Kłopotliwy podarunek

Adam Sofuł
20-04-2007, 00:00

Pałac Kultury i Nauki — dla jednych symbol sowieckiego zniewolenia, dla innych symbol Warszawy. Od niespełna trzech miesięcy po prostu zabytek.

Pałac Kultury i Nauki — dla jednych symbol sowieckiego zniewolenia, dla innych symbol Warszawy. Od niespełna trzech miesięcy po prostu zabytek.

W lipcu 1951 r. Polskę odwiedzał Wiaczesław Mołotow, prawa ręka Józefa Stalina. W przeddzień wizyty Józef Sigalin, naczelny architekt Warszawy, który miał oprowadzać Mołotowa po odbudowywanej stolicy, dostał instrukcje od ówczesnego ministra przemysłu Hilarego Minca: podczas spaceru Mołotow wystąpi „znienacka” z propozycją postawienia w Warszawie wysokościowca. Nie okazywać zaskoczenia. Odnieść się pozytywnie. Plan zrealizowano w 100 procentach.

— Jak byście widzieli w Warszawie taki wieżowiec jak u nas? — zapytał Mołotow.

— No, cóż, owszem — odpowiedział zgodnie z instrukcją Sigalin.

Do uzgodnienia pozostały tylko szczegóły.

Do roboty

Polscy architekci odwiedzali Moskwę, radzieccy Warszawę. Polskim architektom zawdzięczamy m.in. wysokość pałacu — Rudniew uważał, że wystarczy około 100-120 m, Polacy wywindowali gmach niemal dwukrotnie wyżej.

Czas naglił. Zgodnie z życzeniem Wielkiego Brata budowa powinna była rozpocząć się najpóźniej w połowie 1952 r. A przecież decyzje architektów musiały otrzymać akceptację polityczną. 21 kwietnia prezydium rządu zaakceptowało projekt. 1 maja 1952 r. na teren budowy wjechały pierwsze radzieckie koparki i buldożery (trzeba było oczyścić plac z ocalałych i częściowo odbudowanych kamienic).

Mały, ale gustowny

Na budowie pracowało 3,5 tys radzieckich robotników, którzy kolejne ważne dla komunistycznych władz rocznice świętowali kolejnymi etapami budowy. 22 lipca rozpoczęto wylewanie fundamentów, zakończono na rocznicę rewolucji październikowej itd. Także umowę o przekazaniu Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina (taką nazwę można było zobaczyć jeszcze w latach 80.) podpisano 21 lipca, by dzień później mógł otworzyć swe podwoje dla publiczności.

Warszawiacy nie darzyli tego podarunku sympatią, doceniali jednak jego walory użytkowe i na przykład bez wstrętu szli na koncert Rolling Stonesów do Sali Kongresowej. Wśród zachwytów w oficjalnej prasie były też takie głosy jak Władysława Broniewskiego, który określał ten gmach jako „koszmarny sen pijanego cukiernika”. Najbardziej miażdżąca była jednak sarkastyczna ocena francuskiego aktora Gerarda Philippe’a; „Mały, ale gustowny”.

Po 1989 r. pojawiały się pomysły zburzenia PKiN. Teraz na to za późno. Gmach trafił do rejestru zabytków. Trzeba się więc do niego przyzwyczaić.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Kłopotliwy podarunek