Kiedy urlop?

Aleksander Krawczuk
27-06-2011, 00:00

Zawsze te same są miesiące wakacyjne. Poza nimi wszystko okazuje się zmienne. Jak to mówili Rzymianie: "Tempora mutantur" — "Czasy się zmieniają". To oczywiste i łatwo dostrzegalne. Lecz druga część tego powiedzenia brzmi: "Et nos mutantur in illis" — "I my się w nich zmieniamy".

Maj i czerwiec — najdłuższe dni, najbujniejsza, świeża zieleń. My tymczasem korzystamy z tych wspaniałych widoków tylko okazjonalnie. Co najwyżej urządzamy sobie krótkie, głównie weekendowe wycieczki i wypady za miasto. Typowe bowiem miesiące urlopowe dla większości z nas to lipiec i sierpień. Tak nakazuje dawna tradycja. Ma swoje uzasadnienie w rytmie prac rolnych. A obecnie decydujący głos ma szkoła. To głównie ze względu na dzieci i wnuki wybieramy właśnie te miesiące lata. Owszem, jest to w naszym klimacie również okres upałów, choć przecież, jak mówi stare przysłowie: "Od świętej Hanki zimne wieczory i ranki". A urok młodej zieleni i kwiatów na łące tak szybko mija! Sianokosy i żniwa, dni coraz krótsze… Trudno, nie zmienimy zatwardziałego obyczaju. Dwa najbardziej urocze miesiące w roku spędzamy w pracy, w szkołach, w miastach.

A skoro już przyjdzie tradycyjny czas urlopów, również tradycyjnie wyjedziemy do pewnych miejscowości w górach i nad morzem lub do dalekich krajów. Tłumy będą się przewalały przez tatrzańskie doliny — nie mówiąc oczy-wiście o Krupówkach. Tymczasem zaś można godzinami wędrować po Gorcach, nie napotykając ani jednego turysty. Taka wycieczka to oczywiście pewien wysiłek. Jaki jednak spokój, jakie poczucie obcowania z naturą!

Tak więc te miesiące i miejsca spędzania urlopu stanowią niezmienne i trwałe elementy rytmu naszego życia. Turysta zaś i urlopowicz, przebywając głównie stosunkowo krótko w renomowanych kurortach, nie zdoła dostrzec wielu przemian, jakie dokonują się na wsi w różnych dziedzinach życia. Ja, siedząc spokojnie w jednej tylko miejscowości, obserwuję je gołym okiem.

Jeszcze kilkanaście lat temu wiele pól obsiewano owsem. Obecnie chyba żadnego. Nie ma koni. A tych kilka, które jeszcze pozostały, wozi się na przyczepach do lasu. Są tam niezastąpione przy ściąganiu drzew. I nie widzi się już krów na pastwiskach. Przeważnie są trzymane w oborach. A wobec tego nie opłaca się też nawozić łąk i kosić traw na paszę. Praca traktora dużo kosztuje, zwłaszcza przy obecnych cenach paliw. Te uwagi dotyczą oczywiście tylko tych regionów, w których przeważają małe gospodarstwa — jak w Małopolsce.

Natomiast w całym kraju, na wsi i w miastach, zaznacza się o wiele groźniejsze zja-wisko: od dwudziestu już lat nikły, a właściwie żaden lub nawet ujemny przyrost naturalny. W tamtym roku znowu spadek urodzeń. Podają, że pod względem dzietności zajmujemy jedno z ostatnich miejsc wśród państw całego świata! Wspomniałem już kiedyś na tych stronach: szkoła wiejska, zbudowana jakieś 40 lat temu, stała się ostatnio domem seniora. A w Krakowie mój wnuk wraca pewnego dnia z radosną nowiną: "Nie będzie szkoły! Nie ma dzieci!". Tak zrozumiał rozmowę nauczycieli o planie zamknięcia tej szkoły z powodu spadku urodzeń.

Pojawia się pytanie bardzo istotne, choć nigdy w mediach nie rozważane: jak radziłyby sobie kolejne rządy po roku 1990, niezależnie od orientacji politycznej, gdyby przyrost naturalny kształtował się, jak poprzednio, na poziomie kilkuset tysięcy rocznie? Trzeba zaś było zapewnić im wszystko: opiekę zdrowotną, mieszkanie, szkołę, pracę. Sprostanie tym wyzwaniom było wielkim, a wciąż niedocenianym osiągnięciem mojego pokolenia. A przecież — jak wciąż przypomina nam TV — zajmowało się ono głównie wystawaniem w kolejkach. Skąd więc czas i siły na miłość?

Od kilku lat o wiele mniej się buduje. Przynajmniej na wsiach. W miastach jeszcze szaleją deweloperzy — co za piękna, prapolska nazwa. Ceny wszakże mieszkań wszędzie spadają. Trudno się dziwić, skoro ludności nie przybywa. Oczywiście, ten i ów stara się o lepsze mieszkanie w dobrej dzielnicy. Nie sądzę jednak, by "deweloperstwo" stanowiło w przewidywalnej przyszłości dobry interes.

Domki letniskowe były przez wiele lat bardzo modne. I dziś wielu o nich marzy, na budowanie wszakże decydują się nieliczni. Raczej szuka się okazji kupienia już gotowego budynku. A okazji jest sporo. Starsi właściciele rezygnują z powodu wieku, ich zaś spadkobiercy wolą podróże zagraniczne. Samo utrzymanie domku to stały i niemały wydatek. A także uwiązanie do jednego miejsca, gdy cały świat stoi otworem. I to za nie takie wielkie pieniądze. Toteż zdarza się wcale często, iż ładne domki letniskowe mieszczuchów kupują miejscowi. I od razu urządzają po swojemu.

Łatwo każdemu z nas stwierdzić zmiany zew-nętrzne. Wystarczy spojrzeć w lustro. Jak trudno jednak dostrzec i właściwie ocenić przemiany psychiki, sposobu bycia, wartościowania przeszłości. Na szczęście pomocni okazują się bliscy i znajomi. Zwłaszcza ci mniej życzliwi, ci krytyczni. Wypada to docenić i być wdzięcznym. Widzą i wprost wypowiadają to, co sami chcielibyśmy ukryć przed sobą. Czasy się zmieniły, myśmy się zmienili, lata lecą. Pewna moja znajoma, lat ponad 80, skarży się, że wzrok jej słabnie i biada: "Co ze mną będzie na starość!"

Właśnie: kiedy zaczyna się starość? Mnie wydaje się czymś jeszcze dalekim. Przecież dopiero wkraczam w dziewięćdziesiąty rok życia. Czy więc doczekam się przesunięcia urlopów na czerwiec i lipiec? Lub przynajmniej od połowy czerwca do połowy sierpnia? l

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Aleksander Krawczuk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Kiedy urlop?