Czytasz dzięki

Kawałek złota w sercu

Robert Rybarczyk
opublikowano: 30-01-2020, 22:00

Daria Andrews miała wszystko, o czym mogła marzyć: fantastycznego syna, świetną pracę, uznanie, mieszkanie, nową parę louboutinów… Tylko ciągle śniły się jej obrazy. Po niemal dwóch dekadach zarządzania marketingiem u Koźmińskiego odeszła z korporacji, by tworzyć.

Korba — biała znajda z płaskim pyskiem — wyszukała swojej pani… męża. Podczas spaceru na warszawskim Polu Mokotowskim suczka zaczepiła mężczyznę siedzącego na ławce. Za pogłaskanie odwdzięczyła się Scottowi Andrewsowi skokiem na kolana i wylizaniem uszu.

Daria Andrews
Wyświetl galerię [1/8]

Daria Andrews Fot. Archiwum prywatne

— Podbiegłam do ławki i przeprosiłam. Mężczyzna wstał i mówił coś do mnie niskim, spokojnym głosem. Z emocji niewiele rozumiałam, ale po chwili wróciła mi jasność umysłu i pojęłam angielskie słowa. Zaczęliśmy rozmawiać: „Przyjechałeś z Australii? Miło. Tak, możesz nam towarzyszyć” — wspomina Daria Andrews.

Odtąd widywali się codziennie. We wrześniu 2018 r. polecieli razem do Australii. 29 grudnia tego samego roku po dwudziestu latach znowu włożyła białą suknię. Została panią Andrews. Potem podróż poślubna po Indochinach: Kambodża, Wietnam, Tajlandia.

Gdybym się nie bała

W Wietnamie przypadkowo trafili do oranżerii, w której ktoś namalował rajskie ptaki, kwiaty i drzewa na błękicie ścian. Daria Andrews, urzeczona, długo się w nie wpatrywała. Postanowiła przenieść ten rajski ogród do swojego warszawskiego mieszkania. Po powrocie przez kilka dni jak w transie malowała na całej ścianie obraz. Wtedy dotarło do niej, że nie chce odkładać pędzli. Zapisała się na zajęcia z malarstwa sztalugowego. Wyniosła niepotrzebne meble z salonu. W ich miejsce pojawiły się sztalugi i farby. Codziennie pędem wracała z pracy, by malować.

— To dla mnie jak medytacja, wejście do innego świata — mówi artystka.

Podczas weekendowego wypadu w Bieszczady opowiedziała znajomemu o swoim powrocie do malowania. On jej — o przyjacielu Alfonsie Kułakowskim, 92-letnim malarzu, którego życiorys jest tak barwny, jak jego obrazy. Polski pejzażysta dzieciństwo i młodość spędził na Syberii, gdzie został przymusowo przesiedlony z rodziną. W 1944 r. uciekł do Kazachstanu. Jego prace były wystawiane w całej Rosji. W 1997 r. uzyskał polskie obywatelstwo i wraz ze starszym o trzy lata bratem Mieczysławem przyjechał do Polski jako repatriant. Postanowiła go poznać. Obejrzała dokument „Bracia” o Alfonsie i Mieczysławie Kułakowskich. Pojechała do artysty na jeden wieczór do jego pracowni w Olsztynie, gdzie zamieszkał po pożarze domu w Witoszewie na Pojezierzu Iławskim. Została cztery dni. Rozmawiali o sztuce i życiu, o pracy i uważności. Usłyszała od niego słowa, które postawiły jej życie na głowie: „Daria, maluj! Masz ten kawałek złota w sercu. Jeśli nie będziesz malować, będzie cię uwierał do końca życia”.

— Nie zrozumie, kto nie doświadczył tego uwierania, kiedy budzisz się o czwartej nad ranem, a dzień trzeba rozpocząć o siódmej, więc z żalem przepędzasz z głowy obrazy, które ci się śniły, bo wiesz, że nie wrócą. Ale on wiedział. Dostrzegł to z przenikliwością artysty, który mówi o sobie, że najpierw urodził się malarzem, dopiero później człowiekiem. Po tej rozmowie zadałam sobie pytanie: „Co bym zrobiła, gdybym się nie bała?” — opowiada Daria Andrews.

Nie można wyjść ot tak

Artystka pochodzi z Kostrzyna nad Odrą, 18-tysięcznego miasteczka rozsławionego przez festiwal Przystanek Woodstock Jerzego Owsiaka. Rysowała od dziecka, na wszystkim. Pierwszym recenzentem jej prac był Piotr, obdarzony wrażliwością najmłodszy brat mamy. Pierwszy artysta, którego poznała. Podziwiała jego rysunki i olejne pejzaże, na których drzewa odbijały się w tafli wody. Pokazał siostrzenicy, jak malować olejami. Zdradził techniki warsztatu, więc nagle wszystko stało się proste. Liście drzew namalowane dotknięciami szerokiego pędzla, chmury, przez które przeświecało słońce, zwężająca się, wijąca rzeka dla nadania perspektywy…

— Miałam 17 lat. Było grudniowe popołudnie. Siedziałam w swoim pokoju, słuchałam „Czasu Ołowiu” Budki Suflera. Weszła mama, blada jak ściana, i powiedziała, że Piotr się powiesił. W gramofonie słyszałam: „Słuchaj, to jest zwyczajne świństwo/ Tak się nie mówi do widzenia/ Nie można wyjść ot tak/ W połowie snu i wpół marzenia” — wspomina Daria Andrews.

Wówczas malowała głównie portrety, ale rysowała także konie. Wkrótce uzbierało się sporo prac i nauczycielka plastyki zaproponowała jej zorganizowanie wystawy w ówczesnym Klubie Garnizonowym. Niestety po wystawie prace już nie wróciły do młodej artystki. Nie ma żadnej z tamtego okresu. Gdy przyszedł czas matury, pędzle zasychały w piwnicy. Zapamiętała słowa rodziny, że nie warto iść artystyczną drogą. Skończyła więc studium kosmetyczne w Poznaniu i otworzyła salon. Wyszła za mąż, założyła drugi salon na nowym osiedlu w Gorzowie Wielkopolskim i kolejny w centrum miasta. Jeździła codziennie z Kostrzyna do Gorzowa doglądać biznesu. Którejś nocy zbudziła się z myślą, że musi wyjechać do dużego miasta. W miesiąc sprzedała wszystko, choć nie miała pomysłu, co robić w stolicy. Wiedziała tylko, że na pewno coś innego. Podjęła studia z zarządzania i marketingu. Wkrótce dostała propozycję pracy w biurze promocji swojej uczelni — Akademii Leona Koźmińskiego (ALK).

Perspektywa jamnika

Przeszła trzyetapową selekcję i została szefową biura marketingu ALK. Praca stała się jej pasją. Oprócz marketingu podlegało jej biuro rekrutacji na studia polskojęzyczne, anglojęzyczne i students support service. Dużo pracy i odpowiedzialność. wRekrutacja rosła z roku na rok, pojawiały się nowe projekty. Nie było dwóch jednakowych dni — niezmienny był tylko bałagan na jej biurku i szpilki na nogach. To były jej znaki rozpoznawcze w korporacji. Po kilku latach, dzięki strategii agresywnego wejścia na rynki zagraniczne, najlepsza polska uczelnia niepubliczna, mająca ambicje zostać najlepszą uczelnią biznesową w tej części Europy, miała już studentów z 70 krajów. Weszła też do rankingu „Financial Times” z najwyższą pozycją w Europie Środkowej i Wschodniej, pokonując Szkołę Główną Handlową. Pewnego razu po wyjątkowo udanej rekrutacji prof. Koźmiński zaprosił zespół Darii Andrews na tort i szampana. Odtąd to był jej cel: przekroczyć założenia rekrutacyjne, by na koniec wystrzelił szampan. Strzelał co roku.

— „Nigdy nie patrz na świat z perspektywy jamnika” zwykł mawiać prof. Koźmiński. Nie patrzę. Wiem, że chcieć, to móc. Trzeba tylko dobrego planu, determinacji i wiary, a wszystko, co wydaje się nieosiągane, staje się możliwe — twierdzi Daria Andrews.

Jednym z jej projektów była gra edukacyjna „Od Solidarności do Wolności”, włączająca uczelnię w program obchodów 25-lecia wolnej Polski. Otrzymała za nią nagrodę od prezydenta Komorowskiego. Za grę edukacyjną w wirtualnej rzeczywistości dla studentów prawa, analizę miejsca zbrodni, dostała roczną nagrodę rektora za innowacje. Rozwinęła też pomysł stworzenia miejsca dla start-upów Koźmiński Business Hub, uczelnianej spółki, w której została członkinią zarządu. Wyrazem uznania środowiska akademickiego było zaproszenie Darii Andrews do kandydowania do zarządu stowarzyszenia PROM, zrzeszającego pracowników biur promocji i PR uczelni polskich, w którym aktywnie działała przez kolejną kadencję. Angażowała się również w działalność środowisk wspierających kobiety na rynku pracy. Została ambasadorką fundacji Business Boutique i Stowarzyszenia Pozytywnych Kobiet.

1646e18c-8c31-11e9-bc42-526af7764f64
Puls Biznesu po godzinach
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE
Puls Biznesu po godzinach
autor: Marcin Goralewski
Wysyłany raz w tygodniu
Marcin Goralewski
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.

Gekon mówi: Fuck It!

Tak minęło 15 lat pracy w Koźmińskim. Nie miała czasu na aktywność artystyczną. Jedyne obrazy obecne w jej życiu to te, które przychodziły w snach. Od korporacji odpoczywała podczas wyjazdów. Ale zanim pojechała na trzy tygodnie w Himalaje, nie brała tak długich urlopów. Bała się, że w tym czasie coś się posypie w pracy. Nie posypało się. Zespół dał sobie radę, a ona na- uczyła się delegować zadania. Odtąd wyjeżdżała na dłużej co najmniej raz w roku. Najchętniej do Azji, bo zakochała się w jej kolorycie. I na kilka krótszych, gdzieś po Europie. Szesnaste urodziny syna obchodzili podczas wspólnej wyprawy do Wietnamu. Potem były Filipiny. Leżąc na plaży na jednej z wysp, usłyszała wyraźny okrzyk: „Fuck It! Fuck It!”. To gekony wydają tak charakterystyczne dźwięki. Daria Andrews uznała, że to znak.

— W innym świecie, innej rzeczywistości, zrelaksowana i spokojna, wyraźnie zobaczyłam siebie z perspektywy widza, goniącą za czymś na tych swoich dziesięciocentymetrowych szpilkach. Zbyt zajętą ciągłym udowadnianiem sobie czegoś, by pomyśleć o tym, co naprawdę ważne. Postanowiłam zwolnić i wziąć sobie do serca słowa gekona — mówi malarka.

Trzy miesiące później, w lutym 2019 r., po 16 latach pracy oficjalnie rozstała się z Akademią Leona Koźmińskiego.

— Rozstałam się z dyrektorską etykietką i uczelnianą stabilizacją. Z dnia na dzień rozstałam się również ze stałym źródłem dochodu. Przez chwilę myślałam, że będę się angażowała w jakieś projekty przez dwa, trzy dni w tygodniu, żeby mieć chociaż gwarancję spłaty kredytu. Ale powiedziałam sobie: Nie! Nie będę karmić głowy nie moimi lękami. Miałam 20 lat na to, by zrozumieć, gdzie jest moja siła. Żeby nauczyć się z niej korzystać. Nie wolno mi patrzeć na świat z perspektywy jamnika. Nie chcę być weekendową artystką. Zrozumiałam, że aby pofrunąć, muszę najpierw odciąć gałąź, na której siedzę. Nawet kosztem chwilowych turbulencji — opisuje Daria Andrews.

Zaczęła od malowania akwareli. Szybko zdobyły popularność wśród znajomych. Zaczęły się zgłaszać osoby, które zetknęły się z nimi przez przypadek. Przez pierwsze miesiące akwarele pozwoliły jej na jakie takie funkcjonowanie. Choć nie mogła mówić o stabilności finansowej, radość z pójścia własną drogą rekompensowała jej obniżenie standardu życia. Wtedy też uświadomiła sobie, że nie można go utożsamiać z dobrami materialnymi.

— Jestem szczęśliwa, mam czas, robię coś, co kocham, i daję ludziom radość. Orzeźwiająca zmiana perspektywy — uważa malarka.

Regularnie odwiedzała Alfonsa Kułakowskiego. Pewnego majowego popołudnia spakowała farby, pędzle i psa i sprowadziła się do niego na miesiąc. W jego wielkim domu galerii, otoczona tysiącami obrazów, mając obok artystę mędrca, dojrzała do ponownego sięgnięcia po farby olejne. Pierwsze trzy płótna mistrz zagruntował jej osobiście. Pokazał, jak rozkłada kolory na palecie i jakich narzędzi używa do malowania. Przygotował pracownię obok swojej. Nigdy nie wszedł do niej, kiedy pracowała. Podobnie ona nie stała za jego plecami, gdy tworzył. Mieli niepisane zasady wspólnego funkcjonowania. Śniadania jadali osobno. Gotowała obiad, do którego siadali około 14. Potem każde udawało się do swoich zajęć. Wieczorem, po kolacji, mistrz siadał obok z kubkiem kakao i zaczynał opowiadać. O swoim życiu, miłości do brata, bólu straty, kiedy 10 lat temu spłonął ich dom, a w nim sześć tysięcy jego obrazów.

„Dom to nic, można odbudować. Ale w każdym z tych obrazów był kawałek mojej duszy. Moja dusza już zawsze będzie nadpalona” — mówił Darii Andrews.

Przez 10 lat Alfons Kułakowski namalował kolejnych kilka tysięcy obrazów, które zawisły w jego nowym domu galerii w Olsztynie. Kiedy wróciła do Warszawy, zaczęła malować na coraz większych płótnach, a jej pokój przeistoczył się w pracownię. Kiedy trudno już było przedostać się do kuchni, wynajęła strych w swojej kamienicy. Z synem i przyjaciółmi wyremontowali 30 metrów poddasza, wyposażając je we wszystko, co potrzebne, by móc stanąć przy sztaludze. W takich warunkach obrazów szybko przybywało i wkrótce pojawiła się propozycja wystawy w Kostrzyńskim Centrum Kultury, czyli dawnym Klubie Garnizonowym. Nie kryła wzruszenia.

Czas zmian

Sprzedała już kilkadziesiąt prac, głównie za pośrednictwem mediów społecznościowych. Najczęściej spotyka się z osobą zainteresowaną zakupem. Ceny obrazów — od kilkuset do kilku tysięcy złotych — zależą od ich formatu i techniki (akwarela czy olej). Niejednokrotnie przekazywała też prace na licytacje w celach charytatywnych. W wyniku niekomercyjnej współpracy jeden z jej obrazów znalazł się na okładce książki „Niepokój, czyli 19 pigułek uważności” Marcina Balickiego, prezesa Millennium Leasing. W listopadzie 2019 r. przygotowała wystawę w Galerii ZPAF na pl. Zamkowym w Warszawie. Miała już ponad 20 obrazów olejnych i 100 akwarel. Namalowała te akwarele dla austriackiej firmy FreyWille, producenta emaliowanej biżuterii — szefowa marketingu FreyWille na Polskę zaproponowała artystce zorganizowanie wystawy. Prace były wystawione w warszawskim butiku FreyWille w grudniu 2019 r.

— Marzę, by moje prace zostały użyte przy tworzeniu biżuterii FreyWille, lecz oni wykorzystują obrazy nieżyjących mistrzów — van Gogha, Moneta. A ja żyję — żartuje Daria Andrews.

W jej życiu przyszedł czas na kolejną zmianę. Malarka rusza na antypody. Kupiła bilet tylko w jedną stronę.

ROBERT RYBARCZYK

Dziennikarz od 1994 r., m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Życiu Warszawy”. W „Pulsie Biznesu Weekend” pisze o pozazawodowych pasjach prezesów.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Robert Rybarczyk

Polecane