Kandydaci z pieniędzmi chcą sięgać po władzę

Dariusz Styczek
opublikowano: 15-11-2010, 00:00

Sosnowski, Cześnik i Budzyn. Starują z różnych list, łączy ich to, że chcą zmieniać lokalną rzeczywistość.

Biznesmeni startują do samorządu. Po co? Oto trzy przykłady

Sosnowski, Cześnik i Budzyn. Starują z różnych list, łączy ich to, że chcą zmieniać lokalną rzeczywistość.

Przedsiębiorcy dotychczas nie byli liczną grupą, która zasiadała w fotelach radnych różnych szczebli samorządu. Partie wystawiały na listy przede wszystkim lokalnych działaczy, a i sami biznesmeni nie palili się. Tegoroczne wybory samorządowe mogą zmienić tę sytuację. Na listach pojawili się kandydaci — zarówno przedsiębiorcy jak i menedżerowie. Każda z partii starała się umieścić na listach ludzi biznesu, ale często są to jedynie jej sympatycy i to najczęściej startujący w wyborach po raz pierwszy. Po co idą do samorządu? Chcą się dzielić doświadczeniem. Chwalą się umiejętnościami w zdobywaniu unijnych pieniędzy, praktyczną wiedzą w zakresie prowadzenia inwestycji czy znajomością przepisów prawa.

— Do kandydowania do sejmiku mazowieckiego namówili mnie działacze Platformy Obywatelskiej, chociaż nie jestem członkiem tej partii — mówi Mariusz Sosnowski, kandydat do sejmiku mazowieckiego.

Motywacja do startu?

— Z racji tego, że jestem współwłaścicielem i prezesem giełdowej firmy informatycznej Infosystems, chciałbym wnieść na to samorządowe forum praktyczną wiedzę, doświadczenie związane po pierwsze z informatyzacją, i po drugie z pozyskiwaniem środków unijnych dla przedsiębiorców — mówi Mariusz Sosnowski.

Wyjaśnia, że jego firma — poza działalnością informatyczną — ma w swoich strukturach także departament funduszy europejskich, który zajmuje się pozyskiwaniem finansowania z dotacji UE na inwestycje swoich klientów oraz rozliczaniem takich projektów.

— Takie doświadczenie bardzo się przyda w sejmiku. Wiadomo jak ważne dla regionu mazowieckiego są obie sprawy: budowa społeczeństwa informacyjnego i umiejętne, efektywne dystrybuowanie pieniędzy z Unii Europejskiej — opowiada.

Przypilnować władzę

Andrzej Cześnik startuje do rady powiatu sierpeckiego z listy Prawa i Sprawiedliwości. Jest hodowcą, właścicielem dwóch ferm brojlerów, sprzedających rocznie około 200 tys. sztuk drobiu. Chce przede wszystkim przypilnować zarządzania samorządowymi pieniędzmi.

— Jak samemu dochodzi się do swoich pieniędzy, to z żalem i złością patrzy się jak trwonione przez samorządowców są środki podatników — denerwuje się Andrzej Cześnik.

Poza tym, podobnie jak Mariusz Sosnowski, zamierza pomagać w lepszym wykorzystaniu unijnych pieniędzy, bo — jak mówi -rolnicy potrafią to robić lepiej niż samorządowcy, a w jego regionie projektów, za które płaci Bruksela, jest tyle, że można policzyć na placach jednej ręki. Poza tym przyznaje, że pociągają go "takie rzeczy samorządowe" i praca dla lokalnej społeczności. Chwali się ukończonymi zaocznie studiami z zakresu zarządzania na Uniwersytecie Warszawskim.

Nie boi się, że aktywność samorządowa zaszkodzi jego biznesowi.

— Prowadzę już ustabilizowany biznes. Jeśli 2-3 godziny dziennie nie będzie mnie na miejscu, fermą może się zająć rodzina, przede wszystkim żona — kwituje.

Stać mnie na to

Jerzy Budzyn ubiega się o mandat radnego dzielnicy Warszawa-Śródmieście z listy SLD. Od 25 lat jest przedsiębiorcą budowlanym. W tej chwili jego firma, której jest współwłaścicielem i prezesem, specjalizuje się w budowie hoteli. Ujawnia, że roczne obroty jego spółki to około 10-12 mln zł. A z jakiego powodu startuje w wyborach?

— Stać mnie na to — mówi w pierwszych słowach rozmowy z "PB".

I dodaje:

— Żeby być radnym trzeba mieć dużo czasu, a ja go mam: dzięki mojemu wspólnikowi i poukładanemu biznesowi — tłumaczy.

Zdaniem Jerzego Budzyna, by cokolwiek zrobić jako odzielnicowy radny, chce poświęcać około dwóch godzin dziennie na pracę społeczną. Po co ten wysiłek?

— Jak komuś pomogę to będę zadowolony — odpowiada Budzyn. Ale doskonale zdaje sobie sprawę, że chodzi też o poważne samorządowe pieniądze związane z gospodarowaniem przez dzielnicę lokalami użytkowymi.

— Czy wie pan jak ważna jest polityka czynszowa w przypadku Śródmieścia, gdzie głównym właścicielem lokali jest miasto? — podkreśla Jerzy Budzyn.

Żali się jednak, że takich przedsiębiorców-społeczników na listach wyborczych każdej partii jest bardzo mało.

— Nie przybywa nas, bo listy są ustalane z klucza partyjnego — zauważa.

Niech startują

Organizacje biznesowe nie mają nic przeciwko, by ich członkowie pojawiali się coraz liczniej na listach kandydatów na radnych. Ale też nie mają szczególnego "parcia" na to, by tworzyć tam własne silne lobby. Marek Goliszewski, prezes Business Centre Club (BCC), szacuje, że spośród członków jego organizacji o mandat ubiega się zaledwie kilkadziesiąt osób. Kto startuje?

— Biznesmeni ustabilizowani finansowo, mający czas, twardo stąpający po ziemi, praktycy, którym nie podoba się dotychczasowy sposób gospodarowania lokalnymi pieniędzmi. Tacy ludzie mają przede wszystkim pokazywać drogi działania i racjonalnego myślenia o finansach innym radnym, którzy takiej wiedzy nie mają. Mogą też wspierać proces stanowienia lokalnego prawa, które na poziomie gminy czy miasta jest nie mniej ważne niż sejmowe ustawy — wylicza prezes BCC.

Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP, zwraca uwagę, by nie traktować ludzi biznesu jako grupę, którą należy daleko trzymać od władzy.

— Nie widzę nic złego w kandydowaniu przedsiębiorców w wyborach samorządowych. Są oni takimi samymi członkami lokalnych społeczności jak wszyscy inni i mają takie samo prawo decydować o kierunkach jej rozwoju — przekonuje Malinowski.

I wylicza:

— Przedsiębiorcy mają doświadczenie w zarządzaniu, ekonomizacji wszelkich procesów, odwagę, inicjatywę oraz pragmatyczne podejście do wszelkiej aktywności. A tymi właśnie przesłankami powinni kierować się samorządowcy, jeżeli ich "mała ojczyzna" ma się dynamicznie rozwijać — dodaje.

Szef Pracodawców RP podkreśla, że praca w samorządach to służba publiczna i przedsiębiorcy nie chcą być radnymi dla diet. Chodzi im raczej o podzielenie się swoją wiedzą i energią dla dobra wspólnego. Andrzej Malinowski zwraca też uwagę na gorzką prawdę, że przedsiębiorcy mogą być często posądzani o to, że znaleźli się w samorządzie tylko po to, by "pilnować" własnych interesów.

— Takie zarzuty są jednak o tyle bez sensu, że na poziomie gminy nie da się niezauważenie przeforsować jakiegokolwiek rozwiązania korzystnego tylko dla jednego podmiotu — podkreśla.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dariusz Styczek

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu