Klimat inwestycyjny nie pochodzi z nieba

Jacek Zalewski
10-11-2006, 00:00

Uczestnicy konferencji takich jak „Nowe Rynki. Możliwości dla polskich przedsiębiorców na rynku rosyjskim i ukraińskim” zawsze stawiają sobie pytanie: No dobrze, ciekawie podyskutowaliśmy, wymieniliśmy oryginalne pomysły — ale jakie to będzie miało przełożenie na realne decyzje polityczno-biznesowe?. Od wielu lat właśnie taki syndrom dotyka m.in. Forum Ekonomiczne w Krynicy-Zdroju. W tym kontekście wczorajsza obecność naszego gościa Jegora Gajdara miała wielką wartość merytoryczną, ale przekładanie się jego poglądów na rosyjską rzeczywistość jest, niestety, melodią przeszłości. Czy także przyszłości? Może, ale sporo jeszcze wody upłynie i w Wiśle, i w Wołdze. Zachowując tę konwencję, z większym optymizmem można myśleć o szybkości przepływu ukraińskiego Dniepru.

Jeden z panelistów przypomniał okoliczność niby oczywistą, ale chyba zbyt często nam umykającą. W byłym Związku Radzieckim wychowały się ze trzy pokolenia, dla których rynek stanowił kompletną abstrakcję, zaś utrzymywanie przez ówczesną bratnią „Polszę” sektora drobnokapitalistycznego (czyli rzemiosła) oraz indywidualnego rolnictwa było cierniem w ideologicznym oku. W związku z tym pozycja startowa gospodarek rynkowych u nas i w państwach wyłonionych z ZSRR była nieporównywalna. Owej nierówności nie zniwelowało do dzisiaj przyspieszenie przemian w Rosji czy na Ukrainie. I właśnie w sferze szeroko pojmowanego klimatu dla przedsiębiorczości tkwią największe problemy naszych firm na Wschodzie.

Rosja to specyficzny partner gospodarczy, albowiem struktura jej surowcowego eksportu — do Polski w szczególności —sytuuje ją wśród krajów kolonialnych. Zasadnicza różnica polega oczywiście na tym, że gigantyczne dochody z owego eksportu w całości pozostają na miejscu, a nie są transferowane gdzieś do metropolii. Jeśli zaś wypływają za granicę, to w postaci inwestycyjnej ofensywy rosyjskich firm. Przykład walki z Orlenem o rafinerię w Możejkach potwierdza, że rosyjski kompleks polityczno-biznesowy nie przyjmuje do wiadomości porażek.

Prognozy inwestycyjnej pogody w Rosji opracowuje Kreml — i bezwzględnie się one sprawdzają. Taki to kraj, że zmieniają się ustroje, carów zastępują generalni sekretarze, ich z kolei prezydenci — ale najważniejsza jest kierunkowa decyzja polityczna, rozpisywana potem na decyzje biznesowe. Dlatego na gospodarczych stosunkach Polski i Rosji odciskają piętno wydarzenia takie, jak osobiste widzenie się — i wzajemne wysłuchanie swoich racji — prezydentów Lecha Kaczyńskiego i Władimira Putina, co niedawno przytrafiło się im na szczycie w Lahti.

Przywódca Rosji realizuje strategię ekspansji w UE, zwłaszcza w sektorach strategicznych, a zarazem prowadzenia ostrej selekcji obcych firm dopuszczanych do rynku — zwłaszcza energetycznego — rosyjskiego. Nawet koncerny z tych nielicznych państw, które Putin traktuje w miarę partnersko, czują się dyskryminowane. A cóż dopiero mają mówić firmy z Polski, która oceniana jest jako partner bardzo krnąbrny politycznie i niezasługujący na zielone światło gospodarcze.

Za prezydentury Leonida Kuczmy bardzo podobnie kształtowały się nasze relacje z Ukrainą, ale obecnie zaszły zmiany. Nasz wschodni sasiad rozchwiany jest między Wspólnotą Niepodległych Państw a UE, a także wewnętrznie między obozem pomarańczowym a niebieskim. Zapewne stanie gdzieś pośrodku, w każdym razie stosunki polityczne naszych państw są wręcz nieporównywalne z polsko-rosyjskimi. Już za kilka dni Jarosław Kaczyński odwiedzi Ukrainę i będzie to kolejna okazja do przekładania na decyzje myśli z takich konferencji, jak wczorajsze „Nowe Rynki”. Kiedy trafi się podobna okazja w relacjach z Rosją — nikt nie wie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Klimat inwestycyjny nie pochodzi z nieba