Jestem wesołą gnostyczką

Danuta Hernik/Dziennikarze.net
opublikowano: 28-05-2010, 00:00

Hanna Bakuła mówi, że kiedy czegoś jej brakuje, namaluje to sobie albo opisze. Bo artysta to ktoś wyposażony w możliwość tworzenia nowych bytów.

Puls Biznesu: Porozmawiajmy o imponderabiliach...

Hanna Bakuła: Proszę o drugie pytanie.

Kim pani jest przede wszystkim?

Hanną Bakułą. Nie muszę mówić nic innego, to wielki sukces móc nie mówić, nie pisać na wizytówce, kim się jest. Dzwonię gdzieś, przedstawiam się i... najczęściej dostaję bardzo przyjemny odzew. Sprawa załatwiona.

Co jest pani zawodem, a co pasją? Co pracą, a co przyjemnością?

Powiem tak: o ile mogę malować dla siebie, do szuflady, to z pisaniem jest zupełnie inaczej. Nie napiszę jednej litery do szuflady. Dopóki nie mam umowy, nie dotknę klawiatury.

Jest pani nieznośna.

Nie. Pisanie traktuję jak zawód. Jestem z zawodu pisarką. A z talentu i z miłości — malarką. Z zawodu jestem też gadułą. Rozmawiaczem. Lubię rozmawiać, poznawać fantastycznych ludzi.

Lubi pani ludzi?

Inteligentnych i dowcipnych. Inni są dla mnie niewidzialni.

Jakim trzeba być człowiekiem, żeby do pani dotrzeć?

Śmiałym, bo inaczej się wkurzę. Poza tym polecanym przez kogoś. Nie muszę znać każdego. Będąc artystką, dorosłą, na własnym utrzymaniu, mogę sobie na to pozwolić. Nie mam grama cechy, którą miała moja przyjaciółka Agnieszka Osiecka, tego fraternalizowania się z każdym, zwłaszcza po alkoholu.

Więc musi pani być sama. Pracuje pani zawsze sama.

Nawet w wystawach wspólnych nie biorę udziału. Myślę, że jeżeli ktoś nie jest bardzo samotny, nie jest artystą. To taki typ. Taki wybór. Nawet jeśli z kimś jestem, to mieszkam sama. Jeśli wyjeżdżam, to do dwóch pokojów, żadnych wspólnych betów, wspólnego gospodarstwa, balastu. Ja nie gram w orkiestrze, jestem solistką. Jakby mi ktoś powiedział, że całe życie ktoś będzie mną dyrygował, tobym się chyba zabiła. Rodzina mnie przeraża. Bycie z kimś wyłącznie z obowiązku wynikającego z więzów krwi to dla mnie coś bezsensownego.

To niechrześcijańskie, co pani mówi.

Jestem wesołą gnostyczką. Uważam, że rodzina i religia mocno ograniczają człowieka. W poprzednim wcieleniu na pewno spłonęłam na stosie. Nie widzę innej możliwości.

Teraz, w dużym uproszczeniu, też się pani kwalifikuje...

W dużym uproszczeniu, ale będę się broniła, bo robię bardzo dużo dobrych uczynków.

Rozdaje pani obrazy?

Na cele charytatywne, na aukcje dobroczynne — to mój konik. Sama też prowadzę fundację Hanny Bakuły. Uwielbiam pomagać, uwielbiam komuś coś załatwiać. Zaraz pani coś załatwię. Ale w prezencie obrazy daję bardzo rzadko. Jeżeli ktoś ma zawód i żyje z tego, to nie może rozdawać. Zwykle nie daję portretów, które maluję. Jest taki zwyczaj, że portretu, tak jak psa, się nie daje. Trzeba wziąć pieniądze.

Zabawna historia… Pewien lekarz z Nowego Jorku pomagał mojej mamie. Podarowałam mu pastel, który mu się bardzo podobał. Wyrwałam go sobie spod serca. Ale chciałam mu zrobić przyjemność. Za dwa lata byłam w Kalifornii, na jakimś przyjęciu i widzę, że ten obraz wisi u pani, której też się podobał. Więc jej dał. Wolno mu. Myślę, że trzeba było mu kupić single malt whisky, a nie dawać obraz. Później jeszcze raz zdarzyło mi się coś takiego. Dałam obraz bardzo bliskiej osobie i skończyło się tak, że ma go ktoś inny, komu nigdy bym go nie dała. Teraz za coś takiego bym zatłukła. Nie lubię, kiedy ktoś sobie tymi portretami coś załatwia. Mogę opuścić z ceny, ale jest granica, której nie przekroczę. Wiadomo, nikt nie odda rysunku, za który zapłaci powyżej dwóch tysięcy. Trochę inaczej jest między artystami. Bardzo lubię obrazy kolegów malarzy, ale staramy się nie dawać ich sobie, ewentualnie wymieniamy się pracami. Uważam, że artysta artyście może coś podarować, ale nieartyście...? To już raczej perfumy.

Proszę opowiedzieć o malowaniu.

Maluje się w napięciu i w pewnym momencie już nie można zrobić ani jednej kreski. To tak, jakby się pani najadła. Przychodzi taki moment, że nie zje się już ani jednej ostrygi, nie wypije nawet pół kieliszka szampana. Koniec, dość. Tak właśnie jest z malowaniem, pracuję, ścigam się ze sobą... I nagle koniec — to bardzo przyjemne uczucie.

No, ale później, kiedy już wydaje mi się, że coś zrobiłam doskonale, to zaraz okazuje się, że ktoś to zrobił doskonalej. Stres artysty polega na tym, że dzieła są niewymierne. Sportowiec skoczy i zmierzy. Nie o to chodzi, żeby w malarstwie się ścigać, ale kiedy się widzi obraz innego artysty, to zobaczenie doskonałości w jego wykonaniu jest z jednej strony fenomenalnym przeżyciem, ale jednocześnie może doprowadzić do rozpaczy. Bóg zsyła talent, jak kolor oczu, wzrost, głos. I tego się nie da zmienić. Można sztukować, maskować, ale nie da się udawać talentu.

Porównywanie z Witkacym...

Uwielbiam. To się zaczęło w Stanach, pewna pani na jakimś moim wernisażu powiedziała, że jestem Witkacym w spódnicy. Potem, jak przyjechałam do kraju, zaproponowano mi wystawę z Witkacym i tak się jakoś przyjęło. Bardzo lubię to, co robił. Wspólne dla nas jest, że malujemy portrety, że na kolorowych tłach. Szkoda, że Witkacy nie dysponował tak dobrymi technicznie materiałami, jakie ja mam — bo i papier, i pastele są teraz znacznie lepsze. A różnimy się nie tylko płcią. Nie ma żadnego dowodu na to, że on kiedykolwiek kiwnął palcem, żeby komuś pomóc, a ja chętnie pomagam. On był dość antypatyczny, a ja jestem miła. Miał kłopoty z chodzeniem, z zębami... Jak może być sympatyczny ktoś, kogo ciągle bolą zęby? Pod koniec życia zrobił porządek z tymi zębami i wtedy wybuchła wojna... No, nie chciałabym być Witkacym, chociaż nie mam nic przeciwko porównaniu z nim.

Jak pani pracuje?

Zgodnie ze swoim rytmem — raz mi się chce, a raz nie. Teraz robię cykl kolaży o Chopinie. Będzie ich 20, pierwszego sierpnia zostaną pokazane na festiwalu w Międzyzdrojach, później w warszawskich Arkadach Kubickiego, potem pojadą do Dusznik, we wrześniu będą wystawione w galerii Marii Dziopak w Wilanowie, następnie zostaną przewie-zione do Malmö i dalej, do Nowego Jorku. Nawiasem, nie ma rzeczy o Chopinie, której bym nie przeczytała. Listy, książki, wiem o nim wszystko. Ostatnio myślę o nim bez przerwy, nawet kiedy jadę na rowerze. Wracając do pracy, jak pani wyjdzie, to siądę i będę pisała powieść.

Jaki ma pani stosunek do pieniędzy?

Mój rozum został w latach 70., kiedy można było bez nich żyć. Oczywiście, że zarabiam, bardzo ciężko pracuję, ale do pieniędzy mam stosunek skandynawski — ilekolwiek by się ich miało, nie można się nimi afiszować. Pieniądze demonstrowane są po prostu groteskowe. Pewnych rzeczy nie wypada robić. Każda rzecz, którą człowiek ma, również na sobie, określa go.

Pieniądze mogą przeszkadzać w przyjaźni?

Bardzo przepraszam, ale jestem artystką, mam inny status i tu pieniądze nie stanowią żadnego kryterium. Mam pieniądze, ale nie jestem biznesmenem i nie one określają moją wartość zawodową. I jako artystka mogę odpowiedzieć, że nie przeszkadzają w niczym. Artyści nie mają portmonetek. Moja babcia mówiła: kobiety nie mają rąk, więc nie mogą niczego nosić i za nic płacić. Natomiast różnica w zainteresowaniach, diametralnie różne gusty muzyczne, oczytanie, erudycja — to może być przeszkodą w byciu razem.

Gdzie jest pani miejsce na ziemi?

Tam, gdzie jestem. Całe życie jadę. Od szesnastego roku życia jestem w podróży. Dziewięć lat mieszkałam w Nowym Jorku, rok w Sztokholmie, dwa lata w Niemczech. Od 20 lat mieszkam w Warszawie, ale cały czas z niej uciekam. A moje podróżowanie zaczęło się od lodów. Kiedy pierwszy raz byłam w Berlinie Zachodnim zobaczyłam planszę z różnymi rodzajami lodów. Znajomy zapytał, którego chcę, a ja myślałam, że oszalał. U nas były lody Bambino. Tam wybierało się z tej wielkiej planszy. Pokazałam mu, wcisnął guzik, wrzucił markę i wyskoczył ten lód, który wybrałam. Byłam dzieckiem, spytałam, czy w tym urządzeniu są wszystkie lody, które widać na planszy. Odpowiedział, że tak. Wtedy stwierdziłam: ja chcę tu mieszkać. Zobaczyłam świat przez lody i cały czas widzę świat przez lody.

Później były czasy studenckie, byłam na Akademii, pożyczaliśmy sobie w grupie te same sto dolarów, żeby wszyscy mieli zaświadczenie o posiadaniu konta dewizowego, taki był wtedy wymóg. I jeździliśmy. I tak jadę do dziś.

Hanna Bakuła,

artystka

Malarka, portrecistka, projektantka kostiumów teatralnych, pisarka, dziennikarka, felietonistka.

Wydała 10 książek, teraz ukazała się 11. – drugi tom powieści nowojorskiej pt. "Idiotka wraca" (pierwszy: "Idiotka w Nowym Jorku").

W 1997 r. założyła Fundację Hanny Bakuły, która pomaga dzieciom z domów dziecka. Miłośniczka muzyki klasycznej, co roku organizuje Festiwal Muzyki Franciszka Schuberta w Warszawie. Stała ekspozycja malarstwa w muzeum okręgowym w Prudniku.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Danuta Hernik/Dziennikarze.net

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Jestem wesołą gnostyczką