Jakbym wychodził na wojnę

Monika Witkowska
opublikowano: 03-09-2004, 00:00

Ogień i kłęby czarnego dymu... Na planie „Króla Artura” mnóstwo ludzi się zaczadziło — mimo że pracowali w maskach tlenowych. Kilka osób miało wypadki samochodowe... Ale były też miłe momenty.

Podczas kręcenia zdjęć urodziło się polskie dziecko, którego „król Artur” został chrzestnym ojcem —tak realizację filmu wspomina Sławomir Idziak, światowej sławy operator.

Światowej bez wątpienia, bo wcześniejsze dokonania — współpraca z Zanussim, Wajdą, Kieślowskim — wsparły zdjęcia w filmach Taylora Hackforda („Dowód życia”) i Ridleya Scotta (dramatyczny „Helikopter w ogniu”, za operatorską robotę dostał nominację do Oskara). I jego zdjęcia do „Króla Artura” zebrały pochwały, choć trudno tę wielkobudżetową produkcję uznać za film wybitny — nawet w swojej kategorii.

„Puls Biznesu”: Kto zaproponował Panu pracę przy „Królu Arturze”?

Sławomir Idziak, operator: Od lat jestem w tym biznesie, mam agentkę w Hollywood, która organizuje mi pracę. Znałem też już reżysera filmu. Antoine Fuqua chciał, bym zrobił zdjęcia do jego poprzedniego filmu — „Dzień próby”, ale prawie jednocześnie dostałem znacznie bardziej interesującą propozycję od Jerry’ego Bruckheimera — producenta „Helikoptera w ogniu”.

O wyborze zdecydowało wynagrodzenie?

Nie, przy wysokobudżetowych filmach to stawki podobne. Kontrakty różnią się szczegółami. Pracowałem do tej pory przy trzech filmach, których budżet wynosił 100 mln dolarów: „Dowodzie życia”, „Helikopterze w ogniu” i „Królu Arturze”. Takie filmy stanowią rodzaj inwestycji. Ryzyko niepowodzenia jest zminimalizowane. Robi się o wiele więcej zdjęć niż w produkcjach niskobudżetowych. Wszystkiego zresztą jest więcej: kamer, taśmy, statystów. Rola kamery nie jest tu jednak zbyt skomplikowana. Inna niż w Polsce pozostaje pozycja autora zdjęć. Traktuje się go bardziej jak technika. Dla mnie w filmie istotny jest scenariusz, pierwszy próg porozumienia między reżyserem a mną. W Stanach operator, który chce dyskutować o scenariuszu, ma własne pomysły — wywołuje zdziwienie.

Na pracę przy „Helikopterze” zdecydował się Pan ze względu na scenariusz czy na nazwisko reżysera?

Scenariusz jest prosty: to opowieść o zakończonej klęską akcji amerykańskiej elitarnej jednostki Delta Force w Somalii. Z Ridleyem Scottem chciałem pracować, bo interesują mnie twórcy, którzy przywiązują wagę do dramaturgii obrazu. „Helikopter w ogniu” był wyzwaniem, trudnym filmem, uciążliwym. Począwszy od miejsca, w którym kręciliśmy zdjęcia aż po samą realizację. W Maroku towarzyszył nam kurz i smród nieskanalizowanego miasta. Latające między domami helikoptery stwarzały zagrożenie dla ludzi. Czułem się, jakbym codziennie — zamiast do pracy — wychodził na wojnę.

Opłaciło się: po nominacji do Oscara posypały się propozycje.

Na ich brak nie narzekałem i wcześniej. Zrobiłem więcej filmów na świecie niż w Polsce. W Niemczech — na przykład — jestem bardziej znany niż u nas... Po „Helikopterze” najchętniej widziano by mnie w filmach akcji. Ale nie chciałbym zostać zaszufladkowany... Starannie wybieram scenariusze. Odrzuciłem ostatnio propozycję pracy przy filmie akcji z Nicolasem Cage’em w roli głównej, który miał grać handlarza bronią.

„Król Artur” to — w dużej mierze — film akcji. A nie grymasił Pan...

Owszem, „Król Artur” to film akcji, ale i historyczny film kostiumowy, oparty na legendzie. Rycerze Okrągłego Stołu są tu potomkami Sarmatów, walczącymi w obronie rzymskiego imperium. Robiony był z dużym rozmachem. Same dekoracje kosztowały 18 mln dolarów. Zużyliśmy pół miliona metrów taśmy filmowej. Zdjęcia rozpoczęły się w czerwcu 2003 roku w okolicach Wicklow w Irlandii; trwały sześć miesięcy. Pracowało 19 kamer. Ekipa operatorska składała się z Polaków, Włochów i ludzi z RPA. Jeden zespół robił zdjęcia pierwszoplanowym aktorom i istotnym elementom dekoracji, drugi — filmował całą resztę.

Jest takie powiedzenie filmowców: strzeżcie się filmów z dużą liczbą koni i dużą ilością śniegu, bo wróżą katastrofę finansową.

Byliśmy dobrze przygotowani. Chociaż, fakt, konie są żywiołem nieprzewidywalnym w filmie. Żeby pracować ze zwierzętami, trzeba znać ich psychikę. Konie się wymienia... Te, które grały w scenach walk, wystraszone wybuchami, zastępuje się innymi. Od tego są specjaliści. Mnie na przykład, kiedy stałem za kamerą, jeden z koni uderzył zadem.

A jeśli chodzi o śnieg... Zimowe plenery kręciliśmy w upale. Produkcją śniegu zajmowała się amerykańska firma Snow Business. Był zrobiony z papieru. Celulozowy proszek wydmuchiwały maszyny. W Irlandii jednak panuje nadzwyczaj zmienna pogoda i kiedy tylko zaczęliśmy kręcić film, ulewne deszcze zniszczyły przygotowany „śnieg”. Ciężarówki dowożące sztuczny biały puch oraz ciężki sprzęt grzęzły z błocie, nieustannie zmieniało sie światło...

Część scen filmowaliśmy w studiu, w Londynie — np. załamanie się lodu pod walczącymi na zamarzniętym jeziorze rycerzami. Tam rozmieszczono podnośniki hydrauliczne powodujące, że kaskaderzy zsuwają się do wody.

Co dalej?

Premiera filmu odbyła się w lipcu, a jeszcze pod koniec czerwca robiłem ostatnie zdjęcia. Jestem również wykładowcą w szkole filmowej w Niemczech...

Na razie chcę sobie zrobić przerwę w pracy przy filmie. Rok, może dłużej... Bardzo cenię swój wolny czas.

A filmy w Polsce?

Od paru lat nie dostałem propozycji pracy w kraju. Wiadomo: branża filmowa tkwi w finansowym kryzysie. Technika, jaką stosuje się w produkcjach zachodnich, jest tu niedostępna. Chociaż wielu operatorów robi rzeczy ciekawe... W polskiej telewizji złożyłem scenariusz serialu filmowego (z elementami programu publicystycznego), który chciałbym reżyserować. To nowatorska idea — tzw. telewizja wirtualna. Jeśli projekt trafi do produkcji, wrócę do Polski.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Monika Witkowska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Jakbym wychodził na wojnę