Już mi niosą suknię z welonem

MONIKA WITKOWSKA
29-09-2016, 22:00

Katarzyna Stangrecka, współwlaścicielka Hotelu Otomin i autorka ślubnego wideobloga, wyprawiła już 120 wesel, choć sama… uciekła sprzed ołtarza.

Suknię ślubną sprowadzono aż z Paryża, rodzinny dom przybrano białymi kwiatami. Przyszli małżonkowie byli piękni i młodzi. A jednak panna młoda niemal w ostatniej chwili zrezygnowała z ceremonii. Zerwała zaręczyny, nie zwracając uwagi na protesty rodziny i rozpacz niedoszłego męża... Scena jak z filmu, ale rozegrała się naprawdę.

Zobacz więcej

Katarzyna Stangrecka Łukasz Głowala

Dziś Katarzyna Stangrecka, młoda bizneswoman i szczęśliwa mężatka, doradza na swoim wideoblogu „Na ostatni guzik” — jednym z pierwszych o tej tematyce w Polsce — jak przygotować się do ślubu, i organizuje przyjęcia weselne w hotelu Otomin niedaleko Gdańska. Jest jego współwłaścicielką i menedżerką.

Obrączki z kamienia

Blog prowadzi od ponad roku. Zaczęła od wideofilmików z przygotowań weselnych w hotelu. — Pokazywałam na przykład, jak udekorować tort, jak przystroić stoły, jakie wybrać kwiaty. Wciągnęło mnie to bez reszty. Wyprawiłam już 120 wesel. Nieraz urządzam po trzy dziennie, wtedy naprawdę jest dużo roboty, ale zawsze znajduję czas na to, żeby coś wrzucić na blog — mówi Katarzyna Stangrecka.

Hotel Otomin to miejsce znane w Trójmieście z tego, że można tam zorganizować wesele, a od niedawna nawet ceremonię ślubną. Największym powodzeniem cieszą się śluby udzielane przez urzędnika stanu cywilnego w romantycznej scenerii na pomoście.

— Niestety, wciąż żywe są przesądy dotyczące zawierania małżeństw i organizowania wesel. Choćby ten, że ślub należy brać tylko w miesiącach, które w nazwie mają literę r. Żeby więc zawrzeć związek w takich miesiącach, trzeba rezerwować terminy nawet dwa lata wcześniej, a w innych sale stoją puste — ubolewa Katarzyna Stangrecka.

Na blogu udziela też porad dotyczących ślubnej mody, np. w jakiej sukni stanąć przy ołtarzu, jak dobrać krój i kolor garnituru i na co zwrócić uwagę, zamawiając obrączki. Można się od niej dowiedzieć, że tradycja zakładania obrączek pochodzi ze starożytnego Rzymu, a kształt okręgu symbolizuje nieskończoność miłości. I tego, że gwiazdy zza oceanu coraz częściej wybierają obrączki drewniane lub kamienne. Podaje też nowinki ze świata dotyczące dekoracji stołów i wystroju wnętrz.

— Młodzi, którzy planują ślub w plenerze, coraz częściej stawiają na ekologię i naturę. Nikogo już nie dziwi, że zamiast bigosu i kotletów zamawiają na przyjęcie wegańskie potrawy. Balony, fajerwerki czy lampiony pływające po jeziorze to standard. Hitem są teraz dwumetrowe litery, z których można ustawiać napisy: imiona nowożeńców lub wyznania miłosne — opowiada blogerka.

Bez sieci ani rusz

Na wideoblogu zamieszcza także zdjęcia ze ślubów lub wesel, które chętnie udostępniają jej nowożeńcy. „Na ostatni guzik” staje się zresztą coraz popularniejszy — ponad 2 tys. nowych użytkowników miesięcznie sprawia, że zaczęli się pojawiać pierwsi reklamodawcy.

— Najpierw wpisy i filmiki, które wrzucałam na blog, były dla mnie tylko zabawą, chęcią podzielenia się z innymi tym, czym żyję i czym się pasjonuję. Ludzie nie mają czasu na czytanie długich tekstów albo zwyczajnie im się nie chce. Krótka informacja, zabawny filmik trafiają do młodych ludzi. To, że sama pokazuję się w filmikach, sprawia, iż przestaję być anonimowa. Należę do pokolenia fejsbukowego i wiem, że bez tego ani rusz — przyznaje Katarzyna Stangrecka.

Kiedy zobaczyła, że wejść jest dużo i wideoblogiem zainteresowali się reklamodawcy, dostrzegła też aspekt finansowy przedsięwzięcia. — Najczęściej zgłaszają się firmy i sklepy, które proponują rozliczenie w barterze. Ostatnio byliśmy w hotelu, który prosił nas o zamieszczenie wideorecenzji. W zamian oni polecają nasze usługi. Reklamą zaczynają się też interesować sklepy jubilerskie i salony sukien ślubnych. Ale czy skorzystam z ich oferty, jeszcze nie wiem — tłumaczy blogerka, która chce pozostać niezależna.

Siła telewizji

Do pisania bloga namówiła ją Małgorzata Rozenek, która wraz z ekipą telewizyjną serialu „Piekielny hotel” przyjechała do Hotelu Otomin, realizować jeden z odcinków programu. Na pomysł, żeby do hotelu ściągnąć twórców serialu, wpadła Katarzyna Stangrecka.

— Któregoś dnia, snując plany na przyszłość, zobaczyłam w telewizji reklamę „Piekielnego hotelu” — nowego programu na antenie TVN. Znałam już „Hotel Hell” z Gordonem Ramseyem, obejrzałam chyba wszystkie odcinki. W Polsce czegoś takiego jeszcze nie było. Postanowiłam wysłać zgłoszenie. Odezwały się osoby z produkcji, a dzień przed sylwestrem 2014 roku pojawili się u nas goście z programu. Byliśmy w trakcie przygotowań balu na 180 osób, ale postanowiliśmy się nie wycofywać. Opłacało się. Zostaliśmy wybrani na bohaterów pierwszego odcinka. To było rok temu. Wiedziałam, czego się spodziewać. Idea programu polega na wskazaniu błędów i niedociągnięć w prowadzeniu hotelu i pokazaniu możliwości zmian. Trzeba było się z tym pogodzić — wspomina Katarzyna Stangrecka.

Rewolucja zaczęła się od zmiany wystroju jednego z pokoi i położenia nowej elewacji na ścianach restauracji. Ale najważniejszym, co zasugerowali eksperci z programu, był wybór nowego kierownika hotelu. — Zastąpiłam na tym stanowisku męża — mówi Katarzyna Stangrecka. Kiedy zdecydowała się podjąć wyzwanie, rodzina zgodnie ją poparła. Jedną z pierwszych decyzji nowej menedżerki było uczynienie z przyjęć weselnych głównego źródła dochodu hotelu.

Z unijnym wsparciem

W prowadzeniu biznesu pomaga jej mąż Dariusz Stangrecki. Ma też wsparcie rodziców, bo Hotel Otomin to firma rodzinna. Siedem lat temu rodzice Katarzyny Stangreckiej Urszula i Stanisław Frankowscy kupili od PGNiG nieco zaniedbany hotel i kompleks domków, malowniczo położone nieopodal ich domu nad brzegiem Jeziora Otomińskiego, 14 kilometrów od centrum Gdańska.

— Rodzice zobaczyli w tym miejscu potencjał: wydawało im się idealne, w pobliżu dużego miasta, ale ustronne, z prywatnym dostępem do jeziora. Świetne na rodzinny hotelik, do którego będą przyjeżdżały rodziny z dziećmi i biznesmeni, załatwiający sprawy w Trójmieście — opowiada menedżerka.

Cena nie była wygórowana. Kupili obiekt za 2 mln zł, wspierając się kredytem. Plany mieli opracowane w szczegółach. Chcieli rozkręcić biznes i przekazać go potem swoim dorosłym już dzieciom: Stanisławowi i Katarzynie. Syn zginął jednak w wypadku. — Plany legły w gruzach, rodzice stracili sens życia — wspomina ten czas Katarzyna Stangrecka.

Wraz z mężem, instruktorem żeglarstwa, przejęła ciężar prowadzenia firmy. Mieli już pewne doświadczenie jako dzierżawcy tawerny w Narodowym Centrum Żeglarstwa w Gdańsku. Gdy jednak nadarzyła się okazja pracy „na swoim”, nie wahali się ani chwili. Wyremontowali pokoje hotelowe, zbudowali halę konferencyjną, w restauracji wprowadzili nowe menu. Część pieniędzy pozyskali z funduszy unijnych. Chcieli organizować imprezy integracyjne i szkolenia dla firm. Klientów było jednak za mało, żeby pokryć niemałe koszty utrzymania obiektu.

— Prowadzenie hotelu to biznes, w którym na zyski trzeba poczekać nawet kilka lat — mówi Katarzyna Stangrecka. Teraz planuje jeszcze odnowę przystani, marzą się jej gondole, którymi będą pływali nowożeńcy. — W tak pięknym miejscu nad jeziorem pomysły same przychodzą do głowy — sumuje menedżerka. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MONIKA WITKOWSKA

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Już mi niosą suknię z welonem