Jeden billboard kupię

Paweł Sierpiński
opublikowano: 31-03-2008, 00:00

Chcesz powiedzieć wszystkim, że kochasz Gosię? Albo że budujesz osiedle? Możesz dość tanio wykupić sobie tablicę reklamową.

Niekiedy warto się promować na tylko jednej wielkiej planszy

Chcesz powiedzieć wszystkim, że kochasz Gosię? Albo że budujesz osiedle? Możesz dość tanio wykupić sobie tablicę reklamową.

Kilka lat temu na dwóch billboardach w Warszawie pojawiło się hasło „Hejka Miki, dziękujemy”. W ten sposób pracownicy domu mediowego MindShare dziękowali swojemu byłemu prezesowi Mikołajowi Komornickiemu.

— Nośniki znajdowały się na trasie przejazdu szefa do domu. Zrobiliśmy na nim duże wrażenie — wspomina Sebastian Olszowy, partner zarządzający w MindShare Polska.

Kto i kiedy wynajmuje pojedyncze billboardy? Kilka lat temu zdarzało się szukanie w ten sposób posady. „Poszukuję pracy!!! mgr inż. mechanik”, poniżej informacja o 20 latach przepracowanych w handlu i telefon komórkowy — taki plakat wisiał np. w Krakowie. Duże nośniki wykorzystują też artyści do happeningów, a kilka miesięcy temu ekolodzy wynajęli tablicę przed Ministerstwem Środowiska, by zwrócić uwagę na problem doliny Rospudy.

— Najwięcej takich zgłoszeń dostajemy przed walentynkami albo Dniem Kobiet — informuje Marta Bryła, pełnomocnik zarządu ds. marketingu i reklamy w Cityboard Media.

Biznes niszowy

Dla firm reklamy zewnętrznej przypadki, gdy prywatna osoba wynajmuje nośnik, to jednak bardziej miły folklor niż dobry biznes.

— Takie zlecenia zazwyczaj pojawiają się w ostatniej chwili, ale staramy się je obsłużyć jak każde inne. Często tacy klienci chcą zarezerwować billboard w wybranym miejscu. Niestety, zazwyczaj jest on już zajęty przez inną kampanię. Wtedy proponujemy zamianę lokalizacji, ale nie zawsze jest to możliwe — opowiada Małgorzata Augustyniak, wiceprezes AMS.

Milej widziane jest wykupienie pojedynczego nośnika przez firmę. Najczęściej robią to deweloperzy, sieci handlowe (nierzadko wykupują jedną tablicę przy okazji innej kampanii) i centra medyczne. Na ogół chodzi o plakaty wskazujące jakąś lokalizację, np. budowane obok osiedle lub pobliski sklep.

— Takich billboardów, wykupionych na kilka miesięcy albo dłużej, mamy kilkadziesiąt w roku. Rekordzistą jest Armatura Kraków, która wynajmuje billboard od 1999 r. — informuje Dariusz Radecki, prezes krakowskiej firmy Media Billboards.

Ostatnio klient z Włoch chciał wynająć w tej firmie jeden nośnik. Tyle że plakat był ze zwykłego papieru, który po namoczeniu się niszczył.

Miejsce i czas

Sebastian Olszowy z MindShare uważa, że przy wynajmowaniu pojedynczych nośników najważniejszy jest czas ekspozycji.

— Obecnie billboardy są dość często demontowane. Wynajmując je, musimy mieć gwarancję, że zostaną w tym samym miejscu przynajmniej przez pół roku. Tylko dłuższy czas zapewnia, że kierowcy i piesi przyzwyczają się do lokalizacji — mówi Sebastian Olszowy.

W lutym 2007 r. przy jednej z głównych warszawskich ulic pojawiła się reklama, na której Piotr Najsztub i Jacek Żakowski zachęcali polityków do przychodzenia do ich programu w jednej ze stacji telewizyjnych. Dlaczego nie zdecydowali się na reklamę np. w radiu?

— Billboard może wisieć przez dwa tygodnie, a reklama w telewizji lub radiu zaraz by minęła — wyjaśnia Piotr Najsztub.

Akcja nie była jednak skuteczna. Do programu nie przyszedł żaden z pożądanych polityków.

— To była raczej wina asystentów, którzy skutecznie blokowali szefom wiedzę o naszym działaniu, a nie reklamy zewnętrznej. Może powinniśmy umieścić ten billboard naprzeciw Sejmu albo powinno być ich więcej? — zastanawia się Piotr Najsztub.

Przypuszczenie to potwierdza Sebastian Olszowy z MindShare. Jego zdaniem, decydując się na taką reklamę, trzeba mieć 100 proc. pewności, że obejrzą ją właściwe osoby. Miejsce ekspozycji musi być dokładnie przemyślane.

A jeśli przy budowanym osiedlu czy w okolicach sklepu nie ma żadnego nośnika?

— Wtedy możemy postawić tablicę i nie wpływa to na koszty kampanii. Oczywiście, jeśli miejsce jest atrakcyjne również dla nas — wyjaśnia Małgorzata Augustyniak.

Potrzebne są jednak zezwolenia m.in. Zarządu Dróg Miejskich, dlatego droga do „własnego” nośnika może okazać się bardzo wyboista.

Paweł Sierpiński

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Paweł Sierpiński

Polecane