Kandydaci, ambicje, internet…

  • Aleksander Krawczuk
opublikowano: 26-10-2007, 00:00

Odmieniamy te wyrazy przez wszystkie przypadki często, szczególnie jednak w czas wyborów. I nie bez racji: oba bowiem łacińskie określenia etymologicznie ściśle związane są z wyborami właśnie — rzymskimi rzecz jasna.

W czasach republiki rzymskiej mianem „candidatus” określano popularnego człowieka, który w czasach wyborów pojawiał się publicznie, odziany w białą szatę („toga candida”), oznajmiając tym samym, że stara się o wyższy urząd państwowy. Nosił miano „petitor” — „ubiegający się”. Tamto jednak określenie, barwne i wyraziste, było obiegowe i powszechnie używane. Toteż przetrwało w niezmienionym znaczeniu przez ponad XX wieków. Nazwa, powszechnie używana, żyje w większości języków europejskich. Sięgnęła także poza politykę. Można przecież kandydować na studia lub być kandydatem do ręki dziewczyny.

 

Jeszcze bardziej interesująca wydaje się historia wyrazów ambicja i ambitny. Kto stara się o wybór, musi mieć ambicje polityczne. Łaciński czasownik „ambire” oznacza chodzenie wokół, obchodzenie. I to właśnie czynił ów obywatel rzymski, odziany w białą togę — kandydat. Kroczył po placach i ulicach miasta, a zwłaszcza po Forum, przedstawiając się wyborcom, zabiegając o ich głosy. Wszelkimi sposobami. Tak więc miał u swego boku asystenta, który podszeptywał mu nazwiska spotkanych osób, aby mógł od razu zwracać się do nich jak do starych znajomych. Oczywiście: świetnie ich pamięta! A jako urzędnik nigdy o nich nie zapomni.

 

Prosty zabieg, niezawodny i dzisiaj. Trzeba jednak mieć wsparcie u kogoś obdarzonego fenomenalną pamięcią osób, twarzy i nazwisk. W Rzymie nosił on nazwę „nomenclator”, czyli „cytujący nazwiska”. Stąd zresztą nasze określenie nomenklatura — zasób nazwisk osób ważnych politycznie, które warto wykorzystać w odpowiednich okolicznościach i dziedzinach. Praktycznie rzecz biorąc: ma nomenklaturę każdy system i każda partia, choć sama nazwa wyszła już z mody.

 

Rzymskie metody zabiegania o głosy wyborców nie kończyły się na takich wybaczalnych chwytach psychologicznych. Inne, i to powszechnie stosowane, były z pewnością mniej szlachetne, ale o wiele skuteczniejsze. Chodzi o pieniądze, intrygi, oszczerstwa, pomówienia. Kupowano głosy wyborców — i to niemal jawnie. Działały jakby biura, pomocne przy tym procederze.

 

Rzecz była tak gorsząca, że postanowiono walczyć z nią prawnie. Bez rezultatu. Świadczy o tym choćby sama mnogość ustaw przeciw nadużyciom wyborczym w wiekach II i I p. n. e. Cele — szlachetne, kary — surowe, rezultaty — marne.

 

W Rzymie walka z korupcją wyborczą była skazana na niepowodzenie również dlatego, że dla znacznej części społeczeństwa pieniądze za sprzedawanie swych głosów stanowiły niezłe źródło stałego dochodu. Stałego, wybory odbywały się bowiem co roku (jednoroczność kadencji niemal wszystkich urzędów, stanowiących mniej więcej odpowiednik naszych ministerstw). Kandydaci musieli zatem dysponować wielkim majątkiem, aby zaspokoić apetyty wyborców. A jako urzędnicy oficjalnie wynagrodzeń nie pobierali — służba dla dobra państwa! Skąd więc walka o te stanowiska? Czy tylko dla zaspokojenia ambicji? Nie, wydatki na wybory się zwracały — i to z nawiązką. Jakim sposobem? Dowodów nie brakuje. Korupcja rodziła korupcję.

Nie było natomiast wyborów do senatu. Senatorami stawali się byli wyżsi urzędnicy, w zasadzie dożywotnio. Tak więc ciało to składało się z osób z ogromnym doświadczeniem politycznym. Stąd jego autorytet i jedna z przyczyn wielkości i trwałości Rzymu. Rzecz godna i teraz refleksji, a może i zastosowania — także u nas. Rzym nie znał instytucji parlamentu, czyli wybieralnej reprezentacji społeczeństwa. Podobnie zresztą było w greckich państewkach. Każdy obywatel nie tylko bezpośrednio obierał wyższych urzędników, lecz także przyjmował lub odrzucał projekty ustaw. Głosowano zazwyczaj, pisząc odpowiednie litery lub nazwiska na tabliczkach.

 

Miało to sens w małych państewkach, gdzie liczba uprawnionych do głosowania nie przekraczała kilku, kilkunastu tysięcy. Kiedy jednak Rzym, jako państwo, objął ogromne obszary, a liczba obywateli sięgała setek tysięcy i więcej — system stał się wręcz absurdalny. Teoretycznie każdy miał prawo uczestniczyć w głosowaniach, jakie po wielokroć w roku odbywały się w stolicy na Polu Marsowym. W praktyce głosowali tylko mieszkańcy samego Rzymu i okolic. Ten absurd ustrojowy stał się jedną z przyczyn upadku republiki. Ustrój nowy — zwany przez nas cesarstwem — rychło zerwał z fikcją bezpośrednich głosowań wszystkich obywateli nad każdą ustawą i wyboru przez nich wyższych urzędników.

 

Tak w ówczesnych warunkach i przy tamtych możliwoś-ciach technicznych system stał się wręcz niedorzeczny. Ale same zasady nie wydają się bezsensowne. Czy w dobie cywilizacji internetowej nie warto rozważyć powrotu do rzymskiej tradycji republikańskiej? Wszyscy obywatele głosują bezpośrednio nad najważniejszymi ustawami i wyborem najwyższych urzędników. Przez internet właśnie. A kandydaci oraz ambicje i tak przecież pozostaną. l

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Aleksander Krawczuk

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Kandydaci, ambicje, internet…