Jaka Unia, takie sukcesy…

ANDRZEJ MALINOWSKI
opublikowano: 20-12-2011, 00:00

KOMENTARZ

Parlamentarna debata o polskiej prezydencji przypominała rozmowę niewidomego z głuchoniemym. W powietrzu latały dramatyczne oskarżenia i ciężkie obelgi, zaś ich adresaci — po obu zresztą stronach — nie mieli najmniejszej nawet ochoty, by zastanowić się, czy mają one sens, czy nie. Zresztą po co. Przecież nie o rzetelną debatę tu chodziło — nie ma jej w naszej przestrzeni publicznej od wielu lat — lecz o polityczny show.

Przeciętny obserwator sejmowej i medialnej dyskusji o naszym „przewodzeniu” Unii Europejskiej, jeśli tylko śledził ją w miarę uważnie, bez wątpienia dostrzegł ten bezmiar zadęcia. Napuszonym minom towarzyszyły wielkie słowa. Z jednej strony mówiono o zdradzie stanu, z drugiej o wyzbyciu się resztek rozumu. Obraz Tuska i Sikorskiego klęczących przed Merkel i Putinem mieszał się z wizerunkiem posłanki Fotygi, broniącej niby Rejtan, krzyżem i biało-czerwoną flagą w klapie, polskiej suwerenności. Oglądaliśmy spektakl, w którym było mnóstwo widowiskowych gadżetów i didaskaliów, a niewiele rzetelnej oceny i krytycznej analizy. Nie dowiedzieliśmy się prawie nic o realnej pozycji Polski w Unii Europejskiej. Usłyszeliśmy, że ma być wielka, suwerenna, odgrywać pierwszorzędną rolę i nie pozwalać sobie na narzucanie jakichkolwiek warunków. Ma mówić NIE i na tym budować swą siłę. Ma brać pieniądze od bogatych (wszak nam się to należy za historyczne zasługi), ale broń Boże nie dawać nic na ratowanie zagrożonych (przecież sami są sobie winni). I na koniec dowiedzieliśmy się, że nasza prezydencja w Radzie Unii Europejskiej to bezpowrotnie stracona szansa, by uczynić Polskę „od morza do morza”.

Jednym zdaniem — same polityczne zaklęcia i tromtadrackie mrzonki. Pomijam fakt, że żadne państwo w ciągu pół roku — dekoracyjnego de facto „przewodzenia” — nie jest w stanie znacząco wpłynąć na bieg europejskich spraw. Może coś dokończyć i coś zacząć… W moim przekonaniu należy zupełnie inną miarą oceniać naszą rolę w Unii. Na zupełnie innej skali mierzyć nasze realne znaczenie. Jakiej? Służę przykładem. Proszę wejść na stronę http://www.dailymail.co.uk/news/ article-2072605/Portuguese-manager-forced- British-banana-packing-factory--doesn-t-speak- Polish.html.

Wiem, że mogą Państwo anegdotycznie potraktować historię Portugalczyka — menedżera pakowalni bananów w Coventry — który został zobowiązany przez pracodawcę do nauki języka polskiego. Musi bowiem — jeśli chce utrzymać pracę — bez problemu komunikować się z 300-osobową, POLSKĄ załogą. Można oczywiście uśmiechnąć się i powiedzieć: ale jaja. Ale trzeba — i to polecam najbardziej zapiekłym krytykom polskiej pozycji w Unii — zastanowić się nad prawdziwym sensem słów Paulo Franco: „I wanted to change some practices in the factory but without Polish I couldn’t attempt to change anything”.

ANDRZEJ MALINOWSKI

prezydent Pracodawców RP

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: ANDRZEJ MALINOWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu