocie odnotowujemy we Francji, Niemczech i we Włoszech — tam, gdzie interwencjonizm państwowy poważnie ograniczył i zdeformował rynek pracy, doprowadził do nadmiernie wysokich podatków. Cierpią na tym ludzie, zwłaszcza biedniejsi. Podobnie w Polsce — zablokowanie reform finansów publicznych oraz liberalizacji, zwłaszcza prawa pracy, również u nas jest główną przyczyną bezrobocia.

Jakie popełniliśmy największe błędy w ciągu ostatnich 17 lat?

W pierwszym okresie przemian udało się nam zrobić bardzo dużo. Przede wszystkim przekształcono gospodarkę z nierynkowej w rynkową. Ustabilizowaliśmy złotego, wprowadziliśmy jego wymienialność i otworzyliśmy Polskę na świat. Potem niektóre reformy kontynuowano, ale do dziś nie udało się w pełni uzdrowić finansów publicznych i dokończyć reformy podatkowej, zliberalizować rynku pracy. Plan Hausnera był Polsce bardzo potrzebny, ale Sejm zaakceptował jedynie jego część, a po ostatnich wyborach zaczął się odwrót.

Dalekie od potrzeb rozwoju okazało się też tempo prywatyzacji. Na tym tle chciałbym podkreślić wielkie osiągnięcia ministra Emila Wąsacza. To on sprywatyzował, a więc wyrwał politykom dużą część gospodarki. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby własność państwowa nadal dominowała w bankowości czy telekomunikacji...

Powiodło się także z przedsiębiorstwami — i to też dzięki prywatyzacji oraz wprowadzeniu konkurencji. Te niesprywatyzowane zwykle jej nie wytrzymywały. Ci, którzy wstrzymują prywatyzację, są pozbawieni wrażliwości społecznej, gdyż skazują ludzi na utratę miejsc pracy, bo — jak powiedziałem — firmy państwowe nie wytrzymują konkurencji z prywatnymi. Populiści zasłaniają się oczywiście „wrażliwością społeczną”, ale w gruncie rzeczy chodzi o ich uległość wobec silnych związkowych grup nacisku. No i są wrażliwi na prośby kolegów, którym trzeba znaleźć wygodne posady. Przecież w spółkach prywatnych partyjnych kolegów obsadzać nie można, a w przedsiębiorstwach państwowych — o wiele łatwiej.

Ale tempo prywatyzacji ma dziś pęd ślimaka.

Prywatyzacji wymaga zwłaszcza energetyka, przecież niedługo i tam pojawi się konkurencja. Nie ma też żadnego powodu, by nadal górnictwo pozostało upaństwowione. Kopalnie są dziś rentowne i nie ma co czekać, aż wrócą straty, gdy ceny węgla spadną. Pozostały też m.in. jeszcze szpitale i kolej — one też nie muszą być państwowe.

W finansach publicznych — także?

Reforma finansów państwa, czyli ograniczenie wydatków budżetu, to u nas dotąd chyba dziedzina najtrudniejsza do zreformowania wskutek nacisków i oporów politycznych. Dlatego wciąż mamy dwukrotnie wyższe obciążenia podatkowe, liczone jako odsetek PKB, od krajów nazywanych „tygrysami gospodarczymi”. W tamtych państwach te relacje utrzymują się na poziomie około 20 proc., a u nas wciąż to 40 proc., co typowe dla krajów nadmiernie obciążonych fiskalnie. Bez zmiany owej proporcji nie ma szans na długofalowe tempo wzrostu gospodarczego na poziomie 6-7 proc. PKB. A proszę pamiętać, że Niemcy w latach 50. i 60. rozwijały się w tempie 6-8 proc. I właśnie wtedy szybko stawały się bogate.

Biznesmeni narzekają także — od lat bez skutku — na niemiłosierny gąszcz przepisów.

Nadmierna regulacja ogranicza, a czasami eliminuje, rzecz jasna, wolny rynek. Bo jego istota polega na umowach między stronami. Kiedy zakres tych umów jest odgórnie zawężany, to — po przekroczeniu pewnego punktu krytycznego — wolny rynek po prostu przestaje być wolny. W Polsce najbardziej przeregulowany pozostaje rynek pracy — te właśnie restrykcyjne regulacje przyczyniają się do wysokiego bezrobocia.

Szczególnie szkodliwe są przepisy o płacy minimalnej: nie szkodzą osobom wykształconym, ale ludziom o najniższych kwalifikacjach. Jeżeli nie można takim pracownikom płacić mniej niż wymagana płaca minimalna, to firmom nie opłaca się ich zatrudniać.

Spójrzmy na Francję: największe bezrobocie utrzymuje się wśród młodych, zwłaszcza imigrantów. Główną przyczyną jest właśnie przeregulowany rynek pracy.

Takie zwyrodniałe systemy socjalne są forsowane pod przykrywką „wrażliwości społecznej”. Ale właśnie w ten sposób najbardziej się im szkodzi.

Recepta?

Deregulacja oraz zmniejszanie wydatków budżetu, choć rynek pracy to nie wszystko. Potrzeba jest jej również w dziedzinach związanych z inwestycjami i budownictwem, jak odrolnienie czy zakres zezwoleń budowlanych. Bo gdzie za dużo zezwoleń, tam rodzi się korupcja i paraliż. Na szczęście, według ostatnich badań Banku Światowego, wskaźniki korupcji w Polsce w ostatnich latach spadają.

Co — w pana prywatnym katalogu sukcesów — zaliczyłby pan do największych osiągnięć po roku 1989? Czego nie zaprzepaściliśmy?

Osiągnięcia są nie tylko w gospodarce: przede wszystkim mamy wolne media. I nie mówię tego dlatego, że rozmawiam z dziennikarzami... Zbudowaliśmy podstawy praworządności. W poprzednim ustroju tego nie było. Państwo prawa i decentralizacja władzy jest podstawą wszelkich pozytywnych przemian. Dlatego trzeba ich ze wszystkich sił bronić.

Wracając do gospodarki: jeśli chodzi o pieniądz — powiodło nam się w 100 procentach. Z waluty bezwartościowej i niewymienialnej, złoty stał się stabilny i w pełni wymienialny. Zawdzięczamy to głównie niezależności banku centralnego. Ogromnym sukcesem było zdecydowane otwarcie Polski na świat. Bez tego ciągle cofalibyśmy się w stosunku do Zachodu. W krótkim czasie udało nam się — właśnie dzięki otwarciu na świat — zbudować nowoczesny system bankowy.

Proste pytanie, które zadaje sobie wielu Polaków: jeśli mamy dobrą walutę, to czy warto spieszyć się z wejściem do strefy euro?

Z analiz NBP, a także Międzynarodowego Funduszu Walutowego wynika, że warto. Przyjęcie euro winno wzmocnić wzrost gospodarczy. Dlatego ci, którzy odwlekają wprowadzenie euro, po prostu szkodzą Polsce, gdyż opóźniają włączenie jednej z dźwigni przyspieszenia naszego rozwoju. By wejść do strefy euro, należy naprawić finanse publiczne i utrzymać niską inflację. A to jest i tak potrzebne dla długofalowego wzrostu.

I niezależności banku centralnego.

Ci, którzy popsuliby stabilność pieniądza w Polsce, spotkaliby się z masowym potępieniem. Moim zdaniem, popełniliby polityczne samobójstwo.

Wielokrotnie deklarował pan, że zagrożenie dla NBP i — pośrednio — stabilności złotego, stanowi właśnie specjalna sejmowa komisja śledcza do spraw sektora bankowego.

To wydarzenie bezprecedensowe, nie tylko w Polsce, ale i w całym cywilizowanym świecie. Komisję powołano wbrew opiniom konstytucjonalistów, a to dobitnie świadczy o lekceważeniu państwa prawa. Taka komisja oznacza deptanie niezależności banku centralnego. Albowiem, jeśli do tego dojdzie, to każdy następny prezes będzie miał świadomość, że decyzje sprzeczne z oczekiwaniami polityków mogą go narazić na wezwanie — z dowolnego powodu, przed specjalną sejmową komisję śledczą.

W zleconym przez „Puls Biznesu” badaniu Pentora, dotyczącym opinii Polaków o wspomnianej komisji śledczej, widać wprawdzie, że 37 proc. jest przeciwnych jej powołaniu, 27 opowiada się za, ale wielki odsetek naszych rodaków zachowuje obojętność. Pewnie w myśl zasady: „to są jakieś wojny na górze”.

O ile pamiętam, obojętnych było 22 proc. badanych — to i tak znacznie mniej niż przeciwników powołania komisji. W tym samym badaniu aż 44 proc. respondentów uznało, że powołanie takiej speckomisji śledczej to przede wszystkim polityczny instrument wymierzony w przeciwników ideowych. Biorąc pod uwagę bardzo intensywną kampanię dezinformacji i insynuacji prowadzoną przez niektórych polityków w trakcie dyskusji o powołaniu komisji, jest to sygnał, że wielu Polaków nie dało się nabrać na populizm. Ale generalnie niepokoi mnie obojętność dużej części społeczeństwa wobec państwa, połączona z wysokimi roszczeniami. Polacy — bardziej niż inne narody Europy — przyczynili się do obalenia komunizmu, ale potem jak gdyby poszli postrajkować w stosunku do własnego państwa. Tak jakby demokracja miała działać sama z siebie, samodzielnie. A przecież gdy ludzie, popierający państwo prawa, wolną gospodarkę i społeczeństwo obywatelskie, są bierni, do głosu dochodzą populiści. I psują pieniądz, prawo oraz perspektywy rozwoju, nie wspominając o atmosferze życia publicznego.

Widzi pan jakąś receptę na populistów?

Po prostu: trzeba być od nich lepszym w informowaniu, edukacji, perswazji, a to wymaga stałego profesjonalnego wysiłku wielu ośrodków. Oczywiście nie da się trafić do wszystkich, ale konieczna i możliwa jest zmiana proporcji. Ludzie, którym zależy na lepszej Polsce, muszą się bardziej — jako obywatele — napracować. Bo populistom łatwiej: odwołują się do nienawiści, zawiści, składają obietnice bez pokrycia — i trafiają do ludzi najsłabszych, żerując na ich problemach. Często niektórzy z populistów cytują nieprawdziwe liczby. I prawie nikt ich nie prostuje! Dlatego, że ich przeciwnicy nierzadko po prostu nie są przygotowani do dyskusji.

Ludzie popierający dobre i praworządne państwo muszą być bardziej aktywni, lepiej zorganizowani, bardziej profesjonalni.

Czy nie grozi nam taka sytuacja, jak w Grecji czy w Argentynie, gdzie populiści doprowadzili kraj do kryzysu?

To przykłady krajów, które powinny służyć za ostrzeżenie. Polska gospodarka jest obecnie — na szczęście — wystarczająco silna, by nie obawiać się podobnych sytuacji. Ale... Przypomnę tylko, że główną przyczyną załamania w Argentynie były chore finanse publiczne.

I rozdawanie pieniędzy?

Tak to zwykle jest... Rzadko się zdarza, by kryzys finansów publicznych wywodził się ze zbyt niskich podatków. Zazwyczaj to efekt zbyt wysokich wydatków. Odpowiedzialne rządy ograniczają wydatki, by nie rozdmuchać deficytu i nie zdławić gospodarki przez wysokie podatki. Niskie podatki to więcej pieniędzy w kieszeni u obywateli. Ludzie lepiej wydają własne pieniądze niż politycy — w ich imieniu — pieniądze budżetowe.

Jak obecna polityka gospodarcza może przełożyć się na zachowanie inwestorów zagranicznych?

W ostatnich latach Polska za mało się reformowała na szczeblu państwowym. Ale prywatni przedsiębiorcy poszli z reformami znacznie dalej. To głównie dzięki temu mamy niski deficyt obrotów bieżących, imponujące wyniki eksportu, przyspieszający wzrost gospodarczy.

Gospodarka jest odporna na polityków?

Z tą odpornością to nie tak, że raz się ją osiągnie i można spocząć na laurach. Wystarczy popatrzeć na Węgry. Są tam dwie partie: wedle utartej terminologii jedna nazywa się lewicowa, a druga prawicowa. Obie ścigają się na polu populizmu... Oba ugrupowania wyśrubowały deficyt budżetu do tak wysokiego poziomu, że grozi Węgrom kryzys.

Generalnie, gospodarka jest tym bardziej odporna na wpływy polityki, im bardziej prywatna, im mniejszy jest udział budżetu w PKB, im silniejsze są zapory przed legislacją ograniczającą wolność gospodarczą, im mocniej chroniona jest niezależność banku centralnego i innych instytucji, które powinny być niezależne od nacisków politycznych. Ostateczną gwarancją dobrych warunków dla stabilności i rozwoju gospodarki oraz wolności ludzi jest nastawienie społeczeństwa. Potrzeba więcej obywatelskiej pracy, aby w społeczeństwie przeważało poparcie dla rozsądnej polityki. Wtedy nawet populiści muszą stać się liberałami.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Beata Tomaszkiewicz, Paweł Kubisiak

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Jak z populistów zrobić liberałów