Kalkulatory w ruch, czyli Kraków 2026

Karol Jedliński
12-03-2010, 00:00

Prezes PKOl wie, co i jak trzeba liczyć, by nie powtórzyć błędów Vancouver. Liczy również na Słowaków.

Za 16 lat Piotr Nurowski widzi zimowe igrzyska olimpijskie w Polsce i na Słowacji

Prezes PKOl wie, co i jak trzeba liczyć, by nie powtórzyć błędów Vancouver. Liczy również na Słowaków.

Piotr Nurowski, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego (PKOl), uważa zimowe igrzyska w Polsce za jak najbardziej realne. Chodzi o Kraków 2026. Sugeruje, by kosztami i organizacją imprezy podzielić się ze... Słowacją.

— Rozmawiałem w Kanadzie z Iwanem Gaszparowiczem, prezydentem Słowacji, i Franciszkiem Chmelarem, szefem tamtejszego komitetu olimpijskiego. Obaj są otwarci na współpracę — podkreśla Piotr Nurowski.

Słone miliardy

Igrzyska po polskiej stronie granicy szef PKOl widzi ogromne. Kraków byłby ledwie przystawką, nośnym hasłem. Większość konkurencji odbywałaby się w Zakopanem, Wiśle i Szczyrku. Skoki, biegi narciarskie, łyżwiarstwo figurowe czy nawet curling — to dyscypliny, na które w Polsce znalazłoby się miejsce. Słowacy mają chrapkę na hokej, poza tym dysponują świetnymi trasami do narciarstwa zjazdowego. Brzmi pięknie, tyle że za te przyjemności trzeba zapłacić. Słono.

— Nie ma co łudzić się, że da się na czysto wyjść na plus. Ale trzeba myśleć w kategoriach biznesplanu, a nie pokazywania się światu przez Polaków czy wręcz polityków i budowania własnego ego. Wtedy narazimy się na ogromne koszty, tak jak Kanadyjczycy. Musimy sobie odpowiedzieć jasno na pytanie, czy i na co nas stać — uważa prezes PKOl.

Na organizację igrzysk Kanadyjczycy wydali 6 mld USD, trzykrotnie więcej, niż początkowo planowali. 4 mld musieli zainwestować sami, resztę dostali od sponsorów i stacji telewizyjnych.

Boby poczekają

Pierwsze szacunki mówią o tym, że ostatnie igrzyska zamkną się około miliardową stratą. To oznacza, że Vancouver ma nowe linie metra, hale i autostrady, ale także ciężar zadłużenia blokujący kolejne inwestycje na długie lata.

— Mówi się, że to nie jest strata, tylko koszty promocji kraju, które zwrócą się w najbliższych latach. Wydaje mi się, że przy takich sumach to już jest myślenie życzeniowe Kanadyjczyków. Jeśli mamy robić igrzyska, to lepiej skalkulowane — przekonuje Piotr Nurowski.

Jego zdaniem, budowa obiektów do sportów zimowych, bez przeznaczenia olimpijskiego, to w przypadku Polski projekty ponad stan. Dlatego w najbliższych latach nie ma co spodziewać się otwarcia nad Wisłą toru bobslejowego czy hali do łyżwiarstwa szybkiego.

— Koszt takiej hali to około 300 mln zł. Za tyle nasza kadra może wynajmować obiekt w Berlinie przez 55 lat — wylicza prezes PKOl.

Co ciekawe, zyski przynosi siedziba PKOl, wybudowana kilka lat temu za około 35 mln zł. W zeszłym roku PKOl na czysto zarobił z wynajmu pomieszczeń 0,9 mln zł. Te pieniądze zasilają budżet PKOl, który w tym roku zamknął się rekordowo — 17 mln zł.

Rachunek olimpijski, czyli jak podnieŚĆ

PKB i nie straciĆ

30

proc. O tyle, zdaniem naukowców z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, rosną jednorazowo przychody z handlu w krajach goszczących igrzyska. Uczeni doszli do wniosku, że kraje te po prostu decydują się na liberalizację procedur handlowych.

10

mln USD Tylko tyle netto oficjalnie zarobiły igrzyska w Atlancie w 1996 r. Na dodatek kalkulacja ta nie obejmuje miliarda dolarów ściągniętych z wyższych podatków.

0,8

pkt proc. Tyle do PKB Chin w 2008 r. dołożyły igrzyska w Pekinie.

9

Tyle z 12 krajów wcześniej

goszczących igrzyska miało

o 0,4-2,5 proc. niższy PKB

w ośmiu latach przed imprezą

niż w ośmiu latach po niej.

2,4

mld USD Tyle do PKB prowincji Kolumbia Brytyjska dołożyły igrzyska w Vancouver. W 2008 r. PKB regionu wyniósł 199 mld USD.

Igrzyska nie mogą być propagandowe tak jak w Pekinie, ale biznesowe. Chciejmy na nich zarobić, bo niektóre kraje w przeszłości pokazały, że można. Potraktujmy tę imprezę także jako okazję do promocji naszego kraju, bo liczba odwiedzających nas turystów po raz pierwszy od lat spadła.

Jeśli igrzyska w Polsce, to najlepiej ze Słowakami, a ryzykiem i kosztami podzielimy się na pół. Żebyśmy mieli z czym startować do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl), musimy już zacząć reformy, bo uważnie patrzy on na sytuację ekonomiczną kandydatów. A jeśli dostaniemy tę imprezę, to może ona dodać do naszego PKB nawet 1 proc. w 2026 i niewiele mniej w kolejnych kilku latach.

Musimy zbudować infrastrukturę, tak jak budujemy ją na EURO 2012. W kryzysie rząd zwykle od razu kasuje takie wydatki, ale na szczęście nie tym razem. Bo UEFA pilnuje swego. MKOl też przypilnuje.

EURO 2012

pozbawi nas złudzeń

Marek Sadowski, wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha

Organizacja igrzysk stała się wyznacznikiem ambicji zakompleksionych elit politycznych. Igrzysk w Karkowie w 2026 r. nie będzie z kilku względów. Po piłkarskich mistrzostw Europy w 2012 r. nie będzie o czym rozmawiać. Wtedy błyskawicznie utracimy wizerunek kraju, na którym można polegać. Niesprawne instytucje publiczne, przestarzałe dworce, terminale, wąskie drogi zamiast obiecanych złotych gór sprawią, że oblejemy test z organizacji wielkiej imprezy.

Wtedy na 20 lat będziemy mieli dywagacje olimpijskie z głowy. Podobnie jak Grecy, których letnie igrzyska w 2004 r. były skandalem i pokazem nieporadności.

To, że po EURO 2012 marzenie o Krakowie 2026 pryśnie, ma też dobre strony. Obecnie na igrzyskach nie da się zarobić, ich organizacja oznaczałaby obłożenie Polaków podatkami na tak wielką imprezę. Zamiast dużych pieniędzy na igrzyska, dajmy mniejsze najlepszym na świecie agencjom reklamowym, które zrobią Polsce o wiele lepszą promocję niż Kraków 2026.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Świat / Kalkulatory w ruch, czyli Kraków 2026